Żegnaj, mój przyjacielu!
Zyg. Kras.
Rachunek listów się zgadza, żaden nie zginął; to ja się omyliłem.
43. Do Henryka Reeve’a
10 listopada 1831. Genewa
Mój kochany Henryku.
Przede wszystkiem odpowiadam na to, co jest w związku z Effinghamem Wilsonem76. Jest widoczne, że wyżej wymieniony Effingham, człowiek od odbijania, drukowania i oprawiania książek, nie rozumie ani słowa z Wędrowca i poezji, jak wszyscy księgarze, nie wyłączając nawet słynnego Murray’a, który mojem zdaniem był największym głupcem, o jakim słyszałem. Tak więc Effingham dał odpowiedź, jakiej można było spodziewać się po jego mózgu, podzielonym na szufladki, odpowiedź kupca, handlarza skończonego, sklepikarza w całej pełni. Jakże mogłeś przypuszczać, że będzie inaczej! Jest to chwila przesilenia dla kapitałów, spekulacji i renty. Czytając Twoje wiersze, myślał o reformie, i reforma podyktowała mu odpowiedź. Może być, że jest on wielkim erudytą. Jestem przekonany, że zna pierwszy szpargał, który był drukowany w Anglii, Szkocji lub Irlandii, że będzie z Tobą bardzo uczenie rozmawiał o manuskryptach Alfreda Wielkiego i psalmach, przepisanych przez św. Cuthberta, lecz czyż człowiek ten, do diabła, ma najlżejsze pojęcie o tem, czem jest poezja? — Dość o Effinghamie! Mówmy teraz o Campbellu77 i Southey’u78.
Powiedz mi, Henryku, czy masz w swej niedbałej i rozmarzonej duszy, którą pragnąłbym tak bardzo widzieć silną i rozbudzoną, żywą, najwyższą wiarę w siebie samego, gorącą wiarę w to, że jesteś poetą, gorliwą wdzięczność Bogu za to, że Ci dał w czasach chaosu i nieładu posłannictwo poety, istoty wzniosłej, natchnionej? Czy wierzysz mocno, że Bóg Ci dał lirę i przeznaczył Ci, byś zasiadł od strony przeszłości nad brzegiem przepaści, która dzieli przeszłość od przyszłości, i wyśpiewał wzniosłe myśli dni, których już nie ma, wplatając do nich przeczucia i proroctwa dni, które nadejdą? Czy masz w skrytkach swej duszy, w tajnem sanktuarium swej duchowej istoty coś, co Cię popycha, co Ci zaciska palce dokoła pióra, gdy piszesz, co Ci szepce, że masz do spełnienia cel, co Ci tajemnice odkrywa, gdy stoisz na górze, patrząc na równinę w dole, piękne i szlachetne czyny do dokonania, coś, co by Ci dodawało otuchy wobec niebezpieczeństw życia natury materialnej, póki posłannictwa nie spełnisz, co by wywoływało uśmiech pogardy na trybunie, otoczonej sztyletami, opancerzając Ci duszę pewnością niewymowną, że nie możesz zginąć zanim wybije Twoja godzina, i że godzina Twoja jeszcze nie nadeszła, a nim nadejdzie, nim wybije, trzeba jeszcze, byś oddziaływał na świat, byś wywołał okrzyki podziwu i pochwały, odrazy i czułości, zależnie od tonu, którym zadrżą akordy Twoje? Henryku, wejdź w siebie, zastanów się głęboko! Duszy swej nie pytaj, czy to jest jej stan ciągły, codzienny. Byłoby to obłędem, gdyż zaprawdę na balu, obiedzie, wykładzie, takie uczucie nie byłoby na miejscu. Lecz szukaj wśród wspomnień swoich o Alpach, przywołaj z powrotem myśli, które do Ciebie przychodziły na szczytach górskich, te myśli, które nie od Ciebie pochodziły, które są obce, jednak wszechmocnem prawem podboju boskiego ogarniały Twoją duszę. A wtedy wiedzieć będziesz, kim jesteś i czego ludzie po Tobie i Ty sam po sobie spodziewać się możesz. Mój przyjacielu, pewien jestem, że masz tę wiarę. Wyczytałem to po wiele razy w spojrzeniach Twoich i rysach, gdyż ta wiara tajemna rzadko się wciela w słowa, lecz błyszczy w oczach w chwilach namiętności i wzruszenia. Tak więc, jeśli masz to wewnętrzne przeświadczenie, jeśli wierzysz w siłę swoją i w siebie, jeśli masz przekonanie, że Bóg chce czegoś od Ciebie, że Cię umieścił wśród bliźnich, byś był wyższym od nich i działał na ich umysł, na cóż Ci, mój drogi, potrzebni Campbell i Southey? Zwykła naiwność początkującego autora, który czyta swoje broszury w rękopisie sawantkom, starym perukom, który drży przed drukiem, obawia się krytyki. Jest to jakby wywołaniem ducha nieszczęsnego Johna Keatsa79 z jego grobu koło piramidy Kaja Cestiusza. Wierz przyjacielowi swojemu: albo jesteś poetą, a myślę, że nim jesteś, i o to Boga proszę, albo nim nie jesteś. W przypadku pierwszej hipotezy nie jest Ci potrzebnem, by Campbell lub Roderyk, „ostatni z Grotów”, dali Ci jałmużnę pochwały i uznania. Było to dobre w wiekach średnich dla czeladnika bednarskiego w mieście cesarskiem, by majster wydał mu świadectwo, podpisane przez członków korporacji. Lecz dla Ciebie dziś nie widzę tej potrzeby, nie rozumiem użyteczności.
Poza tem, ponieważ mię o to prosisz, dam Ci ostatnią radę. Przeczytaj uważnie Wędrowca. Dodawaj do niego, dodawaj ciągle! Obudź się, jeśli mię kochasz, gdyż któż cierpieć będzie przez cios, zadany Twojej sławie, prócz mnie i Ciebie? Czytaj Ballanche’a, Micheleta Przedmowę do historii powszechnej, a potem Historię Rzymu. Cały świat pojęć stanie się wtedy Twoim udziałem, a wtedy wrzuć myśli do swojej formy wieszczej, uczyń z nich dla Wędrowca olśniewający ogon komeciany, a potem, pełen wiary i energii, daj to do druku. Nie myśl o sławnych poetach Wielkiej Brytanii, ani o zasuszonych krytykach, ani o eleganckich czytelnikach — myśl o Bogu i o sobie, myśl o wszechświecie i o rodzie ludzkim, myśl o naszym wieku przejściowym, w którym konają starcy, a dla dzieci jutrzenka wschodzi, płacz nad starcami, gdyż oni byli wielkimi w dniach swej młodości, i unoś się nad dziećmi, gdyż one będą wielkie, gdy nadejdzie ich godzina. I daj do druku, daj do druku! Nie miej żadnych obaw! Jeśli masz wiarę, będziesz miał i sławę.
Lecz teraz, gdy zagłębiłem się w tym przedmiocie, niełatwo z niego się wydostanę. Przypominam sobie, że raz w Rzymie, w piękny ranek lutowy, woniejący fiołkami, byłem na cmentarzu angielskim z Juliuszem Arrey, pełnem ognia i życia dzieckiem. Tam widziałem grób Johna Keatsa: kolumnę z marmuru, pod nią złamaną lirę i napis, który znasz dobrze80. Czułem, gdy go czytałem, że łzy niemal litości napływają mi do oczu, i w tem zawarte było wszystko, co można było wypowiedzieć o nim. Henryku, jest to człowiek, który spał równie smacznie za życia, jak i po śmierci; jest to człowiek, który miał z poety coś, niewiele, od czasu do czasu trochę natchnienia, parę pięknych wierszy, lecz nie był poetą. Brakło mu wiary. Jest to ostatnie ogniwo długiego łańcucha literatów, którzy schylali głowę przed krytyką i zjadali obiady i śniadania u wielkich panów. A więc grób jego bardziej, niż on sam, może wzruszyć na chwilę, potem przechodzimy i nic z tego nie zostaje. To dziecię, pełne zapału, ta chytra małpka, pełna życia, biegnąca przede mną, skacząca ze wzgórka na wzgórek, wdrapująca się na grobowce, pochylająca się nad płaskorzeźbami, zrywająca tu i tam fiołki, by je oskubywać z płatków na grobach młodych, spoczywających tam Angielek, wzbudza we mnie coś więcej, niż ten kamień, skulony nad Johnem Keatsem, gdyż w tem dziecięciu było życie i rodząca się siła, podczas gdy w Keatsu81 życia było mało, a mocy zupełnie nic. A jednak chciał być poetą, a jednak wielu ludzi witało go tem imieniem. Poezja, mój kochany, była dla niego snem nieudanym, nie była nawet zmorą; biedaczysko, nie umiał walczyć, ni z walki czerpać natchnienia. „Umarłbym uśpiony, jak żyłem”. Cóż znaczą te słowa, które jakby wyszły spomiędzy prochów Johna Keatsa, słowa słuszne, odpowiednie, by unosić się przez chwilę nad trawnikiem grobu, by się mieszać z wietrzykiem wieczornym, a potem umrzeć bez echa, bez śladu — lecz są to słowa ohydne swojem niedbalstwem dla Henryka Reevea, dla poety, dla człowieka, który powinien myśleć o śnie tylko jako o wypadku, który powinien stać mocno, zdecydowany, pełen życia, namiętności, wiary, gotów walczyć, zwyciężyć, jeśli można, lub zginąć godnie, jeśli zwycięstwo nie leży w jego przeznaczeniu. A śmierć ta będzie jednak moralnem zwycięstwem. To ja z większem prawem mógłbym mówić o śnie, o marzeniach, o laudanum, gdyż gdzież jest przyszłość moja? Powinienem powiedzieć: „Potrzymaj mój płaszcz szeroki, bym się mógł weń zawinąć i rozciągnąć na ruinach i grobach! Nadeszła godzina — trzeba zasnąć na zawsze”. A jednak myśl ta ode mnie daleka, walczyć będę do ostatniej chwili, by znów odbudować przyszłość sobie i Polsce. Lecz Ty, Henryku, jesteś wśród burzy tak gwałtownej, iż rozdziera obłoki i pozwala się przedrzeć słońcu; jesteś człowiekiem cywilizowanym, człowiekiem postępu, a dodaj jeszcze: człowiekiem Północy. Masz siłę i moc barbarzyńcy, a światło i wiadomości Południa, bez jego niedbalstwa i jego miękkości. Wszystko jest Twoje. Gdy będziesz walczył, zakipi w Twoich żyłach krew świeża, surowa, zdrowa krew Saksończyka, Skandynawa, Normanda. Gdy się zjawiasz, cały świat doskonałości jest na Twoje rozkazy. Możesz wybierać bez związku, chwytać mistyczne marzenia Wschodu, święte, podniosłe prawdy chrystianizmu i bogactwa europejskie. Lecz czegoż mogę dokonać ja, zduszony, ściśnięty wśród mało rozwiniętej cywilizacji, wczoraj rozpoczętej, gdzież są nadzieje moje? Ty masz piękne, czyste i wielkie nadzieje. Lecz, aby się urzeczywistniły, nie czyń z nich snu, „snu nocy letniej”! Nie zasypiaj na początku swojej drogi. Czy pamiętasz słabość tych, którzy zasnęli w ogrodzie oliwnym, podczas gdy ich Zbawca modlił się za nich? — Jakżeż więc zasnąć chcesz, gdy natchnienie jest przy Tobie? Syn Boży zlitował się nad apostołami swymi i po trzykroć ich obudził. Lecz, gdy Ty raz uśniesz, Bóg nie obudzi Cię więcej, gdyż, zaprawdę, posłannictwo Twoje nie jest równe posłannictwu pierwszych chrześcijan.