7 lipca 1831, Genewa
Mój kochany Henryku!
Właśnie odebrałem list Twój z dnia 1 lipca. Co do H. zdaje mi się, że wrażenie, jakie na niej wywarłem, było bardzo słabe, skoro tak szybko przeszło. Nie, nie prosiłem jej więcej, by była moją kochanką, błagałem ją tylko, by została moją przyjaciółką, a i tego nie mogłem uzyskać. Nie wiem, prawdę powiedziawszy, od dwóch i pół miesięcy, co się z nią dzieje. Możliwe, że listy jej natrafiają na zapory nie do przezwyciężenia; może tajemnica jej została przez ojca odsłonięta. Wydaje mi się to jednak wątpliwe, gdy sobie przypomnę przenikliwość starego mieszczucha. W takim razie nie mogę zrozumieć tego ostatniego listu, tak pięknego, tak pełnego rezygnacji i tej ostatniej przesyłki łańcuszka, a potem najzupełniejszego milczenia. Po raz ostatni pisałem do niej 24 czerwca i list mój kończył się temi słowy: „Żegnaj! Jest to pożegnanie na długo, jeśli nie raczysz mi odpowiedzieć. Pożegnanie aż do dnia, w którym archanioł zdruzgocze kamienie grobowców. Lecz, jeśli choć dwa słowa tylko mi przyślesz, swoją napisane ręką, ujrzę Cię jeszcze przed śmiercią”. Jeśli nie odbiorę żadnej odpowiedzi, przekonany będę o jej pogardzie dla mnie. Jest to dla niej najzupełniejszem usprawiedliwieniem, dla mnie zaś zupełnem potępieniem, ostatnim stopniem poniżenia. Walewski kazał mi powiedzieć, że mi da paszport i pieniądze. Czy myślisz, że to uczyni? Łatwo powiedzieć. Lecz posłuży to zawsze później do jednego więcej oskarżenia. „Kazaliśmy mu powiedzieć, lecz nie przyjechał”. — Nic to ludzi nie kosztuje obiecywać bez zamiaru dotrzymania, a potem ze starej obietnicy ukuć nowe oszczerstwo. Ach, co cierpię, to niewielu ludzi wycierpiało — i tę przynajmniej dumną mam pociechę, że myślę, patrząc na innych: „Wy, wy wszyscy, dziećmi tylko jesteście w porównaniu ze mną, gdyż nie cierpieliście tyle”.
Dziś np. tak bezsilny jestem, że list ten zaledwie mogę napisać, jakkolwiek piszę go do swojego najlepszego przyjaciela.
Co do wierszy Twoich, nic w nich do skrytykowania nie znalazłem. „Kain pierwszy zgrzeszył, a my ostatni może grzeszyć będziemy” jest bardzo piękne. Wiersz, który następuje, jest tylko pleonazmem i psuje wrażenie poprzedniego. Wykreśl go! Opis poranku jest urozmaicony jaskrawemi barwami, gdyż cieszy duszę, a później rzuca ją w dym walki; to dobre, to czytelnikowi nie daje odpoczynku; sądzi on, że przybył do spokojnej oazy, tymczasem odnajduje tam okropność naszego przerażającego losu. To dobre, coś takiego ściska za serce czytelnika. „Godzina dzień” także dobre, tylko wyraz „analogia” wydaje mi się mało poetyczny; lecz nie znam dostatecznie języka angielskiego, by o tem sądzić. „Jesteśmy podobni podróżnikom” niewielkie na mnie czyni wrażenie, lecz doskonały jest ten pierwszy ustęp o wieku („podobny lalce”). Zresztą jestem tak ogłupiały od trzech dni, że nic prócz głupstw mówić nie mogę.
Klustine’a widuję często. Dobrze nam ze sobą, jest tak, jak ja, nieszczęśliwy. Długie przepędzamy godziny, przeklinając tyranię, przypominając sobie jej zbrodnie i wyostrzając swe dusze, by nigdy nie przestały jej nienawidzieć, rozpatrując spokojnie przeznaczony nam los i stawiając sobie pytanie, czy dość będziemy mieli godności w sercu, by nie uniknąć go przez samobójstwo. Ostatnim razem, gdy rozmawialiśmy ze sobą, zatrzymaliśmy się długo nad okropnym obrazem Syberii. „Może — rzekł mi — odnajdę cię za lat kilka wśród tych wysp lodowych, będziemy tam oddzieleni od świata, poza ludzkiem społeczeństwem, nasza wieczność już się zacznie; — będziemy pracowali w kopalniach i przy każdym kawałku metalu, zroszonym potem naszym, myśleć będziemy o tem, że na nim wyryty zostanie obraz tyrana. Cóż za myśl, cóż za przyszłość, cóż za koniec! Cóż znaczy w porównaniu z tem śmierć na polu bitwy?”. — Wyszedłem od niego przejęty do głębi temi przerażającemi obrazami. Noc była czysta, gwiaździsta, świeży wietrzyk sił mi dodawał. Już na szczycie gór jurajskich bladły ostatnie ślady dnia. Czułem, że jestem na wolnej ziemi wśród gór. Zanuciłem pieśń narodową Jeszcze Polska nie zginęła i przeniknęło mię uczucie wolności, zapału dla ojczyzny i dla śmierci człowieka wolnego. Była to może chwila, w której najbardziej należałem do mego stulecia i w której serce moje biło największą miłością dla wzniosłej przyrody szwajcarskiej. — Przyjacielu, będziemy umieli być tak wielkimi, jak nieszczęście nasze, i nie ustąpimy losowi, bo nie ugniemy się, gdy on nas pognębi. Pokusy mają dla nas małe znaczenie, gdyż myślimy o wieczności, męki jeszcze mniejsze, gdyż myślimy o wieczności. Przyjacielu, będziemy umieli umrzeć w sposób uroczysty i, jeśli życie Twojego przyjaciela ból i wstyd Ci przyniosło, może ostatnie chwile jego przyniosą Ci radość i chwałę. Prosisz mię o kilka fragmentów z Adama. Oto są52.
Co do Twojego poematu, dobrze by było jednak, gdybyś coś wielkiego do naszego wieku wprowadził, coś, co było w tym wieku, choćby tylko wielkość potępienia. Dusza poety musi dążyć w końcu zawsze do poszukiwania piękna; a zresztą nie ma wieku, w którym by nie było wielkiej myśli lub wielkiego czynu. W ten sposób okażesz, że sam należysz do swojego stulecia i że masz prawo pogardzać jego zbrodniami i jego upadkiem, ponieważ czujesz, co w nim jest podniosłego. A teraz, jeśli zapytujesz, co w nim jest podniosłego, odpowiem: „Nic, o czem bym wiedział, z wyjątkiem Polski”. Jeśli zobaczysz Mickiewicza, ucałuj go ode mnie. List od niego odebrałem przed tygodniem; jeszcze nie był zdecydowany.
Cóż u diabła, mój kochany, zauważyłeś w Walewskim przypominającego cesarza? Binokle i złoty łańcuszek chyba mało do tego się nadają, by obudzić wspomnienie miecza, który świat podbija, i ostróg, które gnały konie swoje poprzez brzuch Europy. Zresztą jest to z natury dobry chłopiec, lecz paryskie salony w głowie mu przewróciły; w każdym razie takim go znałem. Możliwe, że wzniosła sprawa, której służy, wznieciła w jego duszy coś bardziej poważnego. Pozdrowienia dla Jerzmanowskiego! — Czy wie, że Girardot umarł? Pomyśl o H.! Jeśli się dowiem, że jest szczęśliwa, umrę spokojnie. — Żegnaj, kochany Henryku! Niech Cię Bóg błogosławi! — Żegnaj, żegnaj!
Zyg. Kr.
Blisko rok od nocy w Sallanches. Byliśmy inni wówczas, niż dzisiaj.