Jak na człowieka zakochanego masz, kochany Reevie, zadziwiająco zimną krew. Piszesz do mnie te słowa: „Może już nigdy jej nie zobaczę”, bez ortograficznych błędów i nie zauważyłem także, by Ci pióro zadrżało w palcach...
Jak to — ją, która była Twoją nadzieją, celem Twoim, królową Twoich snów, władczynią Twojej olśniewającej wyobraźni — ją, która natchnęła Cię tylu pięknemi myślami, dla której napisałeś ten wspaniały utwór O sferach, ją, to bożyszcze, to dziecię Twojego serca, potrzebę Twej duszy, możesz li ją w ten sposób porzucić i powiedzieć: „Już jej więcej nie zobaczę”? Mój kochany, zazdroszczę Ci energii, mocy, nieczułości, a raczej spokoju i rezygnacji — ja nie byłbym do niej zdolny. Zresztą, mój kochany, wszystkie kobiety są przewrotne, bez żadnego wyjątku i lepiej czynisz fruwając około kwiatów, niż ja, który się wycieńczam, wpatrując w jedną różę. — Otrzymałem wieści z Anglii szczęśliwych wybrzeży. Dowiesz się o nich, gdy przyjdziesz do mnie cygaro wypalić. — Och! kobiety, kobiety! „postaci im zazdroszczą anieli a duszę mają gorszą, niżeli...”. Tu przerwijmy. Dość mam rzeczywistości, nie trzeba mi pomocy deklamacji. — A ja jednak kocham ją i będę kochać zawsze.
A teraz, mój drogi, muszę Ci opowiedzieć, co wczoraj przeczytałem. Słyszałeś zapewne o młodym poecie angielskim, Keatsu12, który umarł w Rzymie, we wiośnie swego życia, mając lat 24, z suchot i ze zmartwień, spowodowanych napaściami „Quarterly Review”. A konanie jego było długie, bolesne i ciężkie. Śmierć nie od razu przyszła, podkopywała go długo, a pragnął śmierci, jak się pragnie przyjścia kochanki. W końcu, uczuł już, że nadeszła jego ostatnia godzina, a i wtedy, nawet w chwili konania będąc poetą, rzekł do swych płaczących przyjaciół: „Czuję, jak kwiaty na mnie rosną”. Drogi, czyś słyszał kiedyś, coś wdzięczniejszego i ładniejszego? Czyż można zejść do trumny, okazując więcej wdzięku, tkliwego uczucia i delikatności?
W tych dniach napisałem kawałek dla niej — przy świetle księżyca w małym ogródku, dokąd przypłynąłem łódką: „Pozdrawiam Cię, promieniu srebrzysty, bijący w moje oczy. Jej to może oczy niebiosom Cię zwróciły i, udział wziąwszy w piękności jej spojrzenia, zeszedłeś ku mnie z powrotem. Pozdrawiam Cię, błogosławię Cię. Przyjdź, by się po mej ślizgać twarzy, pieścić czoło moje, obmyć moje wargi w gwiazd jasności, przyjdź i mów mi w swej mowie świetlistej o mojej H.”. Potem napisałem: Sen człowieka zblazowanego, któremu musiałem złożyć w dani całą tęczę mojej wyobraźni, a wczoraj i dziś kończyłem: Spowiedź Napoleona.
Jest to rzecz, która najwięcej mnie kosztowała trudu, najwięcej jej poświęciłem czasu, i starań, i sztuki, bo w całej spowiedzi trzeba mi było naśladować pełen energii styl wielkiego człowieka. Przeczytasz to i osądzisz. Przedtem nie chcę wcale sądu swego o tem wypowiedzieć. Jedno tylko Ci przytoczę zdanie. W swojej spowiedzi mówi Napoleon do księdza: „Byłem gromem, rzuconym przez Boga wśród burzy, niszczącej świat, i jeśli go w proch starłem, to po to, by go wyrównać”. Następnie cały utwór tak się kończy: „Ciało jego leży w grobie u stóp skał posępnych, a wielka jego dusza przebywa w chwale boskiej”.
Ale dosyć o moich utworach. Mówmy o czem innem!
Ach, czemuż, jak orzeł, nie mam skrzydeł, by frunąć, zapobiec zdradzie, i znowu przywołać ku sobie to, co się oddalać zdaje! Ach, czemuż nie mogę stać się na chwilę błyskawicą, która z jednej półkuli przelatuje na drugą, roztaczając tylko jeszcze więcej potoków światła. Lecz daremnie wypowiadam takie życzenia — daremnie, daremnie! Niech się stanie wola boska! Ach, cóż się miłością i szczęściem nazywa na tej ziemi? Trochę zapału, który wyobraźnia ozłaca swym blaskiem. Wszystko tu, na tej ziemi, jest ułudą; oto bogini! Skłońcie się wszyscy przed nią, to ona zwodzi, ona podnieca i kłamie, a ludzie dali tym kłamstwom pompatyczną nazwę namiętności a złudzeniom nie mniej wspaniałą nazwę szczęścia. Gdyby na tym świecie istniała rzeczywistość, nie potrzebowalibyśmy nieba, lecz tu, na ziemi, wszystko jest tylko słabem odbiciem niebios. Słońce, które ma miliony promieni na sklepieniu błękitów, traci je, odbijając się w wodach jeziora. — Reeve, masz słuszność, starając się o miłość ust, które są blisko, gdy usta, które kochasz, są daleko. Bądź wierny, a zdradzą Cię, bądź podniosły, a wyśmieją Cię, śmiej się, a będą płakać, płacz, a śmiać się będą. Cóż czynić z temi istotami, które mają coś z anioła, co nas uwodzi, i coś z szatana, co nas gubi? — Czy pamiętasz okrzyk mój: „Królestwo za miłość!”? — Więcej, niż królestwo, oddałem, oddałem serce swoje, i serce moje zostało złamane i pozostanie złamanem, jeśli to nie przejdzie i odejdzie daleko, daleko.
Oto, mój kochany, co zbudziło się w sercu mojem, gdy do Ciebie pisałem; zgaduj, może się omylisz, lecz jeszcze nie wszystko stracone. — Pogarda mi zostaje. — A zresztą przesadzam krzywdę z pewnością. Tak mało trzeba, by kochającemu sercu wyrządzić krzywdę!
Odpowiem szczerze na pytanie o Twoją francuszczyznę; pisząc, nie robisz żadnych błędów, styl masz lekki, urozmaicony i francuski w całem znaczeniu tego słowa, mówiąc zaś, robisz niekiedy poważne błędy, np. zawsze mówisz „pono” zamiast innego wyrazu, gdy mówisz o czasie. Co do mojej angielszczyzny, proszę Cię, wyraź tak samo swoje zdanie!
Żegnaj, kochany! Uszanowanie dla matki Twojej.