Co o tem myślisz? Czy dobrze zrobię, pisząc do H...? Dusza moja się na to wzdryga. Odpowiedz prędko! Nie zapominaj, że H. już więcej do mnie nie pisuje.
30. Do Henryka Reeve’a
2 września 1831, Genewa
Od dwóch dni nie modliłem się do Boga i mam gwałtowniejszą gorączkę, niż kiedykolwiek. Z łatwością domyślisz się ze słów tych, że walka straszliwa odbyła się we mnie. Walczyłem z niewzruszonem przeznaczeniem, jak bohaterzy starożytni, i, jak oni, uległem.
Przyjechał tutaj niejaki p. Łubieński, by poprzeć pożyczkę polską. Człowiek ten pozostał przez kilka dni w Genewie i nie zwrócił się do mnie, ani mię odwiedził. Na godzinę dopiero przed swoim odjazdem, o godzinie 7 rano, przysłał do mnie swojego rudego bratanka, którego znasz, z prośbą, bym do niego zaszedł. Przyszedłszy tam, znalazłem człowieka o wszystkich szczególnych i charakterystycznych rysach rodziny Łubieńskich. Przyjął mnie bardzo uprzejmie i, poprosiwszy, bym przeszedł do jego gabinetu, oznajmił, że wyprawa, do której będzie należał książę de la Moskowa, wyjedzie z Hawru, by żeglować morzem w kierunku Litwy, że mi proponuje, bym wziął w niej udział, że wystarczy, bym do Paryża pojechał, że odebrał depeszę od generała Kniaziewicza, w której jest mowa o mnie. — Po czem obrócił się na pięcie i bez pokazania mi depeszy zabrał się z powrotem do swojego śniadania, złożonego z jaj na miękko. Nie mogę Ci powtórzyć dosłownie jego przemowy, lecz zauważyłem, że plątał się okropnie i że chciał mię podejść; w jakim celu, tego nie wiem, to rzecz jego sumienia. Trzeba Ci wiedzieć, że jest to stryj Leona Łubieńskiego, który znajduje się obecnie w Paryżu. Uczułem, że chciano mię oszukać lub zastawić na mnie sidła, lecz czułem jednocześnie, że obowiązkiem moim jest dać się schwytać w nie z zamkniętemi oczyma, z chwilą, gdy ubarwiano to świętem imieniem Polski. Wyszedłem z mocnem postanowieniem wyjazdu.
Jest tu jeden były kapitan, Polak, wynalazca jakiejś metody chronologicznej, który daje lekcje. Jest to człowiek, wyróżniający się erudycją i dobry wojskowy, niejako duszą i ciałem mi oddany. Powiedziałem mu, że trzeba, by jechał ze mną. Duchesne pożyczył mi 250 franków. Spakowałem swoje manatki wśród łez i zaklęć Jacka. Byłem nie do wzruszenia, lecz zaczynałem gorączkować. Ale oto Jacky idzie do tych panów z Genewy i każe mię oddać pod dozór policji, bym nie mógł wydostać się z miasta. I oto łapie paszport do Paryża i daje mi słowo honoru, że pojedzie za mną, że jest w rozpaczy, lecz w Paryżu będzie wywoływać wszędzie zajścia, które znajdą odgłos we wszystkich gazetach w połączeniu z pochwałami dla mnie, a obelgami i potępieniem dla, wiesz, kogo....
Ale oto, jeszcze całkiem inna sprawa. Dowiedziałem się, że ta wyprawa, to kłamstwo i wymysł Łubieńskiego, że książę de la Moskowa jest ojcem rodziny, który nie myśli zgoła o zapuszczaniu się w lasy litewskie, wreszcie, że na mnie liczą w Paryżu, lecz tylko na moje zdolności umysłowe (jest to zdanie wyjęte z listu, który przybył z Paryża do Genewy), nie zaś na miecz mój i ramię. Chciano by mi dać miejsce Olszowskiego! A więc uczyniono na mnie małą zasadzkę. Miejsce Olszowskiego? Listy przepisywać! Nie, to nie dla mnie! Chcę walczyć i wylać ostatnią kroplę swej krwi, lecz zostać gryzipiórkiem dyplomatycznym, gdy inni stają się bohaterami, to może dobre dla duszy Olszowskiego, lecz jest nieodpowiednie i poniżające dla mojej. Mogę ująć za pióro i natchnienie moje spisywać, lecz nie chcę kreślić świętego imienia mojej ukochanej Polski co dnia w listach, notatkach i listach, dawanych do przepisywania. Chcę je wyrzeźbić z szablą w ręku na piersiach Rosjan. Wszystko, lub nic! W końcu znów przeszedłem duchową walkę, a walka ta, przyjacielu, była silna, wielka, straszna. Niemożliwość materialna, nienawiść do skandalów, odkrycie podejścia, zatrzymały mię i zakończyły walkę. Jej ślady pozostały, ale być może, że te dwa dni maligny, rozpaczy i egzaltacji, kolejno po sobie następujących, zabrały jeden rok mojemu wątłemu ciału. I dlaczegoż bym tego żałował? Oby życie moje skończyło się prędko! Lepiej niechaj się skupi w kilku dniach namiętności i szału, niż by się miało rozciągać i rozprzestrzeniać na lata gnuśności i niedołęstwa. Lecz nie miałem zamiaru czynić tego wszystkiego dla ludzi, ze względu na interes, ambicję lub sławę. Wiem teraz, że każda szlachetna dusza posiada w głębi swego serca coś świętszego od sławy: jest to myśl o poświęceniu nieznanem, cichem, milczącem, myśl o obowiązku, który spełnić trzeba dla swojej własnej wewnętrznej sławy, a nie dla dobrego zdania innych, które wychodzi z tych samych ust, co i oszczerstwo. Nie czyniłem tego dla ludzi, lecz czyniłem to dla jednej kobiety i dla Boga. Lecz raz jeszcze los mój odepchnął mię od brzegów mogiły i raz jeszcze zebrał nad moją głową pogardę mojej ukochanej i pogardę bliźnich moich.
Zacząłem czytać Dantego po włosku, nie znając ani jednego słowa tego języka, i rozumiem Dantego. Jakżeż ponure, podniosłe i imponujące są wieki średnie! Jak dobrze dostrajają się do każdego ciemnego i ponurego obrazu! Jakżeż boleśnie spada zimny deszcz na potępieńców! Jakżeż gorzko unoszą się w powietrzu, jak jesienne liście, dusze potępione! A obok ukazują się Charon starożytny, Cerber starożytny. Wszystko jest na swojem miejscu; groźby starożytnego i nowego świata. Bogowie spadli z niebios, lecz bogowie piekielni zachowali swoje trony. Dante jest jednym z tych geniuszów, którzy przedstawiają nie ród jeden, nie wiek, lecz konstelację całą, drogę mleczną wieków.
A więc spakowałem był wszystkie swe rzeczy. Listy Twoje dałem Rogetowi, by je przechowywał u siebie aż do chwili przesłania ich Tobie. Listy H. zapieczętowane dałem Duchesne’owi, by Ci je oddał, gdy na wiosnę pojedzie do Anglii. Wszystkie moje rękopisy zostawiłem u Rogeta, by Ci je oddał także, i to wszystkie: polskie, angielskie, francuskie, gdy przybędziesz do Genewy. Uczyniłbyś z niemi, co by Ci się żywnie spodobało. Jeśli znów zdarzy się okazja, zrobię tak samo.
W tych dniach odebrałem list od Leacha, który mię głęboko zasmucił. Człowiek ten jest każdego dnia bliższym zguby. Przyjemności wycieńczą go. Nie może znieść ciężaru życia, stara się odurzyć. Udaje wesołość, lecz spod wesołości przebija rozpacz. Nieszczęsny, jest on na ziemi jedyną istotą, którą uznaję za nieszczęśliwszą od siebie. Bo ja jednak mam świat cały na swoje rozkazy, świat moich myśli, mam cały świat przyszłości, świat niewidzialny, on zaś nie ma nic, chyba tylko nieco błota i piasku pod stopami. Pije lub śpi w ramionach prostytutki, albo gwiżdże, śpiewa i jęczy. W tem samem miejscu żłobi się grób, do którego zejdzie. Jeśli w dalszym ciągu tak będzie postępował, zgubi się, i to zgubi na wieki. Chciałbym go przywieść z powrotem ku temu, czem mógłby być przy swoich zdolnościach i dumie. Lecz wysiłki moje są daremne. Biedny Leach, gdy sobie przypomnę łzy jego, westchnienia, chwile szczerego wylania, a potem chwile ciemnego, ponurego, dumnego smutku, czuję żal głęboki, gorzką troskę. Jeśli go zobaczysz, ściśnij mocno dłoń jego ode mnie.