6 grudnia 1831, Genewa.
Drogi Henryku!
Gdyś mi pisał list, na który odpowiadam85, byłeś, Henryku, w jednym z tych paroksyzmów radości i szczęścia, przeplatających niekiedy smutki życia i mogących przeistoczyć atmosferę mgły na przestrzeń lazurową i różaną. Dni poprzednich byłeś zapewne rozmarzony i melancholijny, zgięty pod ciężarem istnienia, jednem słowem spleen Cię gnębił. Wreszcie nadeszła chwila przełomu i przez kilka godzin czułeś się lekki, jak ptak, byłeś pełen młodości, życia, dowcipów, życie wydało Ci się przyjemną rozrywką, dymem rozkosznym, wnoszącym się przy każdym Twoim kroku i ulatującym bezustannie ku niebu. Jeśli myśl o mojem małżeństwie z H. mogła Cię zabawić troszkę, jeśli spędziłeś przez nią kilka chwil na sposób francuski, to jestem zachwycony, mój Henryku. Z przyjemnością śledziłeś tę bańkę mydlaną i zdobiłeś ją barwami fantastycznemi i złośliwemi. Przypomniał mi się Sen Nocy Letniej, prawdziwy błędny ognik dowcipu, lekki i zachwycający, stworzony przez rozigraną wyobraźnię. Dobre to na mgnienie oka, lecz zresztą jest to dziecinne i mgliste, są to kwiaty rozsypane, więdnące po chwili, latarnia magiczna, po której następuje mrok. Dziwię się tylko dobroduszności Waleriana Krasińskiego, która posłużyła Ci za podstawę do tej idylli, w której Leach występuje w charakterze kapłańskim, co jest najśmielszym szczegółem tej całej baśni.
A teraz wytłumaczę Ci w kilku słowach kim jest Walerian Krasiński, abyś wiedział, jak zapatrywać się na to, co opowiadać będzie o mojem położeniu w Polsce i moim stosunku do krewnych lub do ojca. Walerian Krasiński ma przeklęte pióro, lecz jest to bardzo dobry człowiek o rozległej i głębokiej wiedzy teoretycznej, który dużo czytał i dużo bywał w salonach. Lecz na tem się kończy jego rola i działalność. Widział tylko powierzchnię praktycznej strony życia i nigdy nie zgłębił ani żadnej intrygi ludzkiej, ani serca ludzkiego. Wzrok jego, gdy patrzy wkoło siebie, nie sięga daleko. Zawracając oczy wstecz, przeniknie przez wieki średnie i dojdzie do założenia Rzymu lub zagadek memfickich. Toteż jest on istotą szlachetną, lecz w działaniu okaże się słabym i niezdecydowanym. Zna mego ojca, ale ojciec mój w porównaniu z nim jest olbrzymem zmysłu praktycznego, doświadczenia, przenikliwości. Toteż nigdy nie zgłębił duszy tego olbrzyma. I jeśli Ci mówi: „Wincenty życzy sobie, abym się ożenił młodo i czemuż by nie z H.”, to znaczy, że, gdybym to uczynił, ojciec mój umarłby i przekląłby mię na łożu śmierci przed zgonem; ojciec mój jest jednym z ostatnich reprezentantów arystokracji polskiej. A teraz połącz to ze swym snem o Neufchatel i ze swoim sklepem korzennym. Tyle co do powiedzeń i twierdzeń Waleriana. A teraz pomówimy o sobie z naszym najlepszym przyjacielem.
Czym Ci kiedykolwiek powiedział, ja, który Ci mówiłem wszystko, że miłość moja do H. miała jakiś cel praktyczny, namacalny, uwiedzenie, lub małżeństwo, że gdy mówiłem o niej przed Tobą, to jako o istocie, którą wielbiłem, lecz której nigdy nie spodziewałem się posiadać na ziemi, duszę raczej w niej widząc, niż kobietę. Kochałem ją, jak nikt jej kochać nie będzie. Byłem zdolny zginąć dla niej, przyszłość swą i majątek dla niej poświęcić, ale nigdy nie prosiłbym o jej rękę i zamienił złudzeń swoich w ciężką rzeczywistość. Od niej pragnąłem tylko serca. Henrieta Willan nie powinna być dla mnie nigdy małżonką, lecz była poetycznym punktem wyjścia dla całego mego życia. Dziś jest moją legendarną przeszłością, moją epoką bohaterską, a choć mną pogardza, zwracam jeszcze ku niej spojrzenia i myśli moje, gdy chcę w pieśń uderzyć lub działać, jak człowiek silny i energiczny. Lecz, gdy twoim pomysłem małżeństwa nasuwasz mi na myśl kontrakt i rejenta, starego ojca i siostry, służbę domową, brata nicponia, przygotowania przedwstępne i cały ciężar uprzęży, którą człowiek, żeniąc się, nakłada na siebie, bezcześcisz wówczas, wierzaj mi, miłość moją i rzucasz błoto i piasek na minione sny. To pierwsza miłość, pierwsza miłość, a nie jakaś lady Montague i jakiś Walewski. To poemat pełen harmonii i piękności, rozpoczynający się szałem, a kończący goryczą — to kształt, w który oblekły się wszystkie moje uczucia, młodzieńcze, gwałtowne i swobodne — to podniosła pieśń zapału, łącząca słodkie wrażenia miłości i marzenia serca z nagłemi przebudzeniami, pogróżkami przeciw gnębicielom i gorącemi nadziejami dla Polski. A przypomnij sobie, jak dźwięki te stały się powolne, majestatyczne i ponure w chwili, gdy nadzieje czy przeczucia urzeczywistniły się, gdy ona myślała, że zgodnie ze swemi przepowiedniami zginę, a ja sądziłem, że ona przez życie całe zachowa pamięć o zmarłym. A wreszcie cała melodia, wszystkie akordy zostały zerwane. Z jednej strony słychać było jeszcze ostatek miłości, lekkie szmery, przez które przebijały już wyrzuty, z drugiej rozlegały się ryki rozpaczy. A po nich przyszło głębokie milczenie. Cała piękność pieśni zniknęła i połowa jej blasku. Dźwięki, które brzmiały jeszcze, stały się dzikie, przenikliwe, przerywane niekiedy; a dziś, jedno tylko ucho, Twoje ucho, jeszcze jej słucha. A z pieśni, jaką Ci opisuję, chciałbyś zrobić żywą i wesołą balladę, odę weselną, hymn radości pod sklepieniem jakiejś kaplicy gotyckiej w starej Anglii. Co za sen! Co za ironia! Lecz nie, historia mojej młodości smutną jest historią. Nie przerobimy jej. Zostawmy ją taką, jaką ją Przeznaczenie ułożyło! W nieszczęściu tkwi świętość, do której z czasem przywiązać się można.
Kochanka moja i małżonka moja — co mówię? „Kochanka”? Tak bym dzisiaj mówił; „ukochana moja”, gdyż dawniej nie byłbym nigdy śmiał jej powiedzieć „kochanko moja” — a więc ukochana moja i małżonka moja nigdy jedną osobą być nie mogą. Jedna była aniołem, czemś o wiele wyższem od kobiety, drugiej może nigdy nie będzie, a jeśli się znajdzie, będzie zwykłą niewiastą, zdatną do cerowania moich pończoch i podawania mi ziółek w dniach choroby. Czy kiedykolwiek marzyłeś, że będzie Twoją małżonką? Czyś jej kiedykolwiek pożądał? Czyś kiedykolwiek z radością i przyjemnością nad myślą tą się zastanawiał? Nie, odpowiem śmiało, gdyż znam duszę Twoją, gdyż krok w krok szedłem za Tobą w Twych marzeniach, poprzez wszystkie szały Twoje. Wielbiłeś obraz, bo wielbić go musiałeś. Lecz nigdy łoże małżeńskie, nigdy pierścień ślubny nie ukazał się, nie zabłysnął przed Twemi oczyma. Skąd więc zrodził się ten dziwny projekt, ta wizja nieprawdopodobna, która zaigrała w skrętach Twojej wyobraźni? Dość dla mnie, gdy ją jeszcze przed śmiercią zobaczę. Nieskończone jej wspomnienie otoczy całe moje życie. Zresztą od dawna już odstąpiłem jej rękę bez zazdrości, bez goryczy człowiekowi, na którego wybór jej padnie, życząc jej, by była szczęśliwa i by mogła pochylać się z radością i rozkoszą nad kołyską swego dziecięcia.
A skąd, Henryku, przyszedł Ci do głowy projekt, mający dać mi spokój? Czyż zrodziłem się do spokoju? Czy stworzony jestem do spokoju małżeńskiego, drobnych przykrości, bezwładu? Życie moje będzie burzliwe, czeka mię niejedna przygoda i, być może, znajdę spokój dopiero między deskami trumny. Zawsze żyło w duszy mojej przeczucie, że nie przeznaczone mi gnić przez całe moje życie na sofie w salonie. I powiedziałem sobie: „By mi nie zbrakło odwagi, bym miał pociechę w chwili walki, niech należy do mnie na ziemi jedno serce, które, gdy odeń odejdę, błogosławić mię będzie słodkiem błogosławieństwem kobiecem”. A wtedy wziąłem Henrietę za rękę i zapytałem ją: „Czy chcesz być moją ukochaną na ziemi, a oblubienicą w niebie?”. Od pierwszej chwili, gdy ją zobaczyłem, myślałem o wieczności, a nie o ziemi, gdyż moje postępowanie względem niej (o które po wielokroć się oskarżałem) wypływało raczej z natchnienia niż z podstępu, i jakaś siła tajemnicza popychała mię, ilekroć przyciskałem ją do łona. Ona sama czuła to dobrze. W dniu, w którym Pan umarł na krzyżu, uklękła i przysięgła kochać mię, nie myśląc o tem, by mię posiadać. Na całej jej miłości czuć było wpływ ponurych przepowiedni, które przed nią wypowiadałem. Wylewała potoki łez na mojem łonie, przestała tańczyć. Czyż tak się przygotowuje do małżeństwa? Czy sądzisz, że taka miłość może zakończyć się salonem, przyjęciami i komfortem? Nie, Henryku Reeve, jeszcze raz Ci powtarzam: nie. Dotrzymała danego mi przyrzeczenia, nawet w ostatnich swoich listach pisała mi, że nie spodziewa się więcej, bym został kiedykolwiek jej mężem. Lecz pozory rozbiły naszą miłość. W dniach mej próby nie chciała uwierzyć we mnie. Wzięła mię za tchórza. Biedna dziewczyna, nie wie, ile jeszcze burz mię czeka i ile razy siły swoje rozwinę! Lecz daleki jestem od myśli oskarżenia jej. Zamknęła się, jako nieodrodna Angielka, we wspaniałej pogardzie, a ja zamknąłem się w jej wspomnieniu, które niesie mi pociechę i poezję. Zobaczyć ją raz jeszcze, uścisnąć jej rękę, powtórzyć jej obietnicę, że jeszcze imię moje dojdzie jej uszu... a potem melancholia długiego pożegnania, a potem prześlę jej imię swoje, a gdy tego nie będę mógł uczynić, ktokolwiek zawsze się znajdzie, by jej donieść o moim końcu. Zresztą, drogi mój Henryku, w liście Twoim więcej było żartów, niż prawdy. Nie oceniam przesadnie, tego, co Tobie zawdzięczam. A jeśli Henrieta jest istotą, która mię najbardziej uszczęśliwiła, Ciebie w tej kategorii szczęścia zaraz po niej stawiam, gdyż kilkakrotnie listami swemi wywołałeś przede mną obraz tej, którą tak kochałem. Przypominasz sobie czasy, gdy nie cofałem się przed myślą wywołania Władcy Ciemności, by ją zobaczyć. I byłbym to może uczynił, gdyby nie spokój, zimna krew i przyjaźń Zamoyskiego. Ty, mój drogi, sprawiłeś, że zjawiła się przede mną. Kilkakrotnie wzbudziłeś we mnie zapał z Salève. Wiele Ci jestem winien i wiem, żem Ci wiele winien, nie tylko za to, lecz i za wiele innych rzeczy. Widzisz, ona mię porzuciła, lecz Tyś mię nie opuścił. Gdy hańba była na mem czole, nie wahałeś się złożyć na tem czole pocałunku przyjaciela, a teraz kochasz mię, jakeś mię miłował w Saint-Cergues. Jestem Ci dłużny wiele!
Z drugiej części swego listu piękną zrobiłeś poezję: Muzyka Webera wśród nędzy i zepsucia nędzy, wśród zbytku i bezczelności zbytku, a Ty oparty i rozmarzony wśród tego świata, krążącego wkoło Ciebie! Ten dźwięczny symbol istoty ubóstwianej, istoty czystej i wzniosłej, rozlegający się nad głowami tylu nierządnic, sprawił, że serce moje zabiło silniej, pełne jakiegoś nieokreślonego uczucia. Dla mnie jest w tem coś ohydnego, a poetycznego zarazem.
Ninetka wróciła z Lugdunu na długo przed zaburzeniami. Zupełnie zdrowa, grywa na fortepianie na ulicy de la Cité. Wątpię, żeby Henrieta Ci odpisała. Gdybyś mógł ją zobaczyć raz jeszcze przed swoim wyjazdem do Anglii, zrób to z miłości do mnie i powiedz jej wtedy, że jedziesz do mnie i że ja, że my, długo będziemy od niej oddaleni.
Piszę ciągle mój poemat polski86. Są w tym poemacie pożary i walki, zabawy i rozkosze. Ulegam wpływom czasów, w których żyję. Prawda, że akcja rozgrywa się w chwili, gdy olbrzymie państwo rosyjskie kruszyło się od Bałtyku do morza Kaspijskiego w żelaznych rękach polskich wojowników. Był to wówczas również świat ginący, i zwycięzcy miotali się na jego gruzach z chciwością i śmiałością Hiszpanów Korteza w Meksyku. Toteż można tworzyć wspaniałe obrazy z tych dni tryumfu i żałoby, z tych nocy pożarów i rozpusty. Starałem się przede wszystkiem odmalować istotę fantastyczną, dziecię prawie, pochodzące ze Wschodu i przepalone namiętnościami — następnie uczucie niepodległości i życie awanturnicze wodza kozackiego, który, popłynąwszy w wątłej łodzi w dół Dniestru, przebył morze Czarne, by palić wioski Konstantynopola, podczas gdy sułtan, widząc z okien seraju dym i płomienie, kruszył z wściekłości w zębach swój cybuch bursztynowy — wreszcie zamęt w Rosji, wyprawy wodzów polskich, włóczących się awanturniczo aż do Azji i niszczących ten świat klejnotów, kwiatów i światła, gdzie ludy muzułmańskie zmieszały się z chrześcijańskiemi narodami. Wiek ten był dla nas średniowieczem. Wszystko w nim jest bohaterskie i nosi znamię energii. W Polakach, przebiegających na swych rumakach Rosję od morza do morza, widać olbrzymie szaleństwo, wiarę w siebie, poczucie siły indywidualnej barbarzyńców, którzy runęli na Rzym i Rzym pod nogi sobie rzucili. Tak samo padła Moskwa przed moimi przodkami. Ach, przodkowie moi byli wielcy i wierzyli w Marię. Wzywając jej imienia, cięli swemi szerokiemi szablami twarze swych wrogów i wrogowie padali, by nie powstać więcej. Dawna Polska miała dnie sławy olbrzymiej, a wspaniałej; mało jest narodów, które by tyle zdziałały i podbiły. Dla nas przeszłość jest niebem czystem, rozległem, gwiazdzistem. Zwrócić się ku niej, znaczy ku sławie się zwrócić. Przyszłość nasza tylko z przeszłości wytryśnie i litość mię bierze, gdy widzę, jak tylu ludzi czepia się Francuzów, żebrząc o wzory, jak o jałmużnę, gdy wystarczyłoby im klęknąć przy trumnach ojców, by wyczytać imiona bohaterów. Jakże mali, jakże bez wartości wydają się Dantony i Lamarki tam, gdzie byli Zamoyscy i Sobiescy! Ich potomkowie są niewdzięcznikami. Cała przyszłość ludzi dzisiejszych blednie wobec jednego z grobów tych ludzi z dawnych czasów. Żegnaj, mój przyjacielu!