Zaprawdę, jeśli coś kiedykolwiek dało mi wrażenie szczęścia, to list Twój dzisiejszy. Wrażenie krótkie, przelotne, jednej minuty, jak świeże tchnienie na moim palącym policzku, jak kropla wody na ustach konającego z pragnienia. To imię Henriety, list Twój do niej, list Twój do mnie, wprawiły mię na kilka sekund w drżenie. Było mi dobrze, po czem choroba wróciła. Gdyż, Henryku, chory jestem na duszy i na ciele, ciało moje zamiera, rozkładając się, dusza moja zamiera, ginąc z bólu lub zapalając się na myśl o ciemiężycielach i o zemście. Zaprawdę, zbyt wiele bólu przypadło mi w udziale.

Co do Henriety, dotychczas kocham ją bardzo.

Wróciła, by zamieszkać w samotnym pokoju moim i czuwać u wezgłowia mego łoża. Przyzywam ją głośno w chwilach męki, sam wśród zmroku myślę o niej przy gasnących węglach, później odwracam się na szmer, wydawany przez drzwi, a gdy spostrzegę brzeg portiery, poruszającej się na ziemi, marzę, że to rąbek jej sukni, że przyszła mię odwiedzić, pocieszyć mię trochę, potem nastawiam pozytywkę z hebanu na Ostatnią myśl Webera i przy każdym dźwięku widzę z niej coś więcej: jej kibić, jej rysy, jej uśmiech, jej ruchy. Nie jest to już powiązane razem, jak niegdyś, nie stanowi całości, lecz są to oddzielne szczegóły, które unoszą się dokoła mnie i, jak pszczoły do ula, lecą ku memu sercu.

Sny mam jak najgorsze, jak najbardziej dla mnie obelżywe, pełne wyrzutów i scen przykrych. Raz H. przechodzi ulicą, jest wychudzona, blada, ale przechodzi, nie racząc słowa do mnie przemówić, rzuca mi tylko spojrzenie pełne pogardy; poznać mię już nie raczy. Za innym razem w blasku księżyca kroczę ku Koloseum, lecz ona stoi na mojej drodze; chcę wejść, lecz służba jej mię odpycha. Następnie lord Byron umiera w swoim pokoju i rzuca na mnie przekleństwo z oczyma, błyszczącemi gorączką i agonią, a śliczna, pełna wdzięku Ada u jego boku odwraca się ode mnie — i tysiąc innych dziwactw, zmieniających godziny mego spoczynku w godziny męczarni i nieuchwytnego niepokoju, który zawsze przewodniczy moim snom i pozostaje nawet po przebudzeniu. Poza wszystkiem nie wiem, skąd mi się to wzięło, lecz mam przeczucie rozkładu i zagłady, jak gdyby ciało moje mię ostrzegało, jak wierny i szlachetny sługa, że nie będzie mogło dalej mi służyć poza pewien kres, niezbyt odległy. Zresztą cóż mię to obchodzi kiedy skończy się farsa życia? August zapytywał przyjaciół na łożu śmierci: „Czy ją dobrze odegrałem?”. Ja zaś mógłbym powiedzieć: „Czyż ją źle odegrałem?”. „Na moje życie”, jak mówi Sheridan, mało ludzi ją tak źle odegrało, jak ja.

List, który piszesz do H., jest doskonały. Obawiam się tylko, by mię nie znienawidziła, sądząc, że podniecam Cię do pisania i że kosztem wszystkich chcę przywiązanie jej odzyskać. A potem „Ci, którzy kochali i podziwiali ich przedtem, nie są zmuszeni do zmiany itd.”, jest w najwyższym stopniu dwuznaczne, tak dwuznaczne, że, mówię Ci, list ten to bilet na loterię, na której wszystko wygrać lub wszystko stracić można. Zrozumie z tego listu, że wiesz o wszystkiem. A wtedy już ustanie możliwość półśrodków, będzie trzeba, aby albo wróciła do mnie, w co wątpię, lub mię znienawidziła. Zdaje mi się, że to nastąpi. Nigdy z żadną kobietą dobrze nie skończyłem. Kochałem wiele. Żadnej, jak tę. Wszystkie mię nienawidzą prócz H., lecz H. będzie mię nienawidziła najmocniej ze wszystkich. Zdanie o ubóstwie prawdy itd. jest bardzo słuszne, lecz ona w podejrzliwości swojej będzie je uważała za wymówkę, uczynioną jej pod przykrywką ludzkości. Lecz list jest dobry. Mówisz zresztą, że siła nie do przezwyciężenia popchnęła Cię do napisania go. Na to właśnie liczę. Impuls, który się wcielił w tym liście i poszedł do mojej ukochanej, jest może jedną z tajemnic mojego przeznaczenia. O jednem nie pomyślałeś: trzeba było jej przesłać moją Upadłą gwiazdę, przypomniałaby jej człowieka, który niegdyś miał umrzeć za Polskę. Wolałbym, żeby Spowiedź w Twoich została rękach; była ona poprawiona i przepisana specjalnie dla Ciebie, a potem spowiedź wielkiego ducha jest prędzej dla Ciebie, niż dla niej napisaną. Pewien jestem, że nie zrozumiała jej i, zaprawdę, nie trzeba, by ją rozumiała. Mylę się może. Czy list ten szczęście, czy nieszczęście mi przyniesie, zawsze go będę błogosławił, ponieważ jest skreślony ręką przyjaciela, jako wysiłek Twój, by dać zabłysnąć promieniom poprzez moje chmury, jako protest wobec przeznaczenia przeciwko nieszczęściom, które znoszę i którym uda się wkrótce zniszczyć moją duszę i młodość. Oto jest sens ukryty listu tego. Nie ma na świecie człowieka, który by mógł więcej dla mnie uczynić nad to, coś uczynił przedtem i coś uczynił teraz. Tak, mój przyjacielu, niech rozjaśni się tajemnica, która pod symbolem milczenia zamyka pogardę. Na tem polega godność człowieka, że długo jej znieść nie może. Niechaj zostanie złamaną. Gdy się rozświetli, skończą się przynajmniej obawy i wahania nasze. Zdołamy objąć jednem spojrzeniem nasze położenie, zrozumieć, ileśmy stracili, odgadnąć, co nam pozostaje, i z gorzkim uśmiechem odwrócić się od przyszłości, by uwielbiać przeszłość, tę przeszłość, tak rozrzutną w obietnicach i błyszczącą złudzeniami, której wszystkie olśniewające fale zamarły na piaszczystym, samotnym, nagim i ponurym brzegu, naszem dzisiejszem schronisku.

A teraz o czemże będę Ci pisał? O dawnych grzechach. Parę dni temu przybył tutaj dla spędzenia zimy hr. Roman Załuski. Człowiek ten, dochodząc do mojego pokoju, obudził we mnie świat wspomnień: ujrzałem siebie, gdy dzieckiem będąc, za życia matki mojej, przebiegałem sale naszego pałacu w ubraniu rycerza, w płaszczu templariusza z maleńką szpadą u boku, z hełmem, ocienionym czerwonemi piórami na głowie, szukając wszędzie kuzynki swojej, Amelii, która naówczas, po śmierci ojca swojego, generała wojsk polskich, zamieszkała u nas pod opieką ojca mojego. A gdy nadszedł dzień jej zaślubin z Załuskim, wzniesiono ołtarz w naszej kaplicy pałacowej i arcybiskup pobłogosławił ich związkowi. O dwa pokoje dalej umierała moja matka, lecz przed śmiercią pragnęła udzielić błogosławieństwa wychowanicy, a ja, dzieckiem będąc, lecz dzieckiem o olbrzymich namiętnościach, tonąłem w rozpaczy między grobem matki i ołtarzem tej, którą kochałem. Potem nastąpiła inna scena. Matka moja już od dawna spoczywała w trumnie z lazurowego aksamitu z widniejącą na niej koroną książęcą. Wstępowałem w lata niepohamowanych namiętności. Załuski był w więzieniu i miał w nim dwa lata pozostać za to, że chciał bronić ojczyzny. Żona jego schroniła się do naszego domu. Ja bywałem tam wieczorami po dniach na uniwersytecie spędzonych. I tam w salonie, wybitym purpurą, zapełnionym złoconemi brązami i kryształami, marmurem i porfirem, ponuremi obrazami Murilla i śnieżnemi pejzażami Cinellego, widzę ją w czarnej sukni. Ciągła muzyka i zabawa, włoskie pieśni i dźwięki pianina, filiżanki herbaty i butelki z rumem, eleganckie kobiety, świetna młodzież, oficerowie, artyści, którzy starają się o jej względy, cisną się dokoła niej. Ona w czerni, pełna życia. Poprzez żałobne krepy, z ciemnemi wstążkami, fruwającemi koło jej wysmukłej i majestatycznej kibici, z włosami brunatnemi, lśniącemi, uwitemi w pukle, była zachwycająco piękna i życie można by było oddać za nią. Oczy czarne, palące, pożerające, jak oczy Południa, rysy wydatne, dumne, wyrażające życie, namiętność, rozum, nos według wzorów antycznych i tysiąc wzruszeń odbijających się na twarzy. A za nią szereg wielbicieli, wszędzie dokoła niej atmosfera perfum, harmonii, dobrze powiedzianych słówek, dowcipnych uwag, bukiety z kwiatów na każdym stole, girlandy, rozsiane gdzieniegdzie na dywanie. Było to upajające — toteż upoiłem się. Straciłem w tem połowę mojej duszy, zdrowie całej swej młodości, jedynie przez wpatrywanie się w nią i podziwianie. A potem wrząca herbata, rumem zaprawiona, której piłem pełne filiżanki, gdyż znajdowałem przyjemność w coraz silniejszem podniecaniu się, choć nie miałem odwagi do wyznania jej swojej miłości. Dziwna mieszanina zepsucia i nieśmiałości! Dziś jest w seperacji z mężem, ale pisuje jednak do niego. Jest to człowiek niezmiernego rozumu, skłonny do wesołości, uważający za bezużyteczne długie medytacje, gdyż nabywa wiadomości od razu: czyta książkę i pamięta ją; człowiek światowy, biorący udział w cywilizacji, w jej postępie, a jednak wydający się na pierwszy rzut oka powierzchownym i pustym, lecz zdanie to ulega zmianie, gdy go się częściej spotyka; charakter niekiedy słaby, w wielu wypadkach stanowczy, umiejący cierpieć, gotów dowcip powiedzieć przy wyjściu z więzienia, w gruncie rzeczy płaczący, gdy słyszy imię Polski, i każdej chwili gotów umrzeć za nią. Lubię bardzo z nim rozmawiać, lecz, mówiąc, zatrzymuję się czasem nagle, gdy pomyślę o dawnych wypadkach, których on, mam nadzieję, nie podejrzewa nawet. A może jednak podejrzewa.

Kochany Henryku, dobrze zrobiłeś, że zostałeś adwokatem. Jest poezja w człowieku, przemawiającym donośnym głosem do ludzi, którzy są zmuszeni do rozważania jego słów. Jest poezja w tej ciągłej walce, w usiłowaniach, czynionych dla zwycięstwa sprawy, dla zgniecenia przeciwników. I będziesz robił, sądzę, dobre wrażenie pośród zgromadzenia z swoją wysoką postacią i bladą twarzą, gdy będziesz się stopniowo zapalał, odzyskiwał zimną krew, mówił ze swoim zwykłym spokojem zwięźle i powoli, by nagle głos podnieść i znów rozwinąć skrzydła. Lecz pamiętaj, Henryku, że jesteś adwokatem, by żyć przez lata na ziemi, a poetą, by żyć przez wieki. Nie wyobrażaj sobie, że będziesz miał powodzenie w krasomówstwie politycznem; nie masz w sobie nic z Juniasa. Wędrowiec będzie zawsze przeważał w Twoim charakterze. Niech Cię Bóg błogosławi, Henryku, na początku Twego zawodu, niezmierzonej pracy, niech Ci się dobrze wiedzie i niech ludzie mówią o Tobie! Będziesz miał doskonałą okazję, by znów szperać w przeszłości, uczęszczając na kursa prawa, by we Wschód wniknąć, by śledzić niemy symbol litery w Rzymie i zaznajomić się ze straszliwem prawem Cyklopów. W tem też jest olbrzymia poezja. Gdziekolwiek bądź ród ludzki rozwija się w masie, to jest wszędzie tam, gdzie istnieje symbol lub abstrakcyjne pojęcie czynów całej ludzkości, wszędzie znajdziesz wielkość i poezję. Szczegóły tylko są poziome. Prawda jest gorzka, że życie nasze jest tylko szczegółem, myśli nasze mogą być tylko syntezą. Lecz do diabła z filozofią! Gdy do Niemiec pojedziesz, ujrzysz mię jako swego wiernego przyjaciela, padającego przed Tobą na kolana i zaklinającego Cię, byś żadnej nie dawał wiary, nie pokładał zaufania w tych systemach niebieskookich i jasnowłosych Germanów, którzy ciągle kręcą się w kółko i nigdy nie postępują naprzód; są to Chińczycy lub Hindusi Europy.

Od tygodnia nie odebrałeś listów ode mnie, a jednak odpowiadam regularnie, jak zwykle, na każdy Twój list. Ostatni mój list był adresowany do Southampton; reklamuj go tam w tej złodziejskiej jaskini! Wyjaśniam w tym liście, czem jest dla mnie nienawiść.

Czy stary Willan jest za reformą, czy przeciw niej? Myślałem o tem wiele, nie, zaprawdę, ażebym się interesował jego opinią, lecz żeby wiedzieć, czy ona nie będzie narażona w razie rewolucji. Co myślisz o tem?

Ustęp ze Schegla jest dobry. Przepiszę dla Ciebie ustęp z Micheleta: „Anglia jest dumą, uosobioną w narodzie”. Zaznaczyłem już, że człowiek Północy czuje dla siebie gorący podziw, szczególniej w swobodnem życiu wędrówek i przygód, które wiedli starzy Skandynawowie. Cóż stanie się, gdy ci barbarzyńcy zostaną przesiedleni na potężną wyspę, gdzie się utuczą płodami ziemi i daninami oceanu? Królowie morza i świata, nie uznający praw i granic, łączą w sobie dziką srogość duńskiego korsarza z pychą feudalną lorda, potomka Normandów. Ileż by trzeba spiętrzyć Tyrów i Kartagin, by dorównać w zuchwalstwie tytanicznej Anglii! Karą pokutną dla tego świata pychy są jego własne sprzeczności. Złożone z dwóch pierwiastków: przemysłu i feudalizmu, egoizmu odosobnienia i egoizmu asymilacji, zgadza się na jednym punkcie: na punkcie używania bogactw. Złota ma, jak piasku. Niechaj się niem nasyci i upije, jeśli może! Lecz nie — chce używać i wiedzieć, że używa, zamyka się w ciasnej ostrożności „komfortu”. A jednak pośród tego materialnego świata, który jest w jego posiadaniu, którym się rozkoszuje, wkrótce zjawia się przesyt. Wtedy wszystko stracone. Wszechświat ześrodkował się w człowieku, człowiek w używaniu dóbr materialnych, a rzeczywistości materialnej brak. To nie płacz, nie zniewieściałe krzyki, wznoszące się ku górze, lecz bluźnierstwa i groźne pomruki przeciwko niebu. Wolność bez Boga, bezbożne bohaterstwo w literaturze, szkoła sataniczna, zapowiedziana od czasów Grecji w Prometeuszu Eschylosa, odnowiona przez gorzkie zwątpienie Hamleta, idealizuje siebie samą w szatanie Miltona. Woła: „Zło, bądź moją cnotą!”, lecz wraz z Byronem popada w rozpacz bezdennego potępienia. Ustęp ten jest sam sataniczny, a, co więcej, słuszny. Co do mnie, im bardziej się przyglądam światu, tem jaśniej widzę wszechmocną siłę przeznaczenia, która naśmiewa się z Opatrzności, lecz kiedyś przed nią padnie. Ta siła przeznaczenia jest o wiele potężniejsza w dniach odnowienia, niż w dniach utrwalania się, gdyż zwątpienie nowej nadaje mu mocy. A któż by mógł nie uwierzyć w jego straszliwy wpływ, jeśli sam Bóg rzekł: „Będą takie cuda, że, jeśli ojciec mój nie położy im kresu, wybrani nawet zachwieją się w wierze”. Walczyć przeciwko sile fatalności znaczy być wielkim, bez względu na to, czy się upadnie, czy też olbrzyma powali, lecz, aby walczyć, trzeba czuć się lepiej, niż ja teraz. Żegnaj, żegnaj przyjacielu!