A więc skończył się dramat mej młodości! Człowiek płacze, opuszczając wybrzeże, na którem mieszkał długo. Trzymałem się oburącz ołtarza tak długo i tak silnie, jak mogłem. Lecz godzina wybiła, świątynia zapadła w ciemność. Żegnaj, Henrieto, żegnaj! A Ty, Henryku, przynosisz mi całun. Co prawda, nie dla mnie były szaty weselne. Patrz, czem jest życie, czem czas! Stałeś u kolebki mojej miłości i nie uniknąłeś widoku jej grobu. Ona ma duszę szlachetną i silną; mało jest kobiet na ziemi, które by jej były warte. Piszę Ci tak źle, gdyż ledwo widzę; oczy bolą mię bardzo. Ale jednak, Henryku, chociaż wszystko skończone, list jej do Ciebie wprawia w drżenie moje łono. Ostatnia to flaga, którą wywiesza okręt, nim na dno pójdzie. A stojący na wybrzeżu wlepiają w nią spojrzenia i przywiązują do niej swoje serca — a potem spokój. Ocean kołysze się nad tymi, którzy zginęli.
Mam zaledwie lat dwadzieścia, a już wstręt poczułem do tej gospody ziemskiej i wzdycham do pałacu niebieskiego. Mam zaledwie lat dwadzieścia, a już przeszedłem przez tysiące cierpień, ciało moje znosiło katusze, lecz dusza dużo więcej cierpiała. Niczego nie dokonałem, a dokonać mogłem, bo przecież Bóg dał mi ramię i serce, z których żadne nie drży w godzinie niebezpieczeństwa. Pieśni moje rozwiały się w powietrzu. Gdy się urodziłem, ziemia mi się uśmiechała, lecz inaczej było za dni mojej młodości. Nie skarżę się, nie przeklinam swego losu, lecz niekiedy, w godzinie wieczornej, zamykam oczy, życząc sobie, bym się nie obudził więcej. Ty jeden wiesz, kim jestem, znasz i błędy moje, i siły. Przybywaj, przybywaj prędko! Po raz ostatni ręce sobie uściśniemy. Podaj mi dokładnie dzień, w którym przenocujesz w Gex! Jak przyjeżdżasz? Dyliżansem, czy swoim własnym powozem? Czy kuzyn Twój nie może sam przyjechać do Genewy? Nie potrzebnyś mu w drodze, a, gdybyś nie czekał na niego, przybyłbyś wcześniej. Jacky cieszy się nadzwyczajnie, że zobaczy Cię znowu. Dużo ma dla Ciebie przyjaźni i poważania. A ja ani słowa więcej nie powiem, lecz, gdy u stóp gór jurajskich uścisnę Twą rękę, zobaczysz mą duszę na mej twarzy. Niech Bóg błogosławi naszej przyjaźni, gdy odwrócił się od młodości mojej! Ty przynajmniej odnajdziesz K. taką, jaką była, gdyś ją opuszczał, ale ja już dawnego dziewczęcia nigdy nie zobaczę. Te skargi będą ostatnie. Niech błogosławione będzie imię Pańskie!
Zyg. Kras.
54. Do Henryka Reeve’a
17 lutego 1832, Genewa
Drogi Henryku!
Odgadłeś: saint-simoniści są antychrystami naszego wieku. Weź pisma ich: topią w nich rzeczy tego świata w oceanie piękna, doskonałości i rozkoszy, a jednocześnie dążą do hierarchii surowej i niewzruszonej; chcą urobić niewolników, obdarzonych wszystkiemi możliwemi doskonałościami. Niebo jest słowem, które nie ma już u nich powodzenia, i tak bywa zawsze, gdy zbliżają się ostatnie dnie jakiegoś społeczeństwa. Są przedstawicielami upadku naszej społeczności, ostatniem słowem naszego rozwoju; na wpół przebiegli, na wpół fantastyczni, najszlachetniejsze, najwyższe uczucia układają w formułki matematyczne. Na próżno zamykaliśmy ich świątynie: nie zginą, nie dlatego, by byli prawdą, lecz dlatego, że są kłamstwem. A bywają niekiedy epoki, w których kłamstwo życia samoistnego nabiera i dochodzi do swego kresu. Lecz, gdy to następuje, bądź pewien, że światu tylko lat kilka jeszcze pozostało, że otwiera się gdzieś wielka przepaść, która pochłonie stare społeczeństwo, i że nowe zarodki, niespostrzeżenie wprawdzie, poruszają się już i znajdują na świecie, by utworzyć nową społeczność. Któż wybierać zdoła między despotyzmem, a demokracją? Zadam Ci pytanie: czy nie czujesz pogardy i czasami współczucia dla biednej ludzkości, zakneblowanej w Rosji, a wyjącej we Francji i Anglii słowa, których nie rozumie? A później spójrz na Włochów, którzy nie umieją umierać w dniu bitwy i którym za całą sławę służy nazwa spiskowca. U nich teoria i praktyka są to dwie różne rzeczy. Oni mogą mówić o rzeziach: nie bój się, w dniu walki będą w bilard grali. Lecz są inni ludzie, którzy ich słyszą, którzy ich podziwiają i z ich pomysłów wytworzą rzeczywistość. Ach! Niech mi nie mówią, że cnoty rycerskie nie są z naszego czasu: poezja, muzyka, sztuka, wszystko zmieni się może — cnota nigdy. A jeśli Nemrod, polując dnia pewnego w lesie, zdobył się na akt łaski, to Mikołaj mógłby dziś czyn ten powtórzyć, i byłoby to równie dobre, jak było dobre niegdyś. Lecz utrzymuję i wierzę w to, że społeczeństwo nasze znika i zginiemy wszyscy w okropnych wstrząśnieniach. To wiara moja; szczycę się nią, gdyż walka, którą będziemy musieli stoczyć, doda sił memu sercu. Wiem — zginę, lecz cóż to znaczy? Przysięgam Ci, Henryku, że na tym świecie dotychczas widziałem tyle podłości. Był to traf szczęśliwy, że spotkałem Ciebie na swojej drodze. Ty masz duszę nie z materii; lecz oni wszyscy — Mikołaj, jak i Saint-Simon, to błoto, błoto, mój przyjacielu! Spójrz na świat, w rozmowach wielkich czy małych, na salon czy na salę obrad, na pojedynek między dwoma wrogami czy na wielkie bitwy — wszędzie to samo. Na ziemi pięknem jest jedynie to, co Bóg stworzył. Daj mi szalupę w dzień burzy, zaprowadź mię na morze lodowe w noc letnią, pokaż pośród zabawy dziewczę, które jeszcze nie zwiędło pod oddechem mężczyzn. W tem tkwi piękno, ale reszta — reszta jest błotem. Niebo musi być dla nas kiedyś wielkie i wspaniałe, skoro ziemia nam się wydała tak nędzną i małą.
Co do miejsca połączenia Rodanu z Lemanem, to zwrócę Ci uwagę, że Benet, Lombard i Duchesne chcieliby się wybrać na Twoje spotkanie; bardzo im na tym projekcie zależy. Byłbym samolubem, gdybym przekładał moją radość nad ich przyjemność. A więc sądzę, że zrobimy lepiej, jeśli będziesz oczekiwał nas z rana w Collonges. Przybędziemy wszyscy konno lub na wozie, a ja przyprowadzę Ci konia, milordzie. Spędzimy pół dnia na rozmowie, wreszcie ku wieczorowi ruszymy konno do Genewy. Zresztą robię tylko propozycję, a Ty wydasz rozporządzenia. Żegnaj, oznacz dzień! Żegnaj!
Twój do grobu.
Zyg. Kras.