Zyg. Kras.
Czy dowiedziałeś się czegoś o Walerianie Krasińskim? Jest z pewnością w Londynie. Przyślij mi tylko jego adres! Och! Odpowiedź Henriety! Do diabła! Przyślij mi tę odpowiedź w kopercie, jeśli jej zrobienie nie sprawi Ci zbyt wiele kłopotu. Pozdrowienia dla Twojej Matki! Przyjedź do Genewy tej zimy!
46. Do Henryka Reeve’a
Genewa, 25 listopada 1831
List Twój sprawił mi żywą radość, Henryku. Widzę Cię, jak ze snu się otrząsasz i przykładając rękę do serca, mówisz pobożnie: „Tak, jestem poetą”. Powiedziałeś to, a więc nim jesteś. Inaczej nie ośmieliłbyś się tego mówić; słowa te spaliłyby Ci gardło, przechodząc przez nie, i nigdy by do warg Twoich nie doszły.
Przyjacielu, niech będą błogosławione Twoje wysiłki i natchnienia. Trzeba będzie siły i dzielnej piersi, by śpiewać w te stulecia wśród szczęku pik, które zwalą mury starych miast Anglii, trzeba będzie zasiąść na ruinach zamków i katedr na gotyckim gzymsie, błotem skalanym, i lirę trzymać wysoko, by krew jej nie splamiła, gdyż krew w górę wytryśnie. Lecz z odwagą i natchnieniem przechadzać się można przy blasku pożarów i pogardzać mordercami, zdać się na los swój i w oddali widzieć jutrzenkę, którą można ujrzeć wzrokiem duszy, lecz nigdy oczyma ciała. A cóż znaczą te krzyki, staczające się głowy, wpół spalone, wpół posiekane ciała? To gniew boży, odradzający świat. Upadną kościoły, lecz kiedyś znów się wzniosą, jednocześnie zapadną się domy gry, zabawy, prostytucji, więzienia, cytadele królów, a wszystko to jako szary i drobny pył zapłodni pola, potem pocieknie krew, ciała kawałami gnić będą, aż nadejdzie dzień, gdy w tych dawnych miejscach zakołyszą się świeże plony zbóż. Zresztą nie dla nas myśl o złotych kłosach. Dzieci nasze zbierać je będą między naszemi zbielałemi kośćmi. Dla nas walka, która na tym świecie na nic się nie zda, lecz duszę naszą uszlachetni i uczyni godną niebios; dla nas znój i walka.
A czyż myślisz, że sceny takie nie są może wielkie i godne zazdrości? Nie ma znaczenia życie, spędzone we śnie. Lecz nas czeka życie i czyn. Zanim runie stary gmach, będziemy mogli jeszcze poigrać w tych starożytnych salach i obudzić w nich echa, które może nie zaginą wraz z murami, w których je wywołano. Co do mnie, widziałem krzyż na Koloseum i nie będę, jako ofiara oszustwa kilku obłąkańców, wierzył w to, w co ojcowie moi nie wierzyli. Wszystko to majak społeczeństwa, które w pośpiechu tworzy, robi wynalazki, rozprawia, gdyż czuje, że umiera. Tak i Rzymianie starożytni pośpiesznie pili, jedli i nasycali oczy widowiskami, a zmysły rozkoszą. Mamy przynajmniej wyższość moralną nad nimi. — A więc tylko bez lęku a z silną wiarą i silną pogardą dla wielu szpetnych postaci, kręcących się dokoła nas, a gdy nasza godzina nadejdzie, umrzemy, jak mówi Byron, lecz i ze śmiałością Hugo’a. Żegnaj, mój przyjacielu.
Zyg. Kras.
Czy H. odpowiedziała, czy też milczy, jak grób?
Co do fragmentu Mickiewicza, zapomniałem o nim najzupełniej, a nawet nigdy dobrze nie znałem, gdyż nie dostałem go nigdy na piśmie. — Tak więc, drogi, nie mogę Ci go przesłać. Duchesne poleca mi napisanie Ci tego co następuje. Dyktuje.