Najwcześniejszym i najgłębszym był związek przyjaźni z Henrykiem Reevem. O rok młodszy od Krasińskiego, był Reeve synem bogatego lekarza angielskiego, który umarł wcześnie, powierzając opiekę nad swoją żoną i jedynym synem koledze i przyjacielowi swemu, lekarzowi genewskiemu, doktorowi Janowi de Roche. Z tego powodu zjawił się młodziutki Henryk wraz z matką w Genewie i tu poznał się w listopadzie r. 1829-go z Krasińskim. Łączyły ich wspólne studia uniwersyteckie, zapał do twórczości poetyckiej, młodzieńcze miłości, a wkrótce także wspólni znajomi i przyjaciele. Można przypuszczać, że przyjaźń Reeve’a była Krasińskiemu ze wszystkich najdroższą i najcenniejszą; rozwiała się z winy młodego Anglika, który po powrocie do Londynu oddał się całą duszą dziennikarstwu i jako jeden z głównych współpracowników „Timesa” zapomniał z biegiem lat o przyjacielu i na listy jego nie odpowiadał. Odszukany przez wnuka poety, Adama Krasińskiego, wręczył mu wszystkie, starannie przechowane listy do siebie i swoje własne, pisane do przyjaciela, a w pewnej chwili odebrane od niego. Jak cenną była ta przyjaźń dla naszego poety, można wywnioskować z uważnego przeczytania tych przepięknych listów. Bez Reeve’a sprawiedliwość Nie-Boskiej Komedii wobec stronnictw politycznych byłaby niemożliwa.
Drugim z rzędu przyjacielem lat młodych Krasińskiego jest Konstanty Gaszyński. O trzy lata starszy od niego, zobowiązał sobie na zawsze przyszłego twórcę Irydiona obroną przed atakiem kolegów w czasie pamiętnego zajścia uniwersyteckiego w r. 1829-ym — był jednak umysłowością zbyt przeciętną, aby przyjaźń ich mogła być głęboką. Stąd mentorski i trochę lekceważący ton listów młodszego Krasińskiego, a równocześnie brak w nich zwierzeń o sprawach, sięgających w duszę głębiej, niż zagadnienia literackie. Że chodziło tu o rodzaj umysłu Gaszyńskiego, a nie np. o niskie jego pochodzenie, dowodzi niezwykła szczerość i otworzenie całego serca w pierwszych zaraz listach do Br. Trentowskiego, pochodzącego również ze sfer ubogich. Przyjaźń z Cieszkowskim, początkowo mająca swą podstawę we wspólnych zamiłowaniach do filozofii romantycznej, w późniejszych latach przybrała cechy serdecznego, zupełnego oddania się.
Dwu spomiędzy najważniejszych adresatów należało do krewnych poety — są to Adam Sołtan i Stanisław Małachowski. Sołtan był od Krasińskiego starszy o lat dwadzieścia, więc niezwykle ścisłe związki ich duchowe wypłynęły przede wszystkim z pokrewieństwa, polegającego na tym, że matki ich obu pochodziły z tej samej linii radziwiłłowskiej. Sołtan był pułkownikiem wojsk polskich i po upadku powstania listopadowego musiał udać się na emigrację. Małachowski urodził się w r. 1798, był więc starszy od Krasińskiego o lat czternaście, a spokrewniony z nim był przez rodzinę Czackich. Na emigracji, dokąd przywiódł go udział w powstaniu listopadowym, nosił, dzięki swej powadze, przydomek „Wojewody”; Mickiewicz nazywał go „Podskarbim Rzeczypospolitej”, bo zwykle przez jego ręce przechodziły wszelkie fundusze emigracyjne.
Obie ukochane przez Krasińskiego kobiety starsze były od niego o lat pięć. Wiadomo, że pani Joanna Bobrowa zapłaciła swe uczucia dla autora Irydiona szczęściem swego życia rodzinnego i, opuszczona przez męża, pędziła dni swe w Paryżu, oddana wychowaniu córek. O drugiej z nich, pani Delfinie z Komarów Potockiej, nie żyjącej z mężem swym, Mieczysławem Potockim, i starającej się o rozwód, listy Krasińskiego mówią wszystko. Listy te, niedawno dopiero ogłoszone, rzucają zarówno na adresatkę, jak i na stosunek jej do Krasińskiego światło o wiele korzystniejsze, niż dawne rozprawy osób, wtajemniczonych w jej życie, którym zawdzięczaliśmy wiadomości o niej.
*
Co do metody wydawniczej, zaznaczam z naciskiem, że wszystkie zawarte tu listy ogłoszone są w całości, bez żadnych skrótów i okrawań, tak jak je podano w pierwodrukach, zresztą w olbrzymiej większości już okrojonych. Do rękopisów nie miał wydawca dostępu z nic nieznaczącym wyjątkiem urywków z listów do C. Norwida, których kopie znajdują się w Bibliotece Ordynacji Krasińskich w Warszawie. Pisownię i interpunkcję całego zbioru ujednostajniono, jak to było obowiązkiem wydawcy.
Sprawę objaśnień trzeba było z konieczności potraktować inaczej, niż w tomie I-szym, zawierającym dzieła poetyckie. I tam pozostawiano wmyślenie się w utwór i wyrobienie sobie sądu o nim i zawartych w nim ideach — z wyjątkiem nielicznych aluzyj krytycznych we wstępie — pracy czytelnika, starano się tylko usuwać mu z drogi pracy myślowej najpospolitsze, drobne kamienie, mające postać niezrozumiałych wyrażeń lub zapomnianych taktów. Tu, gdzie chodzi nie o koncepcje poetyckie, z góry już obmyślone dla szerokich rzesz społeczeństwa, lecz o wymianę zdań między dwoma niepospolitymi umysłami, której świadkiem nieproszonym i nieprzewidywanym staje się czytelnik — tu kamyczków takich i wielkich kamieni jest tyle, że prymitywne usuwanie ich mogłoby przybrać chwilami postać karykatury. Więc poprzestano jedynie na tłumaczeniu cytatów obcych i na najkonieczniejszych wyjaśnieniach łamigłówek, używanych przez poetę jako środek ochronny przeciw cenzurze rosyjskiej, której stale się obawiał. Rozwiązywanie zawiłych zagadek nomenklatury rodzinnej, tych niezwykle ważnych i niezbędnych czytelnikowi wiadomości, kogo oznacza słowo „Jan” lub słowo „Księżna”, podawano tylko wtedy, kiedy dokonał go już w przypiskach adresat (np. St. Małachowski), znający wszystkie tajniki sfery, o której mowa, lub jego równie dobrze poinformowany zastępca (np. w listach do Cieszkowskiego syn adresata). W wydaniu popularnym tego rodzaju wiadomości są chyba zbyteczne.
Mam nadzieję, że ten zbiór listów Krasińskiego spełni dobrze podwójne swoje zadanie: dostarczenia czytelnikom rozkoszy obcowania z wielkim duchem i wnikania w najtajniejsze jego myśli i uczucia — a następnie, przez zbliżenie i wykazanie istotnej jego wielkości, usunięcia sztucznych rowów i zasiek, jakie pomiędzy nim a czytającą publicznością wykopała i stworzyła tendencyjna krytyka literacko-naukowa. A usunięcie tych przesądów jest równoznaczne z otwarciem sobie nowej krynicy najszczerszych rozkoszy artystycznych.
T. P.