P. S. Zwracam Ci uwagę, że powinieneś powiedzieć: „Młode lato przytulało się do piersi starej zimy”, a nie stara zima przytulała się do piersi młodego lata, gdyż w ogrodzie młode lato jest dziecięciem w porównaniu z olbrzymią rozciągłością zimy. Nie myśl, że mogłem zapomnieć o kwiatku z Bourdigny. Dostaniesz go w swojem miejscu i swoim czasie.
19. Do Henryka Reeve’a
21 czerwca 1831 r., Genewa
Mój kochany Henryku! Jakże musisz być zimnego i szyderczego usposobienia, jeśli już szyderstwo zjawiło się po przygnębieniu, wywołanem wielkiem miastem Londynem. Ach, wyobrażam sobie, co się dzieje w Twojem sercu. Patrzysz na tych wszystkich ludzi, jak na węgle kamienne, obdarzone ruchem. Amen.
A ja! Czy wiesz, w jakich godzinach mogę jeszcze mówić, że żyję? Oto, gdy samotny piszę w swoim pokoju poemat lub powieść, lub cokolwiek chcesz innego, gdy opisuję szaleństwo człowieka, który ma mnie wyobrażać, gdy staram się zebrać w swej pamięci wspomnienie wszystkich mych wrażeń, wszystkich mych cierpień, wszystkich rozpryśniętych kropel goryczy, by z nich utworzyć czaszę, pełną po brzegi, którą może podam kiedyś ludziom, mówiąc: „Oto co dała mi ziemia i jej mieszkańcy!, gdy staram się odtworzyć Twój charakter, Twoje ruchy, styl Twoich przemówień — gdy Cię przedstawiam z ręką, przyjaźnie wyciągniętą ku nieszczęsnemu, który na wpół tylko Cię rozumie, który z dzikiem upojeniem rozwija w słowach wszystkie swoje męki, który, dostawszy się na jezioro, ucieka w łodzi, to znowu w chacie na Salève zastanawia się w nocy nad światem duchów i opowiada Gramowi o ukazaniu się św. Rozalii. Pogrążam się całą duszą w obraz tego, co mi jeszcze do wycierpienia pozostaje, by duszę zahartować. Pływam energicznie pomiędzy falami goryczy: zalewają mi one usta, oczy, otrząsam się z nich i odrzucam je, ale przyjdzie chwila, gdy mię pochłoną.
Oto wyjątek z rękopisu Adama (szaleńca)48.
Za dwa lub trzy tygodnie losy moje wyraźniejszej nabiorą barwy. Dotychczas gwiazda moja była mgławicą, teraz stanie się kometą, która spali... kogo? Nikogo, prócz mnie jednego. Vauché w dobrym humorze. Nie znalazł jeszcze sposobności zdobycia pukla; stanie się to przy pierwszym wieczorze, na który C. zaproszą, gdy będzie ją czesał.
Pisuj do mnie, mój drogi, mój drogi przyjacielu!
A więc, wkrótce wybije godzina decyzji, straszniejsza od chwili śmierci, gdyż decyzję poprzedza walka, wyczerpująca duszę, a śmierć jest jedynie zwycięstwem nad nami. Zapewne, i tu zmagają się nerwy i włókna, lecz cóż to jest w porównaniu ze strunami tej zaczarowanej lutni, którą nosimy w głębi piersi i która zwie się duszą? Która w dniach szczęścia drga doskonale harmonijnemi dźwiękami, a w dniu próby naciągnięta zostaje aż do zerwania lub rozprężona aż do omdlenia? Jeśli ani na jedno, ani na drugie się nie zdobywa, jest niema i głucha jak u Leona Revillioda, lub jest to dusza wielka. Ale nielicznym tylko było dane posiadanie wielkiej duszy; niejednemu znamienitemu mężowi jej brakło. Zobaczymy. Przygotowałem się w milczeniu nocy. Sny moje były przygotowaniem. Ścisnąłem mocno pierś moją pasem cierpień, a teraz oto zagadką, co wpierw rozpryśnie w kawały, pas, czy pierś moja. Jednakże niech się stanie, co się stać musi! Jestem pewien uścisku ręki przyjaciela, jeśli żyć będę, i jednej łzy nad moim grobem, jeśli padnę. Dwa miesiące temu powiedziałbym: dwóch łez, lecz dziś mówię tylko o jednej jedynej, boś ty jeden mi pozostał. Ach gdzież ona, moja H.!
Zyg. Kras.