290. Do Delfiny Potockiej
Rzym, 29 marca 1848 r.
[...] Lękasz się dla mnie pana Adama pod względem towiańszczyzny; lękaj się go, ale pod innym zupełnie, to jest, by we mnie uczuwszy koniecznego nieprzyjaciela, kiedy mnie nie zwyciężył i głowy z karku nie zdjął; — bo niezawodnie nigdy nic piekielniejszego-m nie znał na ziemi od tego człowieka. Gengiskan i Pankracy w nim połączeni i sharmonizowani. Wszystko zniszczyć i obalić i swoje postawić — oto popęd, który w nim wiecznie żyw. Już tu zaczął okropnych scen się dopuszczać. Dwunastu młodych ludzi schwytał i oświadczył im, że się wcale Towiańskiego nie zrzekł. Na apostołów ich swoich obrał. Koniecznie żąda, by w ręce mu oddano chorągiew, z którą chciano iść do papieża i której miał papież błogosławić. Zamoyskiego, którego nie ma, zmieszał z błotem na posiedzeniu, księży zarówno przytomnych. Kilku odstąpiło wtedy. Dwunastu się zostało. Dziś ich zgromadził u siebie i tak mówił do nich:
„Kto nie z nami, ten przeciwko nam. Albo dostaniem chorągiew i błogosławieństwo papieża, albo się obejdziem bez niego — i w marsz! Na Moskwę się nie targać, bo potrzebna nam. O Francji nic nie mówić, bo jej służę — a teraz powiem sekret jeden i będzie przysięga”.
Na to oznajmienie, stary jeden oficer i drugi, służący Odeschalkowy, wyszli. Zostało tylko dwunastu — i idą do Makryny, by im chorągiew dała. Makryna im nie da jej. Będą najokropniejsze rzeczy. Lękam się, by p. Adam nie chciał do tego i Włochów wmieszać i przeciw księżom podburzyć. Wczoraj Kis-wą577 złajał okropnie, że się cieszyła z wieści, jakoby admirał młody do rządów się był dostał. Mówił jej publicznie przed dziesięcią Polakami, że wszyscy, co z takiej wieści się cieszyli, znani i zapisani w księdze, i że ich odnajdą na polskiej ziemi, i że pod sąd poddani będą, i że krwi potoki spłyną, że raz trzeba dramat zakończyć. Oczywiście, jemu tylko chciało się błogosławieństwa, od Piusa za pomocą wrzkomej zgody z księżami osiągniętego, by stąd siłę tę wykradłszy, oddać ją w ręce Towiańskiego. Okropny człowiek!
Już u mnie od dni dziesięciu nie był; ani sobie go już życzę spotkać, bo, skoro spotkam, przyjdzie do walki — i to do ostatecznej! August niech wie o tem wszystkiem, ale nikt więcej — nikt więcej!... Moskalów pełno u niego bywa. Czekają nań w przedpokoju Tołstoje i Urussowy. Powiadam Ci, wszystko okropne, bo w tym człowieku jest dzika nienawiść taka, że w istocie, na nią patrząc, nie sposób pojąć, że tylko ludzka, że serce człowiecze tylko taką może oddychać. On chyba się ma za kata, naznaczonego przez Boga samego! Powtarzam, lękam się, by tej sprawy polskiej nie sprowadził aż na bruk uliczny i nie podjudził namiętności włoskich przeciw księżom i papiestwu.
Widzisz więc, że mnie towiańszczyzna nie schwytała, ale przyznaję, że coś piekielnego w niej czuję. Więcej czuję piekło w towiańszczyźnie, niż duchy niebieskie w Makrynie. Ona jedna tu trzyma jeszcze pana Adama. W tej chwili ze swemi dwunastoma poszedł do niej. Zobaczym, kto wygra w tej walce. Wszystko mi to Apokalipsis przypomina niezmiernie.
[...] Powiedz Augustowi, że ilekroć p. Adamowi o nim wspominałem, to się wzdrygał, jakby od nienawiści przeciwko Augustowi. Niech wie August! Zarówno nienawidzi wszelką filozofię jak wszelki kościół. Inteligencja mu wszelka nieznośna, światło mu gorzkiem — kochankami ciemności! Wszystko, co tajne, skryte, pod ziemią, wszystko, co nie pod słońcem, serce jego rozradowywa — ku wszelkiej klęsce, nieszczęściu, męczarni, mogącej spotkać człowieka lub wielu ludzi, wytęża nozdrza i chwyta w powietrzu zapach idealnej krwi, jeszcze nie rozlanej! Tak jest! Niech te jego znamiona zna August, bo i August z nim niechybnie się spotka. Lecz niech August zachowa dla siebie.
30 marca. Mickiewicz tu coraz gorzej dokazuje. Wypowiedział wojnę otwartą księżom. Co z tego będzie, przewidzieć nie można. W tej chwili wzywa mnie Makryna, abym jej radził!!! Tu się okropne sceny rozpoczną. Lękam się, by ludu nie wmieszał p. Adam do tego wszystkiego, i o kopułę by nie poszło... Augustowi powiedz wszystko.