Smutna jest historia mojej miłości, smutna historia radości, rozkoszy, które otrzymałem od tego świata. Mało użyłem na nim, jedynie chwilami, a i wtedy musiałem strzec swej piersi, by nie pękła, gdyż ciężar moich namiętności był dla niej zbyt wielki. Zresztą jakże żyłem? Najczęściej samotnie, podniecając się swojemi dwiema świecami, wywołując światy i postacie, niepodległe prawom stworzenia, goniłem za silnemi wzruszeniami, stwarzałem sobie urojone, oburzałem się na społeczeństwo, na kobiety, na każdego nieznanego mi człowieka. Znosząc co dnia cierpienia swego wątłego ciała, bóle głowy, ramion i płuc, kochając się z przyrodzenia w nadużyciach fizycznych, zmuszony byłem przez wątłość swego organizmu do oddawania się tylko nadużyciom duchowym, wtedy zaś pisałem, gryzmoliłem, wzywając poezji wielkim głosem, gdyż ona była rozpustą mojej duszy. Męczyłem swój mózg, załamując ręce ze zmartwienia — nie mogłem napisać ani jednego wiersza; zmagałem się z prozą; czasem myślałem, że jestem poetą i promieniałem dumą, następnie oddawałem się przygnębieniu. Unikałem uroczystości, zabaw, orgij, gdyż widziałem w nich swój wyrok śmierci. Zamykając się w czterech ścianach, wycieńczałem duszę, a nie ciało, a dusza moja była silną, ciało zaś słabe. Przechodziłem kolejno, począwszy od dzieciństwa, przez wszystkie rodzaje szałów: szał cygar, szał polowania, szał zazdrości, szał pożądania, szał zemsty, szał miłości, szał natchnienia, szał pogardy dla innych, gdyż wszystko u mnie jest obłędem chwili. Zdaje mi się, że mógłbym stworzyć z kawałka lodu kochankę, drżącą na mojem łonie. Przeszedłem przez wszystkie stopnie głupoty: byłem pyszałkiem, potem zawadiaką, lekkoduchem, pedantem — przyjmowałem wszystkie spotykane po drodze śmieszności i wkrótce nabierałem do nich wstrętu, gdyż byłem kolejno Edmundem Fabre, Steinbockiem, Gaymüllerem, Stackelbergiem, tylko że u mnie było fazą, co u nich stanem stałym. Wreszcie nawróciłem się do Boga i myśli wzniosłych, lecz słabo; często, wierząc szczerze, robiłem wszystko, jak gdybym w nic nie wierzył, nauczając innych, sam pozostawałem zimny, zapalałem się na myśl o modlitwie, a modliłem się jak roztrzepaniec; w końcu nadszedł krwawy okres mojej młodości, a wiesz, jak go przepędziłem, choć z dala byłem od Ciebie. Znasz moje nieszczęścia, począwszy od najdrobniejszych codziennych kłopotów, aż do rozpaczy całych tygodni, od myśli, że bok mię boli, aż do tej, że H. mną pogardza i że Polska nie przyznaje się do mnie. Takie było moje życie. Jeśli ma się wkrótce skończyć, nie miałem z niego korzyści ni sławy, ni zadowolenia, gdyż pragnąłem wiele zdziałać, a nic nie zrobiłem, gdyż chciałem mieć imię, a nie mam żadnego, gdyż zbudowałem wiele pałaców, a wszystkie z dymem się rozwiały. Ambicja moja po wiele razy była dla mnie przyczyną gorzkich bólów — przyznaję się do tego, bom szczery — a bardzo rzadko uczuć przyjemnych — przyznaję się do tego, bom smutny. Wiele miałem w sobie miłości, a jednak nienawidziłem często. Lecz ci, których kochałem, nie będą mieli powodów do przeklinania mnie, jestem gotów wszystko dla nich uczynić, dla nich, ile razy mogłem, wszystko, co mogłem, uczyniłem — byłoby mi słodko dla nich walczyć, cierpieć i umrzeć. Lecz czyż nie wszystko jest już wypowiedziane i skończone? Gdzie jest Polska?

To rzecz godna potępienia nudzić swoich słuchaczy, jak ja to czynię, marzeniami, urywanemi zdaniami, „saccadami”, jak mówi Duchesne, i swemi wahaniami. Więc kończę, przyjacielu. Lecz przedtem powiem Ci, że rozpocząłem poemat z dziejów Polski65. Tak wielką jest we mnie potrzeba pisania, której nic zniszczyć nie może.

Zyg. Kras.

W tych dniach udam się do Montreux, dwa dni tam przebędę. C. tam jest, będzie mi grać polskie melodie. Bądź tak dobry i napisz mi coś o H.

37. Do Henryka Reeve’a

5 paźdz[iernika] 1831, Genewa

Kochany Henryku!

Jeśli Maria Ci się nie podoba, nie staraj się jej naprawiać. Lepiej pozostawić ją taką, jaką jest, niż ją poprawiać. Popełniłem głupstwo, posyłając Ci ten temat; nie tworzy się nigdy poezji listownie. Gdybyś był sam słyszał w Chamonix opowiadania tego zdarzenia, byłbyś z tego coś pięknego i dobrego zrobił. Lecz inaczej było wprost niemożliwością, by Ci się udało. Prawdę mówiąc, Norfolk też wiele się do tego przyczynił.

Odebrałem wczoraj list od mojego ojca, rozdzierający przez tkliwość i przygnębiający przez ból. Człowiek ten przeszedł męczeństwo, cierpiał więcej, niż Ty i ja cierpieć będziemy kiedykolwiek. Znosił ból z odwagą pełną mocy, lecz jest osłabiony, bardzo chory, wykolejony. Pisał mi, że uczyni wszystko, co będzie mógł, dla ocalenia ofiar. Ja zaś myślę, że pozostała mu jeszcze piękna rola do spełnienia, gdyż już nie wątpię, a i Ty z tego samego powodu wątpić przestaniesz, że nigdy Polski kochać nie przestał; płakał nad nią i jeszcze płacze, lecz kocha ją swoją wielką duszą. W duszy tej jest wiele poezji i serce płonące. Jednem słowem, ojciec mój nie jest człowiekiem dziewiętnastego wieku, uczucie zawsze przewyższa u niego wyrachowanie. Wydawać Ci się będzie może dziwnem, że to utrzymuję. Owszem, utrzymuję to, a bądź pewien, że nie czyniłbym tego, że milczałbym, jak dotychczas milczałem, gdybym nie był o tem przekonany. Zapamiętaj słowa moje! Usłyszysz jeszcze imię jego, rozbrzmiewające jako imię człowieka, który rzucił się między tygrysa i jego zdobycz i uczynił z ciała swojego wał ochronny dla niewinnych i uciśnionych. Ale dosyć o tym przedmiocie!

Kochany, poczytaj trochę Moora, Byrona, by dać przeciwwagę Twojej Lindorze, Treworowi i kuropatwom. To nieodpowiedni dla Ciebie pies, ten Trewor, jest to dar z lodu. A Konstancja? Nie widziałem jej nawet przelotnie od czasu, gdy polowałem na kwiaty w Bourdigny. Czy chciałbyś mieć jej portret? Myślę, że obraz jej musiał ulec zaćmieniu w Twojej pamięci. Teraz jest ona dla Ciebie obłokiem na skraju widnokręgu, nie obłokiem wyłaniającym się, lecz zachodzącym. Jest pewnego rodzaju urok w mglistym zachodzie złudzeń naszych. Gdy kobieta jakaś mgłą się stanie, wydawać Ci się będzie w pierwszej chwili, że jest Ci bardziej droga. A chwila ta pełną jest uroku.