Przepędziłem z nim wiele nocy, rozmawiając o systemach i o Polsce, zwracając rozmowę w inną stronę lub też przerywając ją, skoro chciał o naszej dawnej przyjaźni napomknąć. Po raz pierwszy w mojem życiu byłem tak twardy i powściągliwy. Cierpienie mnie tego nauczyło. Wreszcie ostatniego wieczoru pożegnałem go, uścisnąłem mu dłoń lekko i wyszedłem. Na schodach usłyszałem go, jak mi od drzwi powtarzał swoje pożegnania głosem łkającym; najwidoczniej płakał, jak dziecię. Była to dla mnie chwila okropnego wahania; uczułem, że mam duszę rozdartą; przez chwilę zdawało mi się, że się rzucę, uścisnę mu rękę i powiem: „Przebaczam Ci”. Lecz na myśl że wszystko to tylko udane, na myśl, że temu człowiekowi zawdzięczam nienawiść swych rodaków, że z jego przyczyny byłem uważany za złego Polaka, na myśl, że po wiele razy oczerniał mojego ojca, że zmusił mię do opuszczenia Polski — krew nienawiści znów zalała moje serce. Odpowiedzią moją było suche i krótkie pożegnanie — i wyszedłem na ulicę.

Tu się zatrzymałem i odczytałem, com właśnie napisał. Uderzony byłem wrażeniem, jakie to na mnie wywarło. Zaprawdę, byłoby ono zupełnie inne, gdybym mu przebaczył. Żałuję tego szczerze, lecz patrz, jak potężną jest nienawiść we mnie. Chciałbym móc szczerze Ci te słowa napisać: „Przebaczam mu w myśli z głębi duszy”. A jednak nie mogę. Byłoby to kłamstwem, gdybym tak napisał. Nie, zaprawdę, słów tych napisać nie mogę. Może właśnie podpisałem moje własne potępienie. Cholera zbliża się. Lecz nie kładź tego przynajmniej na karb przewrotności mojej, przypisz to raczej przeznaczeniu, które sprawiło, żem się urodził na ziemi uciemiężonej. A na tej ziemi nieszczęsnej, spustoszonej, przebaczenie byłoby bezbożnością. Wiesz przynajmniej, że miłość jest jedną z połów mojej duszy; myśl o tej połowie i zapomnij o drugiej! Zaprawdę, cóż Cię druga obchodzi? Czyś widział, bym kiedykolwiek kogoś nienawidził w Europie lub bym się unosił przed Tobą nad uczuciem nienawiści w poezji? Nienawiść moja odnosi się tylko do świata, z którego nic nie znasz, do świata bólów i wyrzeczeń, niewolnictwa i zbrodni. Świat ten pozostanie dla Ciebie zawsze ciemny i nieznany. Jest dla Ciebie tem, czem była dla Greków Tracja, a Germania dla Rzymian. Lecz ja, który mam w nim żyć i walczyć, musiałbym wkrótce upaść, gdybym nie miał za podporę nienawiści. — Tam, gdzie nieszczęście i zniszczenie są pewnego rodzaju szałem, trzeba szalonych namiętności, by oglądać tę olbrzymią zagładę i nie ulec oszołomieniu. To są tajemnice barbarzyńców, mój kochany. Znałeś mię, kochałem H.; gdy mię opuściła, czyż szemrałem, czy myślałem o nienawiści, o zemście, o zazdrości? Kochałem Cię i kocham, towarzyszyłeś mi w mojem życiu codziennem, czyś znalazł kiedykolwiek we mnie coś brutalnego, twardego, krwiożerczego? Nie widziałeś, jak przyjaciel Twój płakał, widziałeś jak litował się nad innymi i roztkliwiał. Sam w moim pokoju, bardzo często płakałem, myśląc o H. lub o Tobie. Łzy miałem w oczach modląc się do Boga. Dnia każdego modlę się za Ciebie i za nią. Znałeś mię tylko w pełni miłości. Opowiadałem Ci niekiedy o nienawiści, o gniewie, lecz to były oderwane opowiadania, rzucane przypadkowo, słabe, nic nieznaczące. Sceny nienawiści mojej odbyły się z dala od Ciebie, a te, które jeszcze pozostają, również z dala od Ciebie odbywać się będą. Dla Ciebie, dla naszych wspólnych wspomnień, dla naszej wspólnej przeszłości, jest tylko miłość i będzie miłość. Znajdziesz mię zawsze takim, jakim mię znałeś: kochającym Ciebie, kochającym i czczącym Boga. W stosunku do świata, w którym się urodziłem, pozostaw mi nienawiść moją! Poco uprzedzać wypadki? Nie mówmy o tem! Wkrótce już nigdy o tem mówić nie będziemy. Uczucie to nie jest dla Ciebie, nie wchodzi w skład naszych pojęć, dusz naszych, naszych dwóch dusz, Henryku, mój drogi Henryku! Dla mnie jedynie uczucie to istnieje i nie tu, nie w Anglii, ani we Włoszech (ach, gdybyśmy któregoś dnia mogli razem do Włoch pojechać!) lecz gdzie indziej, daleko stąd, wśród ruin i kości. Tam sprzed oczu Twoich zniknę poza stosami popiołów i szczątków, a jeśli znów się kiedyś ukażę, jeśli do Ciebie powrócę, znów będziemy mówić o miłości i będę cały miłością. Mów o nienawiści cicho, bardzo cicho! Jest to śpiące dziecię, rośnie we śnie, i po cóż budzić je przedwcześnie? Cały fatalizm Szekspira daje mi natchnienie w tej chwili. Szekspir bezwzględnie nie jest poetą chrześcijańskim: Romeo i Julia jakże jest głęboko rozpaczliwe, jakież to słodkie potępienie, lecz jednak potępienie, potępienie, mój drogi!

Mam do Ciebie prośbę. Dostałem polecenie od człowieka, który był kiedyś moim przyjacielem i moim nauczycielem, by przesłać list Walerianowi Krasińskiemu. Dowiedz się, proszę Cię, gdzie on się znajduje. Czy jest w Londynie? Jeśli tak, przyślij mi jego adres, albo napisz, dokąd pojechał po opuszczeniu „nierządnicy narodów”; sprawiłbyś mi przyjemność, gdybyś mógł się z nim zobaczyć i powiedzieć mu, że mam dla niego list od księdza Chiariniego83. Chiarini jest umierający, a list ten pisany na łożu boleści. Zaklinam Cię, odpisz natychmiast, jak najprędzej!

Prawdopodobnie cholera będzie w Londynie, gdy list ten nadejdzie, sądząc z tego, co mówią o jej bliskości. Każdego dnia proszę Boga gorąco, by Cię zachował. Niech Bóg Cię ocali i błogosławi Ci, drogi Henryku! Czy nie lepiej byś uczynił przyjeżdżając z Matką do Genewy, nie dla siebie, lecz dla Matki Twojej? Ja mam się coraz gorzej. Od 9 miesięcy bok nie przestaje mię boleć. Nic nie może zwalczyć i zniszczyć zarodka rozkładu. Czuję jak cierpienie nurtuje mię tajemnie i posuwa się naprzód w piersiach i jamie brzusznej. Zdaje mi się, że można z tem żyć 2–3 lata.

Gdy pomyślę o H., zdaje mi się, że jeszcze ją kocham. Gdybym mógł ją zobaczyć! Gdybyś mógł mieć wiadomość o niej z okropnych dni cholery, przysłałbyś mi ją zapewne. Jest to jakby myśl natrętna we mnie, że biedna dziewczyna umrze na cholerę, a o Ciebie najlżejszej nie czuję obawy. Głowa mi cięży, pióro już nie pisze, myśli moje w mózgu stają się ciężkie. Drogi, mam okropny spleen. Żegnaj, Henryku, żegnaj!

Zyg. Kras.

Dziś rok, jak przybyłem do Florencji i tam zastałem listy H., które mię na pięć dni nabawiły gorączki, jednej z tych gorączek egzaltacji, które dają szczęście. Jest to nieprawdą, jeśli mówię gdzie w liście swoim, że list Twój wcale mię nie dotknął. Kłamstwo, czuję to teraz. Rozłożyłem list, który już miałem zapieczętować, by Ci to powiedzieć. Czuję się diabelnie źle.

45. Do Henryka Reeve’a

Genewa, d. 21 list[opada] 1831

Kochany Henryku!