24. Do Henryka Reeve’a
Mój drogi Henryku!
8 lipca o 10 godzinie wieczorem. Właśnie zsiadłem z konia, przemoczony do kości, ale, jako wierny wykonawca Twojej ostatniej woli, jako egzekutor Twego testamentu w stosunku do ogrodu w Bourdigny, czuję się w obowiązku przesłać Ci raport zwięzły i dokładny o wszystkiem, co zrobiłem, widziałem i słyszałem. Zbliżałem się konno do wzgórka, który tak kochałeś, gdy na skręcie ścieżki spostrzegłem postać kobiecą na małym szkockim rumaku, czarnym, jak kruk. Gdybyś mi towarzyszył, serce by Ci było wyskoczyło z piersi. Co do mnie, poznałem osobę tę o smukłej i lekkiej kibici, siedzącą wdzięcznie na koniu, dopiero wtedy, gdy ją minąłem. Była to K. S.53 z jakimś młodzieńcem, który, przypuszczam, jest jej bratem, gdyż uderzyło mię podobieństwo ich twarzy. Była bardzo ładna na małym koniku, który podskakiwał pod ciężarem młodej dziewczyny; trzymała uzdę z niedbałością dziecka i zręcznie poruszała główką, zwracając ją we wszystkie strony. Amazonka jej była granatowa, kibić bardzo wiotka i szczupła, kapelusz czarny. Jej jasne włosy wymykały się spod niego i zdawały się przepuszczać światło, gdyż promień zachodzącego słońca przybiegł z nad gór jurajskich, by zmieszać się z ich puklami. Musiałem mijać ją szybko i oto owoce jednego spojrzenia, które rzuciłem. Gdyby wiedziała, że indywiduum w czapce niebiesko-czerwonej, w białych spodniach, z twarzą ponurą, jak Giaur, które mijało ją prędkim galopem, udawało się do jej ogrodu, by zerwać tam kwiat dla brzegów Anglii! Na drodze, która otacza żywopłot ogrodu, spotkałem ojca Sauttera. Rozmawiał z sąsiadem, podczas gdy sznur wołów defilował przed nim. Mruknąłem: „Przekleństwo” i, objechawszy posiadłość, uwiązałem konia u jakiejś tylnej furtki. Następnie przechadzałem się wzdłuż i wszerz drogi z postawą człowieka, który oczekuje na swego przeciwnika, by się pojedynkować. Ojciec Sautter ciągle znajdował się w odległości 50 kroków ode mnie. Niecierpliwość sprawiała, żem gryzł wargi i tupał nogami. Wreszcie zbliżył się ku mnie i zdawał mi się przyglądać. Oddałem mu spojrzenie za spojrzenie, więc, widząc, że niczego więcej się o mnie nie dowie, oddalił się w kierunku pól zbożowych. Sądząc, że sposobność jest dobra, przeskoczyłem żywopłot, lecz w tej samej chwili dwa olbrzymie psy wyskoczyły z kępki drzew i rzuciły się z błędnem spojrzeniem na mnie, wyszczerzając białe zęby. Wyciągnąłem sztylet i dzięki jego ostrzu, które skierowałem ku ich głowom, cofnąłem się z honorem aż do furtki, skąd wskoczyłem na konia. Lecz tam, patrz! Oto ojciec Sautter zjawia się z przeciwległej strony między kłosami. Wzięty w dwa ognie zachowałem się z zadziwiającą przytomnością umysłu, gdyż uspokoiłem psy gwizdaniem i oznakami przyjaźni, co do ojca Sauttera zaś, gdy zobaczyłem, że wychodzi na drogę z mojej prawej strony o 10 kroków ode mnie, rozciągnąłem się na swojem siodle, położyłem głowę na szyi, a nogi na grzbiecie konia i udawałem, że chcę zasnąć. Prawy właściciel Bourdigny przeszedł, patrząc na mnie z uśmiechem, którym zaznaczał, że sprawiłem na nim wrażenie oryginała, a następnie oddalił się w stronę swego domu, pozostawiając mi dla towarzystwa swoje dwa uprzejme cerbery. Ze sztyletem w lewej ręce, z cygarem płomienistem w ustach, ze skręconemi do pieszczoty palcami prawej ręki przeskoczyłem powtórnie żywopłot, ostrożnie, ale nie bez śmiałości. I oto patrz, psy przyszły, by rozciągnąć się u moich nóg i przycisnąć but mój swemi łapami. Jak umierający z głodu sokół, rzuciłem się na różę i jakiś inny kwiat, które umieściłem w swoim notatniku i które Ci przyślę, skoro tylko zeschną. Następnie spiąłem konia i odjechałem. Spotkałem na mej drodze okropną nawałnicę; błyskawice rozciągały się jak flagi ogniste nad moją głową, piorun grzmiał w górach jurajskich i na Salewie, deszcz spływał z chmur firankami, draperiami. Leciałem poprzez burzę, unosząc biedne kwiatki, umierające na mem łonie.
Tak brzmi moja powieść. Spisuję ją natychmiast, by nie dać czasu duchowi memu do zatracenia wrażenia.
Mój drogi Henryku, sądzę, że nie więcej zostanie mi się po H., niż Tobie po K., gdy otrzymasz te kwiaty. Chciałbym wiedzieć, czy H. ma ogród. Mógłbyś mi oddać tę samą usługę. Niegdyś nie dość mi było długiego pocałunku — dziś kwiat wyblakły, którego dotknęła, przechodząc, rąbkiem swej sukni, będzie może zbyt wiele. Wszystko, wszystko po kolei mię opuszcza. O drogi Henryku, jestem nieszczęśliwy i lepiej by mi było umrzeć nawet na cholerę, niż żyć długo takiem nieszczęśliwem, nędznem życiem.
12 lipca. Otrzymałem wczoraj listy z Petersburga. Cóż Ci powiedzieć mogę, drogi Henryku? Rozpaczliwa moja rozterka wzrasta bezustannie. Ojciec pisze do mnie z rozdzierającą czułością. Mówi, że gotów złożyć w ofierze ojczyźnie siebie i syna swojego, ale zaklina mnie, bym czekał jeszcze, i zapowiada bliskie nasze spotkanie. Henryku, cóż byś zrobił na mojem miejscu? Ale po co mi pytać, jakby kto inny postąpił? Widzę, że jestem zgubiony. Jestem głupcem, jestem tchórzem, jestem nieszczęśnikiem, mam serce dziewczęce, nie śmiem się narazić na przekleństwo ojcowskie. Spodziewałem się listu władczego, gwałtownego, energicznego, byłem przygotowany na walkę rozstrzygającą, straszną, również energiczną. Zamknąłem serce i duszę w łonie. Lecz gdy nadszedł list wczorajszy, gdy, miast gróźb, znalazłem prośby, miast wściekłości ujrzałem błogosławieństwa, miast rozkazów błagania, miast uczuć, o których myśleć nie mogłem bez drżenia, miłość do Polski, bijącą z każdego słowa, moc moja rozpłynęła się we łzach. Przygotowałem ramię moje do zadania ciosu, a gdym je opuścił, nie natrafiłem na opór, uderzenie padło w próżnię i rzuciło mnie o ziemię. Jestem roztkliwiony, pełen przywiązania do mego ojca, do jego nieszczęść gorzkich, i nie znajduję już dość energii do decyzji. Oto stan mój. Możesz rzucić na moją głowę przekleństwo, przyjacielu, ale mówię Ci, nie jestem już sobą. Jednakowoż już odpowiedziałem, nie dając żadnych obietnic, utrzymując w dalszym ciągu, że pojadę do Polski, o ile zdarzy się okazja. Lecz gdzież ta okazja? Wszyscy Polacy, którzy udali się do Paryża, są jeszcze w Paryżu, krokiem nie ruszyli naprzód. W tych dniach widziałem się z jednym Polakiem (pół-Polakiem, a druga połowa, diabeł wie, jaka), powracającym z Włoch. Zawiadomił mnie, że według tego, co mu w Rzymie ks. Gargarin mówił, wszystkie ambasady rosyjskie mają mój rysopis i rozkaz aresztowania mnie i wysłania do Petersburga, gdybym próbował wymknąć się z Genewy. To nic. Gdy o obowiązek idzie, na wszystko ważyć się trzeba. Ale ojciec mój, mój ojciec, on, który, niegdyś potężny, bogaty, syt pochlebstw i sławy, widział się pierwszym obywatelem Polski, on, którego dusza nigdy w miejscu nie ustała, jeno rwała się naprzód, dziś, powalony, stracił wszystko, nie posiada nic prócz mnie na szerokim świecie. Jeżeli i tę podporę straci, co się z nim stanie? Nie śmierci się lękam dla niego — byłaby dobrodziejstwem dla nas obu — jeno długich lat starości, pełnych rozdzierających wspomnień, wstrętu i goryczy, złamanego serca nad moim grobem, spojrzenia, które rzuci wkoło siebie, nie znajdując nikogo, kto by dłoń wyciągnął ku niemu. A kiedy sobie przypomni, że trzydzieści lat temu on był tym, który zatknął orła polskiego na szczycie Somosierry, czy sądzisz, że to jedno wspomnienie nie wystarczy, by, zgrzytając zębami, padł zrozpaczony na ziemię? Tej długiej agonii obawiam się dla niego i pragnę mu jej oszczędzić. Zostaje mi jednak promyk nadziei, że będzie walczył za Polskę, a ja u jego boku. Zobaczysz zaraz, co mnie skłania do przypuszczenia, że to możliwe.
Zresztą jestem w najzupełniejszej niepewności. Rady ludzkie nic mi dać nie mogą. Wyglądam jedynie natchnienia od Matki Bożej, a gdy to natchnienie spłynie na mnie, pójdę za niem. Będziesz zapewne zdania, że to mistycyzm. Pozostań przy tem mniemaniu, jeżeli przypuszczasz, że Zygmunt chce oszukiwać swego najlepszego przyjaciela. Piszę, co czuję, co myślę. Może być, że to głupstwo; w takim razie jestem głupcem, ale nie oszustem.
I ta myśl o samobójstwie, która zawsze unosi się wkoło mego mózgu, rzecz dziwna, nie robi więcej na mnie wrażenia zbrodni, przeciwnie, zdaje mi się, że to rzecz dozwolona... Oto uczucia moje. Ale, kiedy się zastanawiam, widzę jasno, że to zbrodnia. O, gdyby umrzeć znaczyło: zasnąć na zawsze! Wieczność? Zobaczysz, że czeka nas nowe umęczenie w tej wieczności. Będziemy ją przeklinali tak, jak dziś ziemię przeklinamy, będziemy się skarżyli, ciężkie krople potu spływać będą z naszych czół wiecznych, ciała nasze promienne zawierać będą krew, gotową do przelania, cierpienie nękać je będzie. Spokoju, spokoju! Snu, bez żadnych marzeń! Albo czasem marzenia dziecięce, piosenka piastunki, gdy trawa poruszy się na mogile, lub rozkosz zimowego ogniska, gdy wiatr ostry zawieje wkoło grobowca. Jakiż szaleniec ze mnie, jaki głupiec! Osądź z tego, dokąd zaszedłem! Ja trącę materializmem, ja pożądam nicości! Ach, jakże cierpienia podcinają skrzydła ducha! Ani słowa o tem nikomu! Po przeczytaniu mego listu zanuć: „Jakże szczęśliwie na poddaszu!”.
25. Do Henryka Reeve’a
Genewa, 13 lipca 1831 r.