Jak Ci to już mówiłem w ostatnim liście, nie przypuszczałem wcale, by rewolucja w Anglii natychmiast wybuchła. O rewolucji francuskiej mówiono już na pół wieku przed jej wybuchem. Rewolucja już się rozpoczęła, lecz nie doszła jeszcze do swego krwawego okresu toporów, szubienic i rzezi. To także nadejdzie, lecz nieco później, kiedy lud trochę bardziej oświecony zostanie, chcę powiedzieć „oświecony” w pewien sposób, gdyż co do prawdziwego światła, życie bym za nie złożył w ofierze. Lecz co mię doprowadza do rozpaczy, to sposób, w jaki Polska upadła, wśród mordów katów i rozpraw dzieci, gdyż w ostatnich czasach sejm stał się dzieckiem, które dużo krzyczało, a nic nie robiło. Czy Ci tego nie przepowiadałem w chwili, gdy Skrzynecki zrzekł się dowództwa? Był to mąż opatrznościowy. Po nim już nic więcej nie zostało poza przeznaczeniem. A potem te wszystkie luźne korpusy uciekły lub poddały się. Nie tak Matka moja jedyna powinna była zejść do grobu. Sława była na początku, lecz nie do końca błyszczała. Przyjrzyj się teraz całemu zwyciężonemu narodowi, czołgającemu się przed dumnym zwycięzcą, który udaje wspaniałomyślność i w sarkastycznej litości rozdaje swoje łaski, swoje amnestie, które, jak zobaczysz, wyjątkami podziurawione, rozpadną się w łachmany marne i spadną na głowy ofiar, jak popiół pokutny. Pojadą sanki na Syberię, szpiedzy będą denuncjować, a więzienia pochłaniać. Młodzież wezmą do wojska, zrobią z niej prostych żołnierzy na całe życie. Geniusze będą wygnani lub zmiażdżeni, serca zmrożone, złamane przez prześladowanie, nie gwałtowne, nie rozgłośne, lecz kryjome, głuche prześladowanie dnia każdego, każdego ranka, każdego wieczora, zniewagi każdego rodzaju, przeciwności każdej chwili. Potem pierwszego miesiąca przyznają konstytucję, którą będą się starali zniszczyć w następnych, wykreślić z niej artykuł po artykule, usunąć zewsząd myśl, zostawiając słowo. Prawa okaleczą, instytucje obalą, szkolnictwu położą tamy, zmniejszą liczbę nauczycieli, albo też wybiorą uniżonych i nieuków, będą popierać zepsucie obyczajów, a ze świętej religii uczynią postrach, by do niej wzbudzić wstręt w sercach szlachetnych. Wynagradzać będą uniżoną podłość, krzyżami i zaszczytami okryją nędzników i zdrajców, lud ogłupią wódką, szlachtę za pomocą urzędów i epoletów, a na tych, którzy się nie ugną, naznaczą cenę albo pozbędą się ich w odpowiedniem miejscu i czasie. Pomnij sobie tę przepowiednię, gdy mówić będą o wspaniałomyślności cara rosyjskiego, króla Astrachanu, Mongolii, i z pozwolenia boskiego króla Polski.

Chciałbym bardzo dowiedzieć się czegoś o Twoim artykule o Francji; daj mi o tem jakieś pojęcie. Roget przesyła Ci tysiąc pozdrowień. Uszanowania dla Twojej Matki.

Żegnaj, przyjacielu!

Twój na zawsze

Zyg. Kras.

39. Do Henryka Reeve’a

Genewa, 20 października 1831

Mój Przyjacielu! W złym jesteś stanie. Trzeba Ci się z niego wyrwać za wszelką cenę. Uważam za swój obowiązek danie Ci tej rady, a za Twój, zastosowanie się do niej. Czy chcesz wiedzieć, w jakiem znajdujesz się położeniu? Ja Ci to powiem: tkwisz między węglem kamiennym i węglem drzewnym, a kochasz Mont-Blanc; pełen jesteś miłości, a nie masz kochanki, istoty, rozumiejącej Twoją duszę, istoty, która by zerwała różę, by Tobie ją ofiarować, która by dawała Ci rękę, usta, kibić swoją, przyciskała Cię, zarumieniona wstydliwie, do łona, godzinami całemi wsłuchiwała się w głos Twój i słowa Twoje, podniecała się myślą, jak silną i potężną jesteś duszą, która by płakała za Tobą, gdy będziesz od niej daleki, a pieściła, gdy znajdziesz się u jej boku. Czy kiedykolwiek kobieta jakaś powiedziała Ci: „Kocham ciebie”? Nigdy, i oto dlatego jesteś teraz słaby, niezdecydowany i chory, gdyż pierwsza twoja miłość była niczem, czarą piany bez kropli nektaru, długiem marzeniem bez obawy i nadziei, bez czynu i ruchu, słowem — bez siły. Przeznaczenie, które Ci dało tyle, tego jednego Ci poskąpiło. Stąd pochodzi, że apatia, rozmarzenie stały się stanami duszy, drogiemi Twemu sercu, gdyż z niemi związane są Twoje wspomnienia. Z miłości poznałeś tylko tęsknotę, lecz nie jej siłę, nie szał, nie impuls, który daje duszy, a który w duszy zostaje nawet wtedy, gdy miłość przemija. Nawet natchnienia swoje czerpałeś mimochodem, przypadkiem w uczuciu, które żywiłeś dla K. Czy kiedykolwiek, tak jak ja, pisałeś przez rok cały tylko o H..., tylko o miłości? K... śmiało to twierdzę, nie była Twoją kochanką. Kochanka Twoja oczekuje Cię tam, gdziekolwiek, nie wiem gdzie, lecz Cię oczekuje i znajdziesz ją, gdy godzina odpowiednia nadejdzie. Masz więc tylko wspomnienia spokoju, słodyczy, tęsknoty. Gdy zwracasz wzrok swój w przeszłość, nie masz tam ani jednego zdarzenia, które by Cię zelektryzowało, podniosło Twego ducha, świadczyło o Twej sile i potędze zewnętrznej. Wszystko dotąd u Ciebie tkwiło wewnątrz, nawet K., gdyż więcej była w Tobie, niż w Bourdigny. Oto, zdaje mi się, przyczyna Twej obecnej bezsilności, gdyż na nieszczęście Twego spokoju, a na szczęście Twojej sławy, wyprzedziłeś swoje lata, stałeś się mężem, gdy inni są dziećmi, i dużo czułeś w wieku, w którym mało się czuje, a dużo mówi. Znalazłeś się, że tak powiem, w fałszywem położeniu względem przyrody, lecz jednocześnie było to wysiłkiem, a po każdym wysiłku następuje osłabienie. W szesnastym roku życia wiedziałeś już, co znaczy miłość. Przeczytałeś Petrarkę, i Byrona, i Moore’a, sameś już pisał. W tem byłeś mężczyzną, lecz z drugiej strony w tem, co wymagało doświadczenia, w tem, co wymagało śmiałości, byłeś dzieckiem. Chciałeś kochać i zwróciłeś się gwałtownie ku K., ku obrazowi K. Stąd długie Twoje troski, cierpienia, westchnienia bezpłodne, teorie miłości, gdyż raz marzyłeś o tem, by ją mieć za kochankę, później, żeby była Ci przyjaciółką, następnie, żeby ją wydać za Huberta, wreszcie, żeby jej coś powiedzieć; nigdy jej nic nie powiedziałeś, nigdy się z tego nie zwierzyłeś. To „coś” pozostało w Tobie, skamieniało w Tobie i ciąży teraz na Twem sercu. Wychowałeś się nie w swojej ojczyźnie; obcy kraj ma dla Ciebie urok ojczyzny, a ojczyzna przykrości obcego kraju.

Z którejkolwiek strony na życie Twoje spoglądam, nie widzę nic prócz fałszywych sytuacyj, goryczy, rozkoszy nieosiągniętych, gdyż pożądanych przedwcześnie, naturalnego przygnębienia, które musi ustąpić i ustąpi, gdy do „Koloseum Oceanu” wstąpią gladiatorzy. Mam tylko jedną radę dla Ciebie: kochaj, Henryku, gdyż dotychczas mało dla duszy swojej kochałeś, i nie pozostań bierny w wielkiej walce, jeśli walka nastąpi! Przypomnij sobie prawo Solona, skazujące na śmierć tych, którzy pozostawali bierni. Rzuć się w objęcia arystokracji lub ludu. Co do mnie, skłaniam się ku pierwszej, gdyż wielka jest wspomnieniami, gdyż, choć zaślepiona, mieści w sobie całą starą Anglię, gdyż więcej poezji jest w jednym z jej członków, niż we wszystkich warsztatach Johna Bulla, gdyż jest pełna energii, choć się myli i kroczy na drodze, prowadzącej do zguby. Co do ludu, widzę dlań tylko jeden środek dojścia do celu: krew. A Ty, Ty nie zmaczasz we krwi swoich białych dłoni. Zresztą, kto wie, czy nie znajdzie się część arystokracji, która kroczyć będzie przed ludem na czele rosnącego ruchu, rozwijając nad głową swe stare, sławne sztandary? Zresztą, ja nie chcę, nie mogę wydać o tem sądu. Rozstrzygnąć tę sprawę, znaczy zadecydować o losie człowieka, a więcej jeszcze, o losie przyjaciela. Radzę Ci jedynie: nie pozostań bierny! Sumienie Twoje w Twojem jest łonie; masz matkę przy swoim boku; a wreszcie, wierz mi, że dni przełomowe i rewolucje, ponieważ są wielką poezją życia, mają również chwile natchnienia. Módl się do Boga gorąco, a On lepiej Cię natchnie, niż ktokolwiek inny, lepiej, niż ten, który Ci pisze teraz i drży przy każdem przez siebie napisanem słowie i z obawy o Ciebie, i ze wzruszenia na myśl, że rady jego, pośpiesznie rzucane, mogą stać się dla Ciebie zgubne. Lecz przede wszystkiem staraj się przezwyciężyć swój bezwład, zerwać bezpowrotnie z ideałem szczęścia spokojnego i słodkiego, które tu na ziemi jest chimerą dziecka.

A ten ideał ci się uśmiecha, widzę, kochasz go, upajasz się jego urokiem. Poznaję to ze słów: „Lecz zadaję sobie pytanie, co za szczęście, jaka korzyść, jaka przyjemność w tem wszystkiem”. A więc, Henryku, wierzysz jeszcze w szczęście i przyjemność. Ta cena jest Ci miarą czynów mas i jednostek. Żądasz od nich, gdy, gnane instynktem ludzkości, biegną walczyć, by zdały Ci sprawę ze szczęścia, z rozkoszy, które tam zdobyć mogą. Przestań się łudzić, jeśli kiedykolwiek w to wierzyłeś! Człowiek dużo mówi o szczęściu, dlatego właśnie, że czuje, jak jest nieuchwytne, i, gdy ku niemu dąży, biegnie jedynie na spotkanie wielkości lub śmierci. Szczęście wymyka mu się na skrzydłach motyla, by spocząć gdzieś daleko, daleko i wyśmiewać się zeń do woli. Trzeba przyzwyczaić się do tej myśli słusznej a niezmiennej, że wszystko, co świat ten dać nam może, ogranicza się do chwil silnych wzruszeń dla jednych, i do chwil spokoju dla innych, a w dodatku liczba pierwszych większa jest od liczby drugich. Lecz myśleć o szczęściu jako o celu — toć to czyste dzieciństwo! Nigdy na tem nie zyskasz, zawsze stracisz. Ja również dawałem się kołysać tym szalonym myślom i dziękuję Bogu, że dość prędko i dość wcześnie od nich się odwróciłem. Jedyną rzeczą, której człowiek może się spodziewać, do której może dążyć, do której skierować może swoją duszę i wzruszenia swej duszy, jest wielkość, to znaczy wyższość w czymkolwiek bądź. I przyznaję, że to dążenie, ta ciągła walka między przeszkodami a ludźmi może sprowadzić chwile podniosłe i promienne, chwile miłości i szału, radości i błogiego szczęścia. Lecz żądać spokoju, to żądać rosy od pustyni Sahary, to tworzyć utopie, to nie znać swoich bliźnich, to otoczyć się smutnemi złudzeniami, to nieuniknione bankructwo duszy. A cóż się staje, gdy się żyło długo w kole takich myśli? Oto, że koło pęka i rozsypuje się, a człowiek pozostaje nagi, słaby, drżący z zimna, na łasce każdego, kto będzie trochę od niego silniejszy. Wtedy niepodobna podnieść się znowu: wszystko skończone. Po cóż piszę to wszystko? Czemu wkładam w to tyle ognia i uporu? Dlatego, że chcę ścigać Twój ideał spokoju aż do najtajniejszych skrytek Twej duszy, że chcę wygnać go z Twej duszy na zawsze. Gdyż, jeśli go zachowasz, nie dokonasz tego, czego Bóg chciał od Ciebie — gdyż, jeśli go zachowasz, zniżać się będziesz zamiast wznosić, zaśniesz, gdy wszyscy czuwać będą wkoło Ciebie, będziesz dalej strzelał do kuropatw, ale nigdy nie staniesz się ani mężem, ani poetą. A ja chcę, żebyś był mężem i poetą, a ja chcę, żeby przepowiednie moje nie rozwiały się z dymem, chcę usłyszeć pochwały, skierowane ku Tobie, i widzieć Cię takim, jakim po wiele razy mówiłem, że Cię zobaczę. Dawniej nie byłoby mi to potrzebne, lecz dziś, gdy wszystko dla mnie skończone, gdy przeznaczone jest, by imię moje nie wypłynęło na powierzchnię wód otchłani, pragnę i chcę, żebyś był sławny. Jeśli oddasz się spokojowi, stracisz w moich oczach i uchybisz mojej miłości. A wówczas obaj rozczarowani, nieznani, weźmiemy kije i sandały pielgrzymie i puścimy się w daleką podróż, z której nigdy nie powrócimy. Reevie, Henryku, przyjacielu mój, przyzwij całą swą energię! To Anglia cała grzmi wkoło Ciebie. Nie siedź dłużej spokojnie, wstań, spójrz całej Anglii w oczy i szukaj wpośród tego zamętu, tego chaosu fałd białej sukni, szukaj tej, którą byś mógł kochać i bronić, róży wśród dzid i szabel! Wierz mi, wówczas staniesz się znowu i Anglikiem, i poetą, i mężem. Gdyż ziemia Anglii będzie ziemią Twej ukochanej, gdyż poezja ta będzie pieśnią dla Twej ukochanej. Wierzaj mi, ja również niegdyś kochałem.