Zobaczymy ją, jak postępować będzie swoją drogą, mocna, pewna siebie, nie chwiejąc się i nie padając, będzie krzyczeć i rozprawiać o stanach i o ludach, wymyślać systematy i maszyny parowe. Hańba wieczna tym, którzy chcą, by anioł zeszedł do rzędu ludzi, by miłość była li tylko potrzebą, zaspokojoną natychmiast po jej odczuciu, by nieśmiałość i słabość znikły z tego świata! Ludzie ci tkali płótno, spekulowali kapitałami, pisali książki, chudli, ślęcząc w swoich gabinetach, zrozumieli rewolucje, wyjaśniali symbole, mieli objawienie przyszłości, znaleźli przyczynę i skutki, dużo ryczeli na trybunach, strzelali z pistoletów do regularnego wojska, robili wszystko, o czem tylko pomyślisz, lecz nigdy nie mieli ukochanej. Nie czuli nigdy, o ile bardziej słodko raczej umrzeć dla niej, niż ujrzeć, że cierpi jej sława lub znikają jej wdzięki — Wszystko im przyznaję: rozum, władzę, rozsądek, geniusz, wszystko prócz serca w łonie, a jeśli mają serce, jest to, mój przyjacielu, jedynie kawałek ciała.
Wiersze Twoje są prześliczne, jakkolwiek myśli w nich mało, lecz rytm i styl są tak lekkie, jak wesoły puchar z Johannisbergu, który piłeś, jak dym z cygara hawańskiego, który unosił się koło Ciebie w górę. Wszystkie strofki są muzyką i czarem. Dziwne, że w tych wierszach, powstałych z natchnienia rozkoszy, znajduje się wiele siły. Lecz przecież i „Ostatnia myśl Webera” jest ostatniem westchnieniem ponurej i silnej duszy. Pierwsza strofka: „Pozostań, piękne widzenie” jest także piękna: w głębi kryje się jakieś nieuchwytne zabarwienie goryczy. Mówisz: „Pozostań”, lecz czuje się, że powiesz: „Przeszło”.
Dowiedz się, o ile możesz, czy Leon Łubieński jest jeszcze w Paryżu. Proszę Cię także, mój drogi Henryku, dowiedz się, czy Walerian Krasiński odebrał list mój, pisany do Tavistock House i przyślij mi adres jego w Devonshire.
Podstęp, którego używasz względem swojej matki, nie jest najbardziej wzniośle poetyczny, lecz przebaczam Ci go, ponieważ sprowadza Cię w moje ramiona. Przyjedź, przyjedź, mój przyjacielu! Przepędzimy jeszcze kilka wieczorów, rozmawiając o otaczającym Cię świecie wspólnym. Oba mają swoje dni rewolucji, a miały i dni pogody i oba dążą ku niewiadomemu kresowi. Przyjedź, przyjedź, mój przyjacielu! Uściśnijmy sobie silnie dłonie, skoro jeszcze możemy to uczynić! Siądźmy koło siebie! Czy słyszysz ten wicher północy? Płatki śniegu padają na szyby, by zginąć na nich, jak pszczoły, które umierają po zadaniu ciosu. Nie rozdziela nas ni wicher, ni śnieg, lecz, gdy słońce powróci, gdy ludzie działać zaczną, może trzeba nam się będzie rozstać; każdy z nas podąży do nowego celu, każdy z nas, bez względu na to, czy cel osiągnie czy też go nie osiągnie, myśleć będzie w drodze o drugim, a spotkamy się u końca drogi naszej. Nie mam już kochanki, której mógłbym powiedzieć: „Spotkamy się znowu”. Lecz mam jeszcze przyjaciela, któremu mogę to powtórzyć.
Zyg. Kras.
Uszanowania dla Matki Twojej.
50. Do Henryka Reeve’a
16 stycznia 1832, Genewa
Od dwóch tygodni, dniem i nocą dręczy mię niepokój. Gdzież on jest? Co mu się stało? Czy rozgniewały go listy moje? Tysiące myśli mózg mój dręczyło i była to dla mnie ciężka próba znieść to dwutygodniowe milczenie. A dziś oto dowiaduję się z pisma Twojego wykoszlawionego, konwulsyjnego, skręcającego się pod Twojem piórem, jak ręka Twoja, która się z bólu wykręcała, że chory jesteś i leżysz, powalony reumatyzmem i podagrą. Mój biedny Henryku! Co Ci się stało, u diabła, skąd przyszło to cierpienie? Lecz niech je diabeł porwie tam, skąd przyszło, byle tylko odeszło szybko i na zawsze. Kochany Henryku, ból jest życia obrazem, symbolem, który przychodzi czasem by ludziom przypomnieć, że wśród bólu się urodzili i umrą wśród bólu. Jesteś teraz przykuty, nieruchomy, jak Prometeusz na swej skale, lecz pamiętaj — ziemia ta jest skałą ogromną, a ludzkość olbrzymim Prometejem. Cierpienie jest na tym świecie prawem, a zarazem wielkością jego. Czyż nie czujesz, cierpiąc fizycznie, pewnego rodzaju dumy duchowej, jak gdyby w tej właśnie chwili cierpienie Twoje wystarczało, by Cię wznieść ponad tych, którzy pełni są radości i zdrowia? Często miałem to uczucie. Idź do kobiety, która kocha, i zapytaj, kiedy najbardziej ubóstwia swego kochanka. Jeśli chce prawdę powiedzieć, odpowie: „Na łożu boleści”. Dziś jeszcze pójdę do kasyna, gdzie Konstancja ma zamiar tańczyć i każę jej przez Bineta powiedzieć, żeś Ty, tak młody i pełen poezji, chorobą zgnębiony, bez możności wzniesienia ręki, lub zanucenia pieśni. A zobaczymy czy ta kobieta ośmieli się tańczyć potem. Co do mnie, przeklnę ją całą siłą duszy mojej, jeśli będzie tańczyła. W chwili, gdy rozpocznie walca, powiem jej tylko cichutko, lecz głosem, który, jak klin, wbije się w jej pamięć: „Nie bądź tak hałaśliwa; on Cię słyszy, a ma się bardzo źle”. Trzeba, byś miał łzę z oczu kobiety, westchnienie z jej łona. Jest to konieczne — konieczne!
Nie wierzę, by wojna wybuchła przed wiosną, lecz jest nieunikniona. Kochany Henryku, lecz się starannie! Będę do Ciebie często pisywał. Modlę się do Boga, by choroba Twoja nie miała złych następstw. A za dwa miesiące dwoje rąk przyjaznych uściśnie się nad brzegami Lemanu. Co do billu, mylisz się — przejdzie. Proś, kochany, Matkę Twoją lub kogo ze znajomych o napisanie mi choć dwu słów: Henryk ma się lepiej. O to tylko proszę, lecz proszę usilnie.