Tysiąc razy dziękuję za wyszukanie Waleriana Krasińskiego. Napiszę do niego natychmiast i poślę mu list ks. Chiariniego. Powiedz mu o tem, proszę Cię! Zaadresuję, jak zwykle, do Tavistock House itd. Walewski ma dobry smak i jest roztropny. Urządzi elegancko grób swej ojczyzny i będzie go używał jako łoża ślubnego, a lady Montague ułoży się miękko na popiołach i kościach, pokrytych kwiatami, aksamitem i cienkim batystem. Na Boga, człowiek ten rozkoszną wybrał chwilę, by się żenić! Oto, co znaczy żyć w salonach, utrzymywać tancerki operowe i być dyplomatą. Układy w ministerium na Saint-James doprowadziły go do młodej dziedziczki i jest to jedyna pomoc, jakiej Anglia udzieliła Polsce, reprezentowanej przez miłego pana Walewskiego. Nieszczęśnik. Powinien był wywijać bagnetem, lecz miał rozum, takt i znajomość konwenansów, był człowiekiem dobrze wychowanym, starał się o żonę. Dziś się żeni, będzie bogaty, będzie się zakładał na wyścigach, podczas gdy na Syberii, zgarbieni w kopalniach, gnić będą jego bracia i krewni.
Lecz raz na zawsze, nie bądź skłonny do myślenia, że popadnę w dawne moje szaleństwa. Nie. Jestem człowiekiem, który złożył cześć krzyżowi w Kolizeum; gotów jestem do cichego poświęcenia, nie przynoszącego ni współczucia ni sławy, do przebaczenia, do zapominania uraz — lecz nienawiść jest dla mnie przykazaniem boskiem, gdyż ojczyzna, język, obyczaje narodu, są darami Boga, jest więc obowiązkiem bronić ich — zdawać z tego będę rachunek w wieczności. Otóż bez namiętności nie można działać z siłą, a właśnie nienawiść jest uczuciem, niweczącem wszelkie wyrachowania i pcha Cię prosto na drogę, którą powinieneś w imię godności swej kroczyć. Widzisz, nie wystarcza Polskę kochać, należy jeszcze zapytać: „Gdzie jest Polska?”. Jest ona wspomnieniem, a wspomnienie nadaje się tylko do marzenia; do działania trzeba celu lub nadziei, a w położeniu naszem nienawiść jest aniołem światła, który do celu nas doprowadza. Zresztą po cóż uczucia rozbierać. Poznane czy niepoznane, są w nas i rządzą nami. Pisałem Ci, że świat, o którym Ci mówiłem, jest od tego świata różny i miałem słuszność. Nie osiągnęliśmy tego stopnia cywilizacji, co Francja i Anglia, istnieją jeszcze u nas poetyczne uczucia honoru, wiary, niepodległości narodowej, podczas kiedy tu myśli się tylko o dobrobycie, o wolności wewnętrznej, o instytucjach, mających zapewnić szczęście materialne, o wielkiej rewolucji nie politycznej, lecz społecznej, która odbierze z rąk ludzi, wygodnie śpiących, dobrze jedzących i dobrze ogrzanych, własność, ziemię i bogactwa, to jest dobre łóżko, dobre obiady i kominki, by je oddać tym, którzy czuwają, drżą z zimna i głód cierpią. I zwróć uwagę na tę prawdę wieczystą, że, im człowiek jest szczęśliwszy, tem niżej upada. W nieszczęściu tylko jest się naprawdę wielkim.
Szlachta była szczęśliwa i syta zwierzęcem używaniem; padła u nóg stanu trzeciego, który cierpiał i pełen był bólu. Dziś stan trzeci rozkłada się gnuśnie na jedwabistych kanapach, a lud zrzuci go w dół, gdyż on to ma siłę i moc męczarni. U nas przeciwnie, nieszczęście następuje po nieszczęściu. Dlatego też nie dążymy do materialnego użycia, lecz do sławy duchowej, nie dążymy do wewnętrznego zadowolenia, lecz do niezależności narodowej. Gdyż, jeśli się nie mylę, dążenie do dobrobytu właściwe jest ciasnemu sercu, a myśl o wolności narodowej właściwa jest duszy szlachetnej. Lecz wszystkie te szlachetne uczucia zanikły dziś w Europie. Ojczyzna już nie odgrywa roli. Materialne szczęście jest wszystkiem; ci, którzy je posiadają, pragną spokoju, ci, którzy go nie mają, pragną walki, by je zdobyć, a ponieważ wszędzie tam, gdzie jest walka, jest i postęp, ci ostatni są silniejsi w ludzkiem znaczeniu tego słowa, mają przynajmniej wielkość pogańską, lecz ni jedni ni drudzy nie mają wielkości chrześcijańskiej. Dlatego też wierzę w ogromne spustoszenia. Trzeba, by się wszystko rozpadło w ruinę i stało się cmentarzyskiem, i wtedy tylko, a nie przedtem, spodziewam się odrodzenia. My zaś w innem jesteśmy położeniu. Jakkolwiek uciskani, okuci w kajdany, więcej mamy pierwiastków życia od Francji i Anglii; ośmielam się to twierdzić wobec całej ruiny, wobec szalejącej Francji i pysznej Anglii, gdyż w wielkich lasach naszych są jeszcze schroniska dla duchów, tradycji, objawień, gdyż wierzymy jeszcze silnie w prawdę bożą i niewiele trzeba, bym uwierzył, że jesteśmy ludem wybranym z czasów nowożytnych, że od nas przyjdzie odrodzenie, z nas wytryśnie życie nowe i silne ponad grobowcami Zachodu i Południa, gdy już wszystko w Europie będzie tylko milczeniem i gruzami. Niewola nasza jest tylko przypadkiem chwilowym. A jeśli przez tyle przechodzimy prób, to dlatego, że Bóg chciał czegoś od nas. Karci nas przez cierpienie, a gdy nas oczyści, my tylko sami moc mieć będziemy i siłę, by powstać i iść dalej, pośród tych wszystkich starych narodów, które wtedy osiągną już wiek zgrzybiałości i ostatnich drgawek. Lecz, gdy tak mówię, staję na stanowisku wieczności i nie biorę pod uwagę życia jednego pokolenia ludzkiego, naszego pokolenia, naznaczonego piętnem boskiego gniewu. Gdyż, co do nas, ujrzymy coraz bardziej niszczejący świat Zachodu, a może jednak ujrzeć nie będziemy mogli polskiego świata Północy, wstającego z grobu i zaczynającego sił nabierać. Lecz pocieszmy się, Henryku. Jesteśmy przecież duchami nieśmiertelności! Ludzkość, rozpatrywana w całości, jest boską, w szczegółach — piekielną. Lelewel jest łotrem, chciał wprowadzić szał i występki Zachodu do łona czystości, żywych wierzeń, podniosłości Północy, a wszyscy Polacy, bawiący w Paryżu, są albo ludźmi wyrachowanymi, lub zbłąkanymi, albo też mają słabe głowy.
Myśl o motylu jest bardzo poetyczną i pełną wdzięku, lecz uważam, że rozcieńczyłeś ją w zbyt wielkiej ilości wierszy: „Dlaczego opuściłeś swoje schronienie i swoje miodowe kwiaty” jest powtórzeniem, „Gdzie wałęsałeś się, pijąc wonie” także powtórzenie, zawsze to samo; styl, jak na Marię, zanadto w rodzaju Moora. „Twój lot mojemu podobny” bardzo ładne, lecz wrażenie zmniejsza się przez powtórzenie. Odrzuć je, a ustęp będzie prosty i piękny. Oczekuję z niecierpliwością Twojej paczki. Czy Henrieta nie odpisała? Do diabła, stała się córą milczenia, czcicielką tajemnicy! Czy dostałeś kawałek pledu K.? Moje uszanowanie dla Matki Twojej. Przyjedźcie do Genewy, będzie się czuła lepiej. Nie spodziewaj się mnie ujrzeć w Anglii, zanim przejdzie lat wiele ponad cierpieniami mojemi. Nie jestem stworzony na to, by przed każdym wzrok spuszczać i wolę mieć za jedyne towarzystwo mojego białego orła, niż używać świata za cenę opowiadania swych dziejów pierwszemu lepszemu. Żegnaj, mój Henryku!
Zyg. Kras.
Sen Twój nabawił mię bólu serca. Dlaczegóż ten przeklęty sklepikarz plącze się wiecznie w Twoich myślach? Lecz we śnie tym jest coś dziwnego: Knapp w żałobie, potem ta kobieta, opuszczająca przybraną rodzinę, i Ty, który mówisz chłodno: „Będzie bliżej Genewy”. Wiesz, że sen ten wielkie na mnie wywarł wrażenie. Jest w nim coś mieszczańskiego, lecz czuję, że jest w nim poezja i to poezja, tycząca się sprawy, która mi łzę z oczu wyciska. Dziwne! Gdy po raz pierwszy list Twój czytałem, uśmiech tylko wzbudził we mnie, lecz teraz, gdy go znowu czytałem, zdaje mi się, że mię do płaczu pobudzi. Dlaczego — nie wiem. Sen ma zabarwienie, które mi serce ściska; jest to jakby dźwięk nieokreślony, przychodzący z oddali, oznajmiający, że zabrzmiały gdzieś żałobne dzwony.
Nie czuję się dobrze usposobionym w tej chwili, a jednak modliłem się właśnie. Gdyby w tej chwili Łubieński stał o dwa kroki przede mną, przebaczyłbym mu z głębi serca. Coś niezwykłego wymknęło się ze snu Twojego i objęło mię. Może wszystko to jest tylko słabością, grą wyobraźni. Której nocy Ci się śniło? Dowiedz się, czy nic się nie stało w Tunbridge Wells! Stykaj się często z Walerianem, jest to bardzo dobry i wykształcony człowiek. Żegnaj, kochany Henryku! Chciałbym, byś był w tej chwili ze mną, gdyż oparłbym głowę o piersi Twoje i rozpłynąłbym się we łzach.
Żegnaj, żegnaj, żegnaj!
Mam zamiar napisać do Waleriana; powiedz mu, że piszę do niego. Spytaj się, czy list mój odebrał.