Otóż Moskwa cała niemi podszyta, i słowiańskie kraje wszystkie. Jeśli się im uda wytracenie szlachty, poniżenie pozostałych do siermięgi, a nie podwyższenie siermięg do światła, to znów zaczną się barbarzyńskie czasy! Boże, zmiłuj się nad nami! Ja czuję, że coś w świecie dzieje się kosmicznego, coś kosmicznego w ludzkości!

27 marca. [...] Tymczasem tu formuje się legia z przytomnych Polaków. — Sejmik i niezgoda. — P. Adam wszystkich za łeb weźmie i pod Towiańskiego rządy pociągnie. Widzę to jasno. Makryny zacny duch walczy, jak może, przeciw temu. O chorągiew już kłótnia. Jednak ona przemogła: będą herby polskie, nad niemi twarz Chrystusa z chusty św. Weroniki z podpisem: „Chrystus zwycięży”, a na drugiej stronie Najśw. Panna Częstochowska. Za tydzień mają zanieść papieżowi do pobłogosławienia i wyruszyć. Mickiewicz okropnie się opiera temu, by Władysław574 dowództwa nie objął. Kilku żądało Władysława. On powstał i ryczeć zaczął, że Władysław człowiekiem partii (jak gdyby sam Mickiewicz nie był straszliwie i straszliwiej daleko tem samem); że powinien jak prosty żołnierz wejść do tej legii, że nigdy wodzem być nie może — a sam już pisze proklamacje do wszystkich ludów słowiańskich; każe je drukować w propagandzie wszystkiemi dialektami słowiańskiemi — powtarzam, stara się o to, by ten sztandar święty (pamiętasz przeczucie moje o Najśw. Pannie, za którą duchy ojców idą — i to z włoskiego jeziora), przez Makrynę prowadzon, poszedł za nim, a nie on za sztandarem. Myśl zaś tego sztandaru jest taka: zbawić Polskę od rzezi i by zmartwychwstała w imieniu Chrystusa i Najśw. Bogarodzicy tak, jak narodziła się niegdyś.

28 marca. [...] Wczoraj już na sejmiku tutejszym najokropniejsze zgorszenie: z Mickiewiczem przyszło do otwartej bójki. Dwudziestu porwał za sobą, którzy towiańczykami zostali. Reszta odstąpili go i czekać będą na Władysława, by ułożyć rzecz legionu. Okropnie. Zawszem to przeczuwał. Rad jestem, żem od początku samego się odstrychnął i ani stopą na ten sejmik nie wstąpił. Ale p. Adam przeprowadza towianizm pod oczyma kościoła i chciałby wykraść papieżowi błogosławieństwo i sztandar w ręce swoje dostać ten.

Najdziksza z potęg przebywa w tym człowieku; zbiera młodych, nic nie wiedzących, a poczciwych, zbiera służących, kucharzy, podchlebia im i przeciąga pod władzę swoją. Chce władać, chce carować!... Władysława powrotu co chwila czekamy. Jeśli jemu się uda uformować legię, to do niej będę należał... Augusta ściskam z duszy całej. Wszystko mu powiedz. Niech wie, jak tu stoją rzeczy. Niech wie, że mu towiańczycy wrogami strasznymi.

289. Do Stanisława Koźmiana

1848, Rzym, 28 marca

Mój najdroższy Stanisławie! Dzięki Ci za Twój list, za dni i pod dniami sądu pisany bo to wielką miłością, pisać list o takiej porze trzęsiennej świata. Tu niesłychanych dokazuje wysileń p. Adam, by wyrwać błogosławieństwo i sztandar z rąk piusowych, a za pomocą tego uświęcić towiańszczyznę. Walka między nim a duchem Makryny rozpoczęta. Dużo zgorszenia — dużo nieładu, niezgody. 60-ciu jest naszych, a wszystko między nimi wre wojną cywilną. Nieboska już i tu. 20-tu p. Adam przeciągnął na swoją stronę. Jest w towiańszczyźnie ono piekło, o którem w Apokalipsie: „Ma rogi, podobne barankowym, ale mówi, jako smok”, bo nienawiść wre w ich sercach, a wielkie prawdy mówią. Bóg od ich zwycięstwa Polskę strzeż — rosną w potęgę i liczbę.

Wszystko, co mi piszesz o obywatelach poznańskich, rozdziera mi duszę. Karteczki, w imieniu papieża porozsypywane pod kształtem modlitw, to zupełnie taki sam koncept, jak adamowy tu. Mało zacnych i poczciwych ludzi na świecie, mało szlachetnych — wszelkich środków użyć gotowi, by swojego dopiąć, by władzę i tyranię posiąść. Módlmy się, ufajmy! Spowiadałem się zawczoraj i komunię św. przyjąłem na intencję ojca mojego. O mój najdroższy, dni to sądu nad epoką całą, sądu to dni. Słowa Chrystusa zaczynają się urzeczywistniać — figowe drzewo puszcza listki na wiosnę. Kto z nas odzobaczy drugiego? Tu dotąd spokojnie. Kilka tysięcy ochotnika poszło do Lombardii. Miasto wieczne pozostało bez nich spokojniejszem. O Rzeczpospolitej zamyślają i tu. Pius prawdziwie crux crucis575 — przez co on przejdzie jeszcze! Król sardyński wszedł z wojskiem do Lombardii. Zda się o tej godzinie już Lombardia cała niepodległa. Od dni 12-tu zupełnieśmy przecięci od wszelkich nowin paryskich, lądową drogą przybywalnych — ni listów, ni gazet — więc nic nie wiem, ani o Auguście, ani o pani D. Straszliwie mi tęskno, czy się myślą obrócę ku Paryżowi, czy ku Warszawie. Nie wiem nawet, czym wszystkiego nie stracił w Paryżu. Zgoła nic a nic nie wiem. Żyję w ciągłem oczekiwaniu. Wojewoda tu, ale chce do Paryża jechać. Castelbianco wybiera się na oficera do Bolonii. Norwid dotąd tu. Ach, prawdziwieś napisał, kiedyś pisał, że „gromowym nawałem” spieszą wypadki. Sameś nie wiedział, że o tyle prawdę piszesz w chwili onej! Ale Twego głosu nie usłuchają, nie uderzą się w piersi, będą pchali naprzód, a to „naprzód” będzie naprzód w otchłań. Jednak Makryna mówi, że Chrystus zwycięży, że nie będzie u nas abominatio desolationis576. Módlmy się, ufajmy! Ja wyczekuję wiadomości jakichciś pewnych. Gdy ta kurtyna dymu, co mnie dzieli od Europy, opadnie, obaczę, co tu jest do roboty. Bóg Cię strzeż i ubłogosławiaj — prowadź i przeprowadź! Kocham Cię na zawsze, mój drogi. Odpisz mi zaraz jeszcze tu! — Ah, dni sądu nad światem!

Twój Heidelberski

Pamiętasz cichy Heidelberg, tę ciszę natury? Ah, ciszej już nie będzie nam! Wieści głuche się rozszerzają, że w Paryżu bójka straszna. Boże, zmiłuj się nad tymi, którzy tam!