Zyg. Kr.
22. Do Henryka Reeve’a
3 lipca 1831, Genewa
Kochany Przyjacielu!
Oczekuję listów z Petersburga, kochany Henryku. Cóż za oczekiwanie! Jakie będzie rozwiązanie? Gorączka, rozpacz, szał. Jest mi o wiele gorzej, niż wtedy, gdy mię opuściłeś. Dziś rano np. zaledwie mogłem się modlić. Źle jest bardzo, gdy nie można się już modlić.
Jacky powiedział, że byłby zmuszony spełnić wszystkie rozkazy mojego ojca. Nic mu nie odpowiedziałem, wybuchnąłem śmiechem. Czyż mnie uważa za dziecię w kołysce? Powiedział mi, że nie mam jeszcze 21 lat i nie jestem jeszcze pełnoletni. Czyżby sądził, że mojej duszy nieśmiertelnej potrzeba dwóch bagatelek więcej, które nazywają się latami, aby umieć oprzeć się i działać? W milczeniu przygotowuję się do rozpaczy, lecz nie chcę szczebiotać, dyskutować, argumentować; wypowiem swoją wolę, a potem niech uczyni z tych wszystkich scen, co będzie mógł. Zredukuję je do czterech słów. Potem zamiast mówić, będę się umiał wyrwać, broniąc rękami i nogami. Są to ruchy tonącego. — Aż do chwili, w której jeszcze usta mieć będę ponad wodą, wołać będę: „Niech żyje Polska!”. A raczej to będę myślał, lecz powiem: „Żegnaj, Henrieto!”, gdyż przyrzekałem jej po wiele razy, że imię jej będzie mojem jedynem pożegnaniem dla świata wokoło. Oszukałem ją w wielu rzeczach, chcę przynajmniej tego jednego przyrzeczenia dotrzymać. Nie widuję się ani z Binetem, ani z Aleksandrem; są zawsze zajęci i nie bawiłbym ich wcale, a są to ludzie, lubiący się bawić.
Odpisz mi zaraz! Żegnaj, mój przyjacielu, niech Ci Bóg błogosławi we wszystkich czynach, w każdem natchnieniu. Żegnaj.
Uszanowania dla Matki Twojej.
Zyg. Kras.