52. Do Henryka Reeve’a
30 stycznia 1832, Genewa
Mój kochany Henryku!
Nareszcie ujrzę człowieka, którego tak kochałem; tego, który wtedy, gdym stracił krewnych, przyjaciół, ojczyznę i honor, był mi jedyną pociechą. List Twój podziałał na mnie, jak stos Wolty. Uczułem, że przeszła przez moje serce iskra zapału i szczęścia i wprawiła w drżenie całą duszę. Bogu dzięki! Zdrów jesteś. Wiele nocy śniłem o Tobie, myślami swojemi otaczałem Twoje łoże boleści. Nie widziałeś mię, lecz byłem tam, u Twego wezgłowia. Pismo moje będzie Ci się dziwnem wydawać, lecz mam ból w prawem oku i osłabienie, nie pozwalające mi oka tego używać, a moje lewe oko, nieprzyzwyczajone do kierowania piórem, błyszczy ponad niem, jak niepewna gwiazda, która ukazuje się wśród burzy ponad masztem i sprowadza barkę z właściwej drogi. Nie móc używać jednego oka, lub też czuć, jak stopniowo słabnie przy używaniu, jest męczarnią, lecz zdaje się, że wszystkie rodzaje prób przypadły mi w udziale. Sądząc z tego, co piszesz, przypuszczam, że nie odbierzesz dwóch listów moich, adresowanych do Londynu, gdyż nie zdążą tam przybyć przed Twym odjazdem. Nie chciałbym, by je ktoś otwierał i czytał, gdyż w jednym z nich znajduje się imię i zwierzenie, którego nie chcę teraz powtarzać, a które powtórzę później, gdy tu będziesz.
Jeśli Bóg mi użyczy sił i wzroku, spodziewam się rozwinąć na Lemanie moją polską flagę ponad głową przyjaciela. Popłyniemy razem pod wdzięcznemi obłokami wiosennemi. Pokłonimy się wirom oparów, unoszącym się ponad górami jurajskiemi i nad Môle, a gdy słońce zajdzie, rozpocznie się różowe konanie Mont Blancu, uściśniemy sobie ręce, jak przed laty, o rok starsi i kochający się bardziej, niż przedtem, gdyż ból i doświadczenia uświęciły naszą przyjaźń. Przez czas rozłąki i dla mnie, i dla Ciebie spłynęła wielkiemi falami gorycz. Obaj znamy ludzi lepiej i dlatego właśnie zbliżymy się bardziej ku sobie. Jak wiele się wydarzyło od owego wiosennego poranku, gdyśmy schodzili z gór jurajskich, z dwu stron przeciwnych! Ty miałeś się rzucić w wir świata, ja zaś starać się skoczyć weń z głową spuszczoną, z rozpaczą w sercu i nigdy tego nie dokonać. Sprawa wielka i szlachetna runęła, oddalała się ode mnie coraz bardziej ta, którą kochałem, wiele dawnych myśli pożegnało moją duszę, osiadło w niej kilka nowych. A Ty? Ty powinieneś do mnie przybyć podobny do olbrzyma. Żyłeś wśród naszego wieku, w wirze zepsucia i intryg, otwarte były dla Ciebie bramy Babilonu, dopuszczony byłeś do uczty Baltazara, a na murach pałacu czytałeś tajemnicze słowa. Widziałeś kilku silnych i energicznych ludzi; były to wyjątki — lud nikczemny, a okrutny oto reguła. Przybądź więc, przybądź, Henryku, i, jak ja niegdyś wsparcia Ci udzieliłem, tak Ty dziś udzielisz mi jałmużny swojej poezji i myśli, mnie, biedakowi, bezsilnemu, który nie ma już na tej ziemi nikogo, komu by mógł powiedzieć: „Chcę umrzeć za Ciebie”. Gdzież moja ojczyzna, gdzież kochanka moja? Wszystko to snem tylko było. Mogę powiedzieć, jak arcybiskup Berkeley: „Rzeczywistości nie ma”.
Nic mi nie piszesz o matce Twojej. Czy przyjedzie z Tobą? Jak się miewa? Myślę, że p. de Roche87 w dzień Twojego przybycia przypasze miecz. Oznacz dokładnie dzień! Jeśli wolisz, pojadę do Ciebie w szalupie do Coppet i powrócimy do Genewy. Ty, siedząc u steru, i czterech Ladorsów, pracujących u wioseł. A rozmowy nasze będą długie, będą córami północnej godziny. Wśród ciszy rozmawiać będziemy o świecie, o tym świecie, który pochyla się pod naszemi nogami i zstępuje w przepaść. Może przynosisz mi także choć jedno słowo, jedno westchnienie, jedno drżenie powiek od osoby, której rysów, głosu zapomniałem, lecz którą kocham jeszcze. Nie mam już obrazu jej w swojej wyobraźni, lecz tylko wspomnienie, bez kształtów naturalnych, oswobodzone z tego, co ziemskie, wyzwolone z czasu i przestrzeni. Jest to coś podobnego do myśli o duszy, która niegdyś żyła z nami, a potem odeszła na zawsze. Żegnaj! Szczęśliwym będzie dla mnie dzień, w którym Cię ujrzę znowu. Już bardzo dawno tego wyrazu nie wymawiałem, mówiąc o sobie.
Zygm. Kras.
53. Do Henryka Reeve’a
Genewa, 9 lutego 1832 r.
Drogi Henryku!88