Twój

279. Do Delfiny Potockiej

Rzym, 14 lutego, 1848 r.

[...] Pisałem Ci w liście ostatnim, że p. Adam mi oznajmił, że moje stanowisko istotne w Petersburgu, że tam powinienem reprezentować Topolinę541. Więcej i szczerzej nie chciał mówić, obiecał na drugi raz. — Dziwny duch! Taki twardy, taki rewolucjonista w gruncie, a taki despota na powierzchni. Taki konwencją i Piotrem Wielkim przepojon. Taki sam niewolnik, a taki tyran! Powiedziałem mu w oczy ostatnią razą, com go widział, kiedy mi wielkiemi przysięgi dowodził, że, co mówi, nie z siebie mówi, że to prawda boża. „Wierzę, wierzę, że nie z siebie mówisz — bo dawniej, uważasz, myślałem nieraz, że wszystko z siebie snujesz, z siebie tylko, a używasz drugich imienia, jako pozoru ułatwiającego. Alem odkąd Cię spotkał, czuję w głębi serca, czuję nerwami, że to nie Ty, ale cudza w Tobie potęga przez Ciebie mówi. — Chcesz prawdy? Oto czuję, żeś w niewoli! Na to słowo, co mi się wymknęło, na ten wyraz „niewola” zmarszczył się i zachmurzył. Ale nic nie odgwałtownił na to, tylko rzekł: „Prawda — jeżeli to się zowie niewolą”.

Główną jego ideą, czuciem jego zażarłem: stworzyć siłę taką przez świętość, która by mogła od razu wziąć górę tonem swej potęgi nad tonem mongolskim — i zburzyć budowę złego! — Całe działanie powszechne Polski przez wieki i w historii, to, co w istocie ona czyni, czego dokonywa, chce on skupić w piersi indywidualne, wyciągnąć, że tak powiem, filtr magiczny ze swego narodu i nim zwalczyć magicznie drugi naród. Chce świętych, musztry wyuczonych, chce świętych, kierowanych przez sierżantów, oficerów, pułkowników. Śni mu się metoda moskiewska, a w Nowej Hierozolimie!

Myślę, że w tem błąd, bo są pewne sprzeczności niepogadzalne — a to owe sprzeczności, z których obie nie połowicami wyższej prawdy zarówno (jak np. arystokracja i demokracja, dające się ściągnąć do jednego narodu), ale z których jedna prawdą, jak np. Nowa Hierozolima, a druga czczem kłamstwem, wszelkiej prawdy zaprzeczeniem, jak np. metoda moskiewska! Połączże fałsz zupełny z prawdą! Powstanie nie wyższa, trzecia prawda, ale, owszem, prawdy pierwszej kalectwo!

15 lutego. [...] Był wczoraj u mnie pan Adam. Cały wieczór siedział w moim pokoiczku; mówił otwartszem, wolniejszem sercem, niż dotąd. Rysy tej kolosalnej natury mimo wszystką jednostronność, w którą wpadła, wolniej się odznaczały, niż zwykle. Odnalazłem tego, któregom znał. Wiele mi przywiązania i serca pokazał. Jest wielkość rodzima w tym duchu, coś na kształt rozmiarów Michała Anioła. Otóż mówił o mojem położeniu i rozważał, że dwie tylko drogi wielkie i szerokie dla mnie; inne wszystkie fałszywe, połowiczne, pokrzyżowane, nie drogi, ale ścieżki, a w końcu przepaść. Więc albo Petersburg, i to mistycznie pojęty: trza by przemówić do — wiesz, kogo542, duchem proroka, duchem wyższej natury, która tak się wyrobiła i podniosła, że pełna już tylko zbawczej miłości ku dobru świata, a litości ku złym — i żeby w istocie tak to się prawdą tej natury było już stało, żeby źli na jej widok uczuli, że granit ich serca pęka i przemienia się na wosk topniejący — więc rozumiesz, pojmujesz, co za ideał wysoki jako ideał, a co za śmieszność bezdenna jako praktyka, kiedy się nie jest Chrystusem samym, lub przynajmniej prorokiem, Mojżeszem, Isaim itd., itd.

I ten człowiek tak pewny swego, tak wysoko ceniący potęgi, zawarte w człowieczym duchu, że mi przez chwilę radził to i chciał namaszczać na takie kapłaństwo! Jednak z wielkim rozsądkiem pojął, że niepodobna — i wnet wtedy drugą drogę, łatwiejszą wskazał: wyniesienie się i służenie z tej strony granicy — to samo, co August radził... zupełnie to samo. — „Bo inaczej, obaczysz — dodawał — zamiesza się świat, Ty zaś, nie oparty tam, ni już ocalon tu, przepadniesz, a przynajmniej żyć będziesz w ciągłej fałszywości położenia, w kłamstwie wiecznem, w trwodze nieustannej...”. Na to odpowiedziałem mu opisem mego położenia i dni stroskanych onych i sędziwych543, z któremi boju nie chcę. Głowa wtedy wieszcza pochyliła się na piersi, zamknął oczy, jakby uderzony ciosem — ani jednem słowem się nie sprzeciwił, wziął tylko za rękę mnie i rzekł: „Prawda, prawda, szkaradne, arcytrudne położenie. Nie ma co robić, tylko Bogu Cię polecić”.

Ta wyrozumiałość mnie uderzyła w tak straszliwie niewyrozumiałym. To wszelkie odstanie wnet od rozprawy, to nieprzyłożenie do rany żadnego jadu, to milczenie i opuszczenie rąk, dowiodły mi, że jest wielkość i nim — bo niezawodnie piętnem wielkości dla ducha potężnego jest umieć się wstrzymać przed pewnemi zapory, jest umieć mieć serce i uczuć serca cudzego uczucie w pewnych, wyrocznych razach.

O komunizmie potem się zgadało — a on: „Ot, widzisz, jest pewien jednak święty komunizm ducha; przecież i Tyś w stosunku do mnie go tyle razy sprawował z ducha, z serca, z uczucia — nie z musu, nie z prawa, nie z obowiązku, kiedyś mi przysyłał pieniądze”.