Drogi Konstanty! Odebrałem Twój list z 13 marca. Konstanty, Konstanty! Przeszła młodość moja po części na złudzeniach, po części na rzeczywistości, a ona rzeczywistość tyle była gorzką, że czasami zdawała mi się złudzeniem złego ducha. Ani Ty do mnie, ani ja do Ciebie, dostać się nie mogę; związane mam ręce, czuwają nade mną, paszportu mi nie dadzą, szpiegów tu niemiara, niechże się choć raz wynurzę! Ha, jakże ich nienawidzę, nie cierpię tych Moskali! Pamiętaj plunąć na moją pamięć, jeśli kiedy posłyszysz, żem od nich co przyjął, żem któremu z nich rękę ścisnął, lub ukłonił się...
Jadę niedługo do Polski, tam ich szarańcza zaległa nasze niwy. Przejdę między nimi z dumą człowieka, pana zwierząt; w Warszawie trzech dni nie pobędę — do Opinogóry pojadę...
Jeśli będę mógł wydobyć się z ujarzmionego kraju po kilku miesiącach, to wrócę do Europy; wtedy, Konstanty, zobaczymy się. Ale wątpię; tygrys swych ofiar nie wypuszcza nigdy. Mam przeczucie, że Sybir zamknie mój zawód zmarzłemi wroty. Znasz mnie, wiesz, że mam duszę ognistą, niespokojną w łonie; to łono za drobną jest dla niej chatą, ona zawżdy pnie się na lica: w słowach, w spojrzeniach, w rumieńcu na wierzch się wydobywa. Nie wytrzymam. Zresztą niechaj wola Boga się dzieje! Jeślim nie walczył z bracią, niechaj przynajmniej wycierpię to, co oni!
Teraz napisz mi, gdzie Twoja matka? Chcesz li, bym u niej był? Przyszlij mi listy do niej! Ale to wszystko dopiero za miesiąc. Trzeciego lub czwartego maja stąd wyjeżdżam i na Wenecję i Wiedeń jadę do Polski; piętnastego augusta będę w Opinogórze. Mogę Ci przesłać sto pięćdziesiąt franków, napisz mi, na czyje ręce i jak.
Dużom się odmienił, Konstanty! Serce w niczem się nie odmieniło, bo sam Bóg zawiesza serce w piersiach dziecięcia i ono zawsze jednakiem zostaje, ale głowa, wyobrażenia, sądy, dużo się odmieniły. Nauczyłem się daleko częściej o niebie myśleć, niż o ziemi, zwątpiłem o szczęściu, bo widziałem iż to istna mara, a za nią gonić nawet nie warto: Que l’homme soit malhereux, pourvu qu’il soit grand rzekł Cousin, i ja tego zdania jestem. Wielkość zaś u mnie zależy na tem, by cierpieć i nie żalić się, by ziemią pogardzać i zawsze być gotowym do odepchnienia jej od siebie, jak łódkę od brzegu. Kiedyś, Konstanty, miłość i sława bywały mojemi bóstwami: pierwsza jako mgła się rozeszła, zamiast drugiej doczekałem się hańby.
Jednak nie powiem, by we mnie wygasła poezja; jeszcze nieraz natchnienie wraca. Napisałem tego roku dużo rzeczy, wszystkie gorączką i rozpaczą napiętnowane, ale teraz czas nadchodzi, by wziąć się do poezji czynów, a poezja pióra niechaj mi służy tylko za piosnkę, nuconą przez mamkę. Nie mam dosyć mocy duszy, by stać się „szpiegiem” Coopera,91, ale będę tem, czem Bóg mię stworzył: dobrym Polakiem, zawżdy i wszędy. O kajdany, o śmierć nie dbam; ciało moje w ich ręku, ale dusza — nie!
Na wpół oślepłem, ledwo widzę litery. Bóg daj, by to przeszło, bo mi to jest męczarnią.
A teraz przyjm me dzięki za to, że mnie kochasz jeszcze, za to, żeś nie zwątpił o nieszczęśliwym. I nadal też nie wątp nigdy o tym, którego młodość tak jest ściśle połączona z Twoją, że wspomnień tych dwóch młodości nic rozerwać nie zdoła, ani Ty sam nawet, gdybyś kiedy chciał. Ale Ty nie zechcesz, bo ten, który Cię kochał, aż do grobu Cię kochać będzie. Pisuj, pisuj!
P. S. Zaklinam Cię, byś nikomu listów mych nie pokazywał!