Ale, przyjacielu mój, między tylu rozdzierającemi mię namiętnościami, pośród tylu bólów i cierpień mam dla Ciebie w głębi mej duszy błogosławieństwo uroczyste i pełne spokoju, które przesyłam Ci w dowód wdzięczności i przywiązania. Choćbym był miotany na wszystkie strony, rozbity, nieprzytomny, rozgorączkowany lub znękany i rzucony w pył, w błoto, znajdę zawsze dla Ciebie to błogosławieństwo zarówno w dniach walki i wysiłku, jak na śmiertelnem łożu. Błogosławię Cię, mój przyjacielu, Ciebie i tę, którą tak kochałem.
Zyg. Kras.
P.S. By nie tylko słowami, lecz i czynami Ci się odwdzięczyć, kazałem w tej chwili zawołać do siebie Vauchégo i powiedziałem mu: „Trzeba mi w ciągu 48 godzin splotu włosów Konstancji Sautter. Oto pieniądze, weź wóz, dziś lub jutro, jedź do Bourdigny. Żadnych głupstw, ani skandalu! Działaj ostrożnie i przywieź mi włosy. Słyszałeś?”. Rozumiesz, mój drogi, jaki głos, jakie miałem spojrzenie. Przyrzekł, że je mieć będzie. Pojechał. Burza się zrywa, grzmi, wybieram się na jezioro. Żegnaj.
Mia cara Enrichetta, my dear Harriet, Mamma...61.
Czy przypominasz sobie wszystkie fazy mojej miłości, która wykwitła, jak słońce, na niebie mego życia, zeszła, jak księżyc, a teraz znów wskrzesiła słońce, bo użyczyłeś jej swoich promieni, swojej przyjaźni, swego zapału, Henryku! Niech Bóg Cię błogosławi, bądź wielki i sławny. Mój drogi, skoro jestem tak roznamiętniony, jak teraz, kręcę się ciągle w kółko, obracam temi samemi słowami, gdyż, zwróć na to uwagę, jest to rodzaj szaleństwa, rodzaj natręctwa myśli, a wtedy nie mogę powiedzieć, wyrazić nic innego, tylko tę jedną myśl, która staje się bądź różą, oplatającą moje czoło, bądź gwoździem, wbijającym się w mój mózg.
Oto dlaczego cały list dzisiejszy jest jednem powtórzeniem od początku do końca. Kto inny zobaczyłby w nim niewiele, a dużo humbugu — Ty zaś ujrzysz w nim prawdę, ujrzysz w nim wskrzeszonego na czas pewien trupa, nędznika, wznoszącego czoło z dumą, którą czuł niegdyś, i chwytającego oburącz przeszłość, by uczynić z niej siłą wyobraźni teraźniejszość.
Henrieto! Jak słodko mi pisać to imię! Henrieto, Henrieto, Henrieto! Oby była szczęśliwa, a ja jeszcze godnym jej miłości, jej wspomnienia. Nigdy ręka moja do niej należeć nie będzie, ale niechże przynajmniej wargi jej będą w stanie wymówić imię moje bez wykrzywienia się ze wstrętem. Dzień, w którym zdołam jeszcze wzbudzić w niej zapał, będzie moim najpiękniejszym, najszczytniejszym dniem, choćby był dniem mego zgonu. Oczekujmy naszego przeznaczenia, a mogąc jeszcze pysznić się tem, że mną nie pogardzasz, wznoszę błagalnie oczy i ręce ku niebu, ku Zbawicielowi naszemu. A oto moja modlitwa: „Niech ona będzie szczęśliwa i niech on będzie szczęśliwym, a ja niech zginę, walcząc za swoją ojczyznę!”.
29. Do Henryka Reeve’a
1831 Genewa, 29 sierpnia
Mój drogi Henryku!