Kochany Reeve’ie. W zamian za wszystkie uprzejmości Twoich robotników z Brystolu i innych miejsc, jako że krew krwi żąda, uprzedzam Cię, że Lugdun jest w pełni rewolucji. Robotnicy fabryki materiałów jedwabnych zbuntowali się, spalili wszystkie towary i warsztaty tkackie, wypędzili z Lugdunu trzy tysiące regularnego wojska i wrzucili do Rodanu całą gwardię narodową, którą spotkali po drodze. Generał gwardii narodowej zawdzięcza ocalenie tylko przytomności umysłu dwóch grenadierów w przebraniu cywilnem, którzy ocalili go, unosząc na bagnetach i podając za zabitego. Było 1500 zabitych z obu stron. Dotychczas rewolucja nie nabrała charakteru politycznego, ponieważ została spowodowana wyłącznie przez najnędzniejszą klasę robotniczą, której chciano zmniejszyć zapłatę. Krasiński by Ci powiedział, że to jądro komety, której ogon zmiecie ministerium Periera. Co do mnie nie patrzę tak daleko. Brak papieru pozbawia Cię reszty moich rozważań.

Twój oddany, niemniej zakatarzony przyjaciel.

Duchesne.

47. Do Henryka Reeve’a

1 grudnia 1831, Genewa

Mój przyjacielu.

Miłość i sarkazm przemawiały na próżno84. Czegóż mogłeś spodziewać się od tego ostatniego, gdy miłość nie wzruszyła mego serca? Dziwna to walka między nami. Ty masz za sobą prawo, ja zaś to, co mi objęło duszę moją w posiadanie. A czy zdecydowałeś się powiedzieć człowiekowi, który kocha: „Przestań kochać!” Jakżeż więc możesz mówić temu, który nienawidzi: „Przestań nienawidzić”? Odczytaj list ten uważnie, czynię w nim wysiłki niesłychane, by Ci umożliwić dotarcie aż do ostatnich skrytek mojej duszy, gdyż dusza ta cała należy do Ciebie; skąd ją wziąłeś, jaka była, masz ją jaka jest. Nie mówmy więcej o tej istocie z potężną głową, a słabem sercem! Nie mówmy o nim więcej! Wstydem jest dla mnie, żem tego człowieka nienawidził.

Byłoby mi bardzo łatwo, Henryku, serce Twoje rozweselić, podnieść się w Twojem mniemaniu, mówiąc Ci: „Przebaczyłem mu”. Widzisz, zyskałbym na tem, gdyż kochałbyś mię bardziej, a szanował jeszcze więcej, lecz miłość i szacunek Twój nigdy nie powinny być nagrodą kłamstwa. Nie mogę, jak chrześcijanin, powiedzieć, oczy w górę wznosząc, w ekstazie miłości i tkliwości „Przebaczyłem bratu swojemu”, by następnie w łzach się rozpłynąć i pobożnych westchnieniach, które, jedyne na tej ziemi, wyższe są od westchnień miłości. Lecz mogę zmarszczyć brew, zacisnąć pięści i powiedzieć: „Ostrza nasze już się może nie skrzyżują ze sobą. Pogarda stanęła między niemi i rozdzieliła je na zawsze”.

A teraz powiedz mi, Henryku, czy wolałbyś, żebym Cię oszukiwał dla zakończenia sprawy? Gdyż rozumiem dobrze, że w obecnym stanie rzeczy ta dyskusja może tylko poniżyć mię w Twoich oczach i leżałoby w moim interesie skończyć ją dla uniknięcia Twoich wyrzutów i nie odczuwania Twojej wyższości moralnej i poetyckiej nade mną, której nie mogę nie uznać w tym wypadku. Lecz, mój przyjacielu, mój jedyny przyjacielu, gdybyś wiedział, czem stał się Zygmunt Krasiński, nie byłbyś może tak surowy względem niego! Przypomnij sobie, Henryku, stan, w którym mnie zostawiłeś. Już wówczas byłem w silnem podnieceniu, a od tego czasu stan mój pogarszał się z dnia na dzień, z odległości pięciuset mil szedł w jednym szeregu z Polską, podniecając się niekiedy jej zwycięstwami, lecz ciągle zbliżając się z nią razem ku przepaści, a gdy się do niej stoczyła, i ja również padłem, a kto wie, czy kiedykolwiek się podniosę. Ciało moje, powtarzam Ci, zanika, rozkładając się, a dusza moja nie wystarcza na wszystko, co mię przygnębia i przygniata. Dlatego harmonia jej została zakłócona, przez ostatek życia zamyka się jeszcze w miłości i nienawiści, lecz dwa te uczucia nic już w sobie nie mają słodkiego ani melodyjnego, nic, że tak powiem poetycznego — są bezładne, bez hamulca miotają się w niepokoju z dnia na dzień bez świadomości swego celu. Dzisiejsza moja egzystencja jest surogatem życia. To też życie moje nie potrwa długo. Już tylko Ciebie jedynie i poezję kocham w sposób słodki, tkliwy, rozmarzony, jakbyśmy siedząc na łodzi swojej w piękny wieczór i wiosłując naprzeciwko Paquis, mówili „Mamma”. O, dlaczego nie zginąłem na polu pod Ostrołęką, pod murami Warszawy, gdziekolwiek bądź pod płotem, w rowie, lub w rzece! Dziś miałbym kochankę, która by pamięć moją kochała i modliła się za moją duszę, i nie byłbym zmuszony mówić o nienawiści do przyjaciela, pełnego miłości.

W chwili, gdy słowa te piszę, widzę dachy naprzeciwko śniegiem pokryte, a obok mnie na ścianie zawieszona, spoczywa nieruchomo, cicho flaga mojej łodzi, upstrzona czerwono i niebiesko z białym orłem. Ilekroć ku niej się obrócę, czuję zarazem mękę i słodkie wzruszenie. Nie rozłączę się nigdy z tą flagą, która tak często powiewała między Alpami i górami jurajskiemi, która mię osłaniała swoim cieniem w dni letnie i wraz ze mną znosiła dumnie ulewy i burze jesienne. Na niej wypisana jest historia moich wycieczek i wspomnień z Lemanu. W niej jest miłość moja. Mogłem ją wywiesić tylko ponad mojemi żaglami. Stawiałem z nią czoło tylko wybuchom huraganu, falom i pianie. Powinienem był ponieść ją w środek nieprzyjacielskich oddziałów i, padając, owinąć się nią, jak całunem. Była mi tylko zabawką, a powinna była być znakiem śmierci, sławy i zbawienia. Przeszłość teraźniejszością jest dla mnie. Gdy raz mię weźmie w swe ramiona, nie wyjdę z nich więcej. Straciłem wszystko przez to, że nie walczyłem w Polsce: kochankę moją, sławę, spokój — a przyszła do mnie pogarda zamiast miłości, wstyd zamiast sławy i wyrzuty sumienia zamiast spoczynku.