Kochany Henryku!
Tak samo było z H. Gdym jej oświadczył, że pragnę ją mieć za siostrę, rezygnując z tego, by została nadal moją ukochaną, odpowiedziała mi, że zawsze będzie moją miłością, a wiesz, co później z tego wynikło. Nie myśli więcej o mnie. Tak samo mówisz mi teraz, Henryku, że będziesz zawsze moim przyjacielem54. Przypomnij sobie kiedyś moje obawy, gdy się spełnią! Co do mnie, bądź pewien, jestem Twoim przyjacielem aż do śmierci.
Przeczytałem Twoją Cholera morbus i znajduję, że zanadto jest podobna do Starego marynarza Coleridge’a. Nadto, dziecię i ojciec, którzy umierają, przypominają ustęp z Don Juana. Zachód księżyca jest piękny. „Komnata w Oceanie”. Poetyczne to wyrażenie. Życzyłbym sobie, byś wlał w swoje wiersze trochę więcej harmonijności muzycznej i siły. Znajduję, że niekiedy są zbyt mdłe. Na ogół obraz „chorągwi tak czarnych” na „miastach tak białych” robi wrażenie. Ale przypomnij sobie, że te „tak”, te „przyszła noc”, są w stylu Coleridge’a, a styl Coleridge’a ma tę właściwość, że dąży do wywołania wrażenia nie przez myśli, lecz przez układ słów. Pamiętaj, Henryku, że wielkie myśli tworzą poetę, tak, jak sam poeta jest jedną z wielkich myśli Boga.
Co do mnie, przekonałem się w ostatnich czasach, że mam rzeczywiście iskrę poezji w łonie, co prawda, bardzo niedoskonałą, gdyż brak mi rytmu. Dowodem tego jest, że bez nadziei, by mię kiedykolwiek czytano, piszę i piszę z takim samym zapałem, jak przedtem. A więc piszę, bo muszę pisać, piszę, piszę, bo piszę, „Nic mi innego nie pozostaje, jak pisać”, aby znów Coleridge’a przytoczyć. Być poetą, czyż to nie znaczy posiadać nadmiar myśli, które wytryskują strumieniami nad powierzchnię duszy i które kłębią się nad nią, póki sobie ujścia nie znajdą? Cóż go to obchodzi, czy ujście to wiedzie do uszu ludzkich, czy do nicości, byleby się pozbył tego ognia, który go pali i nie daje mu chwili wytchnienia. Oto dlaczego zawsze dawniej Ci mówiłem, że górujesz nade mną uczuciem, bo piszesz dla siebie, a ja dla innych.
Ale po cóż mi teraz mówić o poezji, gdy może wkrótce stanę oko w oko ze śmiercią, z najwznioślejszą poezją życia ludzkiego. Dopiero w tej ostatecznej chwili poczuję po raz pierwszy, co to prawdziwa poezja, co to pęd nieokiełzany duszy do wieczności.
Nie wiem, jakie przeczucia ostrzegają mię, bym się na śmierć gotował, czuję jakby głos jakiś, który mi mówi: „Jesteś istotą bezużyteczną, nie oszczędzi cię zaraza”. Jak wiesz, jest to jeden z moich wielkich artykułów wiary, że skrzydło muchy wystarczy, by powalić człowieka, który nie jest do niczego przeznaczony w przyszłości, ani się teraz na nic przydać nie może. A więc jestem prawie przekonany, że cholera wymierzy sprawiedliwość moim dziewiętnastu latom, roztapiając je w wieczności. Dużo mówiłem o tem wczoraj z Panchaudem. Spodziewa się, że wkrótce ujrzy tę zarazę w Genewie. Powiedział mi, że cierpienia nie są wielkie, że odczuwa się tylko silne obawy i że jest to jakby ostatni dzień długiej a ciężkiej choroby. Nadto przytomność umysłu zostaje zachowana; to dobrze, gdyż można wydać sąd o sile swego ducha, przeglądać się w lustrze, patrzeć, czy się nie blednie, i wyśmiewać się z siebie samego, gdy jakiś muskuł twarzy się rozpręża. Można osądzić ze swoich chwil ostatnich, czem byłoby się później: tchórzem, czy lwiem sercem.
Sądzę, że, gdy ta uroczysta chwila nadejdzie dla mnie (za miesiąc lub 6 tygodni), będę do niej doskonale przygotowany. Trwa to dziesięć do dwunastu godzin. Będę jeszcze miał czas do napisania słów kilku do Ciebie, do Leacha, do H. Prześlę Ci pukiel moich włosów, byś go oddał po mojej śmierci tej, która mię kochała. Piszę dziś mój testament. Przekazuję Ci w nim sztylet, małe pistolety, biblię angielską, wszystkie moje francuskie i angielskie rękopisy. Jeżeli przeczucie moje się sprawdzi, Duchesne otrzyma polecenie przesłania ci tych przedmiotów wraz z pierścieniem, książką do modlitwy i Szekspirem, które oddasz Leachowi. Kończę testament słowami:
„Opuszczając tę ziemię w wieku bankierów i ujarzmicieli, żałuję jedynie, że nie padłem na polskiem polu bitwy i że nie było żadnego z moich przyjaciół angielskich u śmiertelnego mego łoża”. Te słowa są symbolem mojej duszy; bo co do ziemi, to nie żałuję jej wcale.
Czy chcesz posłuchać trochę jeremiad Adama?
Będzie ci się może wydawało, że list ten zawiera dużo rzeczy dziwnych lub śmiesznych. Ale przypomnij sobie, co myślałem nad brzegiem przepaści. Nie jesteśmy panami naszych uczuć, naszych wrażeń; to one są naszymi panami: myślimy i piszemy mniej lub więcej przygnieceni ciężarem ich jarzma. Czuję głęboko to, co napisałem w tym liście: to moje głębokie przekonanie. Napiszę do Ciebie, przyjacielu mój, jeszcze kilkakrotnie, zanim się wszystko skończy. Twojej matce moje uszanowania.