I tak pan Soulié świeżo wydał Les deux cadavres; treść tej powieści oparta na trupie Kromvela i na trupie Karola I-go. Rozmaite losy tych dwóch ciał opowiada autor. Ze wszystkich scen jedną tylko Panu Jenerałowi opowiedzieć chcę: Barsteat pragnie zemsty nad Karolem II-gim, który kazał stracić jego ojca za to, że podpisał wyrok śmierci Karola I-go. Długo więc nad nią rozmyśla, a nareszcie wynalazłszy, pośród nocy ciemnej bierze się do jej wykonania. Idzie po trumnę, w której leży ciało i głowa odcięta Karola I-go, ową trumnę kładzie na barki i niesie do rowu przed domem kochanki, która jest córką nieprawą Karola I-go, dziwnym trafunkiem wychowaną w domu Barsteata, towarzyszką jego lat dziecinnych, siostrą dawniej, a teraz lubą, jedyną pociechą, ukochaną nade wszystko. Woła na nią, by wyszła z domu. Szesnastoletnia dziewczyna, ładna, niewinna, rozmiłowana, śpieszy na głos kochanka; wtedy walka następuje w duszy Barsteata, chęć zemsty przeważa. Wymaga więc od niej, by mu się oddała zupełnie; ona, nieboga, złoży pocałunek na jego ustach i rzecze: „Otóż dostałeś mnie”, ale on tłumaczy jej, że to jeszcze nie wszystko i ciągnie nieszczęśliwą do trumny ojca; owa trumna staje się łożem jego rozkoszy. Gdzież tu poezja? Gdzie harmonia? Same fałszywe tony. Są w muzyce niektóre fałszywe akordy, które, powiązane z następnemi zgodnemi, w ogóle swoim tworzą najświetniejszą harmonię; dobór takich fałszywych i melodyjnych tonów w poezji tworzy, jak mi się zdaje, fantastyczność. Ale oni bez żadnej sztuki, bez żadnej uwagi, samemi jedynie fałszywemi grają, a każą słuchać i mówią: „Patrzcie, jaka doskonała muzyka! My pierwsi ją wyjawili światu”.
Od kiedy średni stan wziął przewagę i nazwał się osiemnastym wiekiem, można było przewidywać, że literatura stanie się spekulacją, że tomy na funty sprzedawać się będą. Trzeba poecie, by wierzył w siebie i w poezję jako w cel, nie jako w środek, inaczej stanie się bankierem i kupcem, kupcowi zaś wszystko jedno, czy bohatyra posłać na skałę, by tam umarł wśród mąk, czy napisać i rozsiewać najfałszywsze zasady. Upatruję wielkie podobieństwo między polityką angielską a dzisiejszą literaturą francuską. Do tego jeszcze dodać można różne insze wpływy. Publiczność łaknie takowych obrazów, bo jej ojcowie i ona sama już objadła się i opiła wszystkiemi trunkami, mianowicie krwią. Takowi ludzie nie mogą czytać idyll Gesnera; nerwy ich rozdrażnione do najwyższego stopnia, trza wraz nowszych poruszeń. Rzymianom pod koniec cywilizacji starożytnej trzeba było igrzysk i biesiad; to był ich szał zmysłowy, ostatnia konwulsja zmysłowego świata. Teraz to jest nasz szał moralny, może ostatnia konwulsja naszego świata. Byron także się do tego przyłożył, on pierwszy porwał razem tysiąc obrazów i rzucił razem, ale któż mu wyrówna? Kto go naśladuje, przepaść musi. On jest sobą samym, początkiem żadnej szkoły być nie może, a kto wie, czy nie jest końcem romantycznej, ostatniem echem średnich wieków, bo, choć powątpiewa, jak Spinoza, szydzi, jak Wolter, nieraz w nim coś rycerskiego się obudza, powstaje nagle baron angielski w szyszaku i zbroi, pan nad mnogimi wasalami, a choć nie wierzy ukrzyżowanemu Bogu, jakże doskonale pojmuje i Danta, i Tassa i, gdyby100 oni sami, ich głosem przemawia. Jednak Don Juan ogromny wpływ wywarł na teraźniejszą literaturę francuską. Stało się, jako się dzieje zwyczajnie z naśladowcami: chcąc utworzyć coś podobnego, przesadzają, a nie rozumiejąc geniuszu, któremu hołdują, wszystkie jego piękności i prawdy zamieniają na fałsze. Pamiętam wiersz Pana Jenerała:
Jam się wieszczem mych czasów, a nie małpą, zrodził.
Ja bym się teraz do nich podobnie odezwał i jeszcze nieco inaczej:
„Jam się wieszczem mych czasów, a nie świnią, zrodził”.
Tymczasem Lamartine z żoną Angielką wsiadł na okręt i popłynął do Palestyny, rzucając brzegi ojczyste z ściśniętem sercem poety, którego nie rozumieją. On miał wiarę, a choć nie uniknął monotonii, kto go czytać będzie, uwierzy w niego. Ja nieraz płaczę za średniemi wiekami, za ową poezją, która utworzyła Danta i dźwignęła katedry gotyckie. Jako błyskawicy służą za tło czarne chmury, tak jej tłem były podania północy, skandynawskie Sagi — a jako Eschylos przypomniał sobie świat zniszczony tytanów i natchnął się nim i wskrzesił go na chwilę, tak Szekspir, chrześcijanin, przypomniał sobie mity zatracone północy i wyrósł na olbrzyma. Gdzie owa poezja dzisiaj? Staliśmy się drobnymi, a mamy się za poważnych i groźnych, okropności nasze w śmieszność przechodzą, a co w teraźniejszej literaturze jest najzgubniejszem, najbardziej przeciwnem porządkowi wszech rzeczy, przeznaczeniom duszy ludzkiej i celom ludzkości całej, to, że każda walka moralna kończy się na zwycięstwie złego, a kiedy szatan przemoże, kiedy gach osiędzie w domu i mąż mu zawierzy, kiedy filozof, rozumując, dojdzie do najfałszywszego wniosku, szaleniec dostąpi celu swych namiętności — wtedy zapada kurtyna. „Skończyło się. Widzowie, wracajcie do domu!”. Poezja to na wspak natury, bo przeznaczeniem duszy jest cierpieć, zmagać się, ale wreszcie ujrzeć Boga; szatan snać rozgościł się na tej ziemi, wiele serc natchnął i serdecznie się raduje. Chciałbym tych wszystkich panów, którzy sobie tak łatwo marzą o trumnach, trupach, zabójstwach, nienawiści i zemście, widzieć za bramami Paryża w jakiem niebezpieczeństwie; pana Sue w burzy na morzu, pana Janina wśród konwencji narodowej, a Balzaca obok jakiego rycerza z czasów Ligi, który by mu groził sztyletem. Pono by uciekł, jako niegdyś Jaksa przed korpusem oficerów w Lublinie.
Poznałem także zagranicą Mickiewicza. W nim jest prawdziwa poezja, bo szuka prawdy i jedynie prawdy — umrze z głodu, a nie będzie zmyślał fałszywych uczuć; od nieba dostało mu się natchnienie, jakie znamionuje wieszcza, połączone z wielką potęgą myślenia i rozumowania. Do tego jest wielka harmonia między wyobraźnią, a jego sercem. Tamci wszyscy francuscy mają wyobraźnię, ale serca nie mają, wyobraźnia zaś bez serca prowadzi nieraz kobiety do zbrodni, a mężczyzn zawsze do głupstwa. Byłem z Mickiewiczem w Rzymie; tam trza żyć w przeszłości i owóż żyliśmy w niej. Nie przeto jednak rozumiem, iżby Mickiewicz nie znał swojego wieku i nie pojmował go. Ostatnich jego poematów jeszcze tu nie ma; jeśli nadejdą przed moim odjazdem, niezawodnie je prześlę Panu Jenerałowi. A teraz, kiedy się obrócę ku literaturze polskiej, głuche milczenie. Mnie się zdaje, że trza wrócić do starych pisarzy, stamtąd czerpać i z tych pysznych, porozrzucanych kawałków marmuru wybudować świątynię.
W Anglii zjawił się młody poeta Tennyson — same dotąd ułamki wydawał; ma w sobie wielką prostotę i razem bogatą wyobraźnię. Jedną strofę z niego pamiętam:
The poet in a golden time was born,
With golden stars above,