Zawsze to powtarzam: kochankę Ci dać, a będziesz poetą. Kochanka jest dla Ciebie tem, czem byłby punkt oparcia dla Archimedesa. Wywołuję więc przed oczy Twoje widmo Johna Keatsa, wzywam go z jego zimnego grobu w rzymskiej Kampanii. Przyjrzyj mu się, nie spuszczaj oczu z tego biednego widma, bladego, pokrytego łachmanami, o pomarszczonej twarzy. Z prochu serca jego fiołek się zrodził, smutny, skromny, nieśmiały. Trzyma go on w swoim ręku. W tym kwiatku wybujałym zawarta jest cała jego przeszłość, cała egzystencja, cała słabość. Jak on, żył przez jedną wiosnę, ukryty w puszystej trawie; zaledwie podniósł głowę, a głowa ta opadła natychmiast. Młoda dziewczyna płakała nad jego śmiercią, lecz cały naród nigdy nań nie zwróci uwagi. Przywiązuję to widmo do Twoich kroków, rzucam je w poprzek dni i nocy Twoich. Niechaj będzie u boku Twojego, jak umierający w szpitalu, jako ostrzeżenie i niechaj Cię wstrętem i litością napełnia! — A wtedy dusza Twoja zaniepokoi się, cofnie się przed litością i posiędzie siłę, aby starać się o ich zdziwienie i uwielbienie.
W tej chwili właśnie dowiedziałem się, że w Anglii jest cholera. Biedna H. Czyż umrze? Myśląc o Tobie, nie o śmierci myślę, lecz o życiu. Ale matka Twoja? Wsiądź na statek dla swojej matki! Przepłyń cieśninę, wróć do mnie i do Alp! Alpy doskonale Ci zastąpią kochankę. Lecz moja biedna, moja droga H.! Spełniła swoje posłannictwo dziewicy, kochała pierwszą miłością. Przeżyła wszystkie uczucia, od najgorętszych do najzimniejszych, doznała zdrady i uwiedzenia, kochała mocno, a potem pogardzała. Oto cała egzystencja kobiety! To skończony poemat. To dramat w całości. Według prawa dusz i życia — może umrzeć. Oto, co mię boli, co mię przeraża. Czy pamiętasz sen, w którym odprowadzałem kochankę moją w noc jesienną aż do drzwi naszego wspólnego grobu? Sen ten przychodzi mi do głowy. Biedna H., biedne dziewczę, które tak kochałem! Gdybym był przynajmniej zginął w Polsce, jej łoże śmiertelne byłoby ślubnem łożem, gdyż tam rozpoczynałoby się jej połączenie ze mną, gdyż od tej chwili wyciągałaby ramiona ku wieczności i ku mnie. Lecz dzisiaj będzie musiała sama, samotna poza grób się zapuszczać, unosząc z ziemi tylko gorzkie wspomnienia, wspomnienia złudzeń, rozwianych w kwiecie jej lat. Henryku, oby to przeczucie nieszczęścia, ta wizja zmąconego mózgu nie spełniła się naprawdę! Oby ta, którą kochałem i uwiodłem wskutek fatalności mego losu, a nie pragnienia własnego serca, mogła żyć i być szczęśliwą długo po mojej śmierci! To samo życzenie i dla Ciebie składam. Nie jest to frazes, lecz szczera myśl prawdziwego przyjaciela.
Zyg. Kras.
44. Do Henryka Reeve’a
Genewa, 18 listopada 1831 r.
Mój kochany Henryku!82
Istnieje wielka różnica między nienawiścią dzikiego człowieka, a nienawiścią chrześcijanina. W pierwszym przypadku wróg jest przywiązany do słupa, dokoła którego żarzą się węgle, wyrywa mu się paznokcie, szarpie się rozpalonemi kleszczami czaszkę, piecze się go na wolnym ogniu i tem się nasyca. W drugim przypadku wzywa się Boga, pokłada ufność w jego sprawiedliwości i, jak rycerz średniowieczny, krzyżuje się ostrze z ostrzem wroga. Niechaj niebo przebaczy grzechy temu, kto trupem padnie! Czy przypominasz sobie, jakie jest pochodzenie pojedynków? W wiekach średnich pojedynek „sądem bożym” nazywano i wierzę mocno, że każdy pojedynek jest sądem boskim, z wyjątkiem tych drobnych starć łobuzów, które mają za przedmiot jakąś k..., miejsce w teatrze, lub jakąkolwiek inną drobnostkę w tym rodzaju.
List Twój jest piękny, jest wzniosły, Henryku. W innej chwili pochyliłbym przed nim czoło. Dziś podziwiam go jako dzieło sztuki, lecz do serca mi nie trafia. Piszesz mi, że zawsze ubolewałeś nad tą nocą, nad szałem duszy mojej itd. Henryku, należy brać człowieka takim, jakim go przeznaczenie zrobiło. A takiem było moje przeznaczenie, że od kolebki ssałem nienawiść z mlekiem mamki. Ssałem ją z pierwszych spojrzeń matki swojej i z pierwszych słów mojego ojca, a później przyszła silna i nie do przezwyciężenia, by osiąść w mojem sercu na widok ojczyzny, deptanej nogami przez nikczemnych barbarzyńców, na głos jęków braci i łkania sióstr moich. Ty, jako człowiek wolny, człowiek, który się wolnym urodził, zupełnie pojąć nie możesz uczuć człowieka, którego przodkowie, jak Ty, wolni byli, lecz który sam jest uciśnionym niewolnikiem. Nie widziałeś nigdy kobiety pięknej i młodej, płaczącej gorącemi łzami nad utraconą czcią, odebraną brutalnie przez zwycięzcę. Nie słyszałeś nigdy łańcuchów, wstrząsanych na ramionach Twoich rodaków. Nie budziły Cię w nocy gwałtownie nadchodzące nagle skargi, opierając się o poduszkę, nie przysłuchiwałeś się, na wpół śpiący, turkotowi podrzucanych na nierównym bruku kół kibitki, uwożącej ku równinom Syberii Twojego krewnego, przyjaciela, znajomego. W dzień nie widziałeś krwawych egzekucyj, jak tyran w uniformie przebiegał błyskawicznie place publiczne i, popuściwszy cugli swoim czterem tatarskim koniom, najeżdżał wprost na przechodniów; przechodnie byli to moi rodacy, on zaś był Rosjaninem. Nie byłeś zmuszony słuchać, jak ludowi wydają rozkazy w szorstkim i twardym języku, którego nie rozumie. Nie czułeś poniżenia, które za sobą pociąga niewola, i nie wstrząsałeś się w napadzie wściekłości, jak pies szlachetny na uwięzi. Nie oglądałeś poprzez kraty więzienne pobladłych i wychudłych braci swoich. I nie opowiadano Ci przy ognisku zimowem, jak znikł jeden, drugiego skazano, w jaki sposób spalono wioskę, zrabowano miasto i całą Pragę zatopiono we krwi mieszkańców, a drgające dzieci rzucano na zimne i zesztywniałe łona matek. Nie opowiadano Ci o dawnej świetności. Nie rozkładano przed Twojemi oczyma starych, podartych sztandarów, strzaskanych biednych białych orłów, herbów zatartych, imion kochanych i wielkich, na wpół wymazanych. Nie śledziłeś na karcie spustoszeń swojego kraju, jak kurczył się coraz bardziej, ubożał, by wreszcie zginąć pod stopami ciemiężycieli. Nic z tego wszystkiego nie wplotło się do Twojej rzeczywistości ani do Twoich snów. Urodziłeś się w spokoju, dzieciństwo Twoje w spokoju minęło, młodość Twoja była poetycznym spokojem, wszystko, Alpy nawet, mówiło Ci o spokoju, błogości, szczęściu, zapomnieniu, milczeniu, marzeniach, i te uczucia wzbudziło w Tobie. Oto dlaczego nienawiść wydaje Ci się ohydną.
Nie mówię już o Łubieńskim. Wyjechał. On i ojciec jego są nieszczęśliwi. To wystarczy, bym zapomniał nawet o słowie „zemsta”. Lecz chcę tylko wyjaśnić Ci i uzasadnić to uczucie, raczej namiętność, nienawiść we mnie. Nienawiść była towarzyszką mojego dzieciństwa; nienawidziłem z całych sił mojego małego serca zanim kochać począłem, bądź to kobietę, bądź przyjaciela. Jest to element, który przymieszał się do mojej natury i wraz z nią się rozwinął, stał się częścią mojej całości i zmuszony jestem go zachować, skoro okoliczności powiększają go tylko i zmieniają w obowiązek. Dla człowieka, który nienawidzi cały naród tak bezgranicznie jak ja, cóż znaczy nienawiść do jednostki? Oto dlaczego ja, chrześcijanin, głęboko przeniknięty duchem chrześcijaństwa, nie cofam się, jak może powinienem, przed nienawiścią i zemstą. Zaprawdę, dziwna jest we mnie mieszanina. Jestem spadkobiercą mało rozwiniętej cywilizacji, sam zaś zdobyłem cywilizację europejską, wgłębiłem się w nią, studiowałem ją dniem i nocą, a potem w chwili, gdy chciałem jej się oddać, gdy chciałem całą przeszłość odrzucić i upoić przyszłością, wtedy, w piękną noc włoską, w blasku księżyca, gdy błąkałem się pod ciemnemi portykami, które mię doprowadziły do krzyża wśród starego rzymskiego cyrku, krzyż ten mię zatrzymał.
A więc przyznaj, że tysiąc sprzeczności istnieje we mnie. Przeszłość feudalna i przeszłość polska, dni o miłości i dużo nienawiści, wiara w nadzieję chrześcijańską i chwile dumnych nadziei na przyszłość. Cała ta mieszanina czyni ze mnie coś podobnego do barbarzyńcy z VI stulecia. Lecz ośmielam się wierzyć, że w tem wszystkiem jest poezja. Co do Łubieńskiego, wyznam Ci wszystko, Tobie, jedynemu mojemu przyjacielowi, jakkolwiek wiem, że narażę się na naganę duszy szlachetnej.