Oczy mię bolą. Co do cygar, jestem bez grosza. Przywieź je dla Duchesne’a. Nie widziałem się z nim, ale przypuszczam, że je kupi. Ja dziś na przykład mam nie więcej, niż pięć franków. Pluję na to.
55. Do Henryka Reeve’a
20 lutego 1832, Genewa
Drogi Henryku!
Bal cudzoziemców odbędzie się dopiero 5 marca. Masz więc dość czasu.
Cholera zabiera w Londynie trzynaście osób na piętnaście. A lud powie: „Jak to? Ci, którzy są bogaci, mniej umierają niż my. Oddzielą się od innych, mają lekarzy i pomoc. Ale, jeśli my mamy już umrzeć, zemścijmy się przynajmniej dzisiaj! Do bitwy! Naprzód piki i siekiery! Rozbijajmy okiennice domów! Niech dywany domów wylatują rozdarte na kawałki i osypią kwiatami ulice, jak w dzień święta! Dzieci i żony nasze wiją się w kurczach. Konają nędznie na tapczanach. Niech łup, wzięty na bogaczach, otoczy je w ich ostatniej godzinie! Naprzód, naprzód! Cholera czyni spustoszenia między nami. Zabijajmy, zaczynajmy! Potem umrzemy”. Brawo moi przyjaciele, naprzód! Gdybyście byli chrześcijanami, umieralibyście w milczeniu; lecz któż będzie mówił o krzyżu? Sztandar ludu, to głowa, potrząsana w powietrzu na pice. Palcie i burzcie! Niech każdy ma do zaniesienia w wieczność swoją miarę zbrodni. Szlachta, stan trzeci, biedni i bogaci, ściągnęli nieszczęścia na swe głowy, gdyż Jezus Chrystus wybrał ich sobie jako lud swój, a oni nie umieją czekać na swego króla. Za kawał mięsa, za kielich wina, za sztukę złota wyrzekają się swego dziedzictwa niebieskiego. I dziś Szatan klaszcze w ręce z radości, patrzy na ziemię, jak dziecię na zabawkę, mówiąc: „Złamię ją”. Gdyż dzieci, cokolwiek o nich można powiedzieć, mają coś szatańskiego w swej naiwności i złości.
Wczoraj rozpocząłem dwudziesty pierwszy rok mego życia. Mam w sercu coś podobnego do ognia. Namiętność jakaś rozwija się we mnie, namiętność silna i straszna. Żegnaj, śnie, żegnajcie ciche godziny wieczorne, marzenia u kominka, słodkie natchnienia zmierzchu, obojętne i spokojne rozmowy! Nie masz szczęścia, nigdy nie zastajesz mię w spokoju! Taki już mój los, że zawsze widzisz mię, gdy jestem obłąkany, czerwony, w rozpaczy lub szale. Oczy mię bardzo bolą. Być ślepym! Nie jestem Miltonem. Niech Bóg mię przed tą próbą uchroni! Przybywaj, przybywaj! Dnie są piękne, wiosna na widnokręgu, a jezioro jest, jak za dni naszej młodości. Przybywaj! Z żaglem lub z wiosłem suńmy po lazurze lub kołyszmy się wśród fal piany! Widzę, jak przybywasz. Ciągniesz za sobą widmo, które wyśmiewa się ze mnie i mówi: „Żadna kobieta na ziemi nie kochała Ciebie”. Niech i tak będzie! Oddałbym wszystko za czarę opium. Zasnąć i marzyć o życiu, rozkoszy, męce, walkach morskich i bitwach — burzach i o dniach pogodnych, o całym świecie, w którym ja byłbym bohaterem. Żegnaj! Jeśli ktokolwiek Cię kocha, to ja.
Zyg. Kras.
56. Do Konstantego Gaszyńskiego
Genewa, dnia 9 marca 1832