Sierpień 1991

Drugi

Znowu się zaczął sierpień. W pociągach

przestali się w ogóle pokazywać konduktorzy.

Jadę w pustym wagonie. Z mapy

połączeń kolejowych ktoś wydrapał wszystkie

większe miasta. Polska bez Krakowa,

bez Warszawy, bez Śląska, ta sama co za oknem.

Jest trasa którą jadę: znikąd do Kalisza.

W kieszeni mam już cztery niesprawdzone bilety.

Taki rozmyty świat jak przed nadejściem

czegoś ogromnie, boleśnie wyraźnego.

Gdyby tak chociaż kaseta której słucham przedłużyła się

o jakieś dwie dodatkowe nieistniejące piosenki —

Ale gdzie tam, ten świat jest tak potwornie niewinny,

wszystko się dzieje przypadkiem, kiedy Nikt nie patrzy.

Czternasty

Papież Jan Paweł II dokonuje koronacji

dwóch kopii Matek Boskich na potrzeby Miejsca,

w którym się był urodził — ten to właśnie cud

obie kopie post factum celebrować będą.

Prawdziwe Matki Boskie po okolicznych wsiach

szlachetne współzawodnictwo podejmą z kopiami,

cudów wydatnie przybędzie, Papieży i koron,

zasłynie cała Polska owymi Matkami.

A Matka Boska w niebie już ledwo się trzyma na nogach

pod ciężarem tych koron i srebrnych sukienek,

a jeszcze moja mama woła za mną na schodach:

Matko Boska, tyś znowu nie ubrał skarpetek!!!

Więc choć nie wie za bardzo, na co Jej jeszcze skarpetki,

naciąga je cierpliwie na Swe święte stopy

(bo choć Królowa Polski od sześciuset lat,

z gramatyką wciąż jeszcze ma pewne kłopoty)...

Piętnasty

Jasiu w Gliwicach, ja w Ostrowie Wielkopolskim

O tej samej godzinie wsiadamy do pociągu.

Zresztą wcale nie wsiadam, wymyślam sobie tylko

To zdanie (jego rytm) z zamiłowania do wszelkich jednoczesności

Ale tu nagle jakieś szaleństwo. Na wszystkie perony

Powjeżdżały pociągi do albo ze Szczecina,

A także z ominięciem stacji Szczecin Główny.

Pani w głośniku jak nakręcona: Szczecin i Szczecin.

Nie mogę tego słuchać. Ryzykując, że przegapię

Swój pociąg, zakładam słuchawki, włączam na cały głos walkmana

(Igor jest znowu u mnie Numer Jeden, z kobiet — Yoko),

To naprawdę nic przyjemnego, obserwować, jak w samym środku

Świata, ułożonego misternie z niespełnionych pragnień,

Spełnia się ni stąd ni zowąd jakieś nie wiadomo co, pewnie nic.

Dwudziesty

Oo mój pęcherz! Musiałem sobie przeziębić pęcherz.

I zaraz wystawiony na wszelkie upokorzenia

idę, co chwila w groteskowych skurczach. Gdzie się podziać

z tym moim moczem? Skąd w ludziach tyle nienawiści?

Naukowcy ustalili, że zawartość przewodu

pokarmowego nie jest częścią mojego organizmu,

ale mocz? Nie pamiętam. Dwuznaczne. Bez mojego moczu

ileż byłbym piękniejszy. Ale tu wszędzie ludzie, wszędzie domy.

Nareszcie jakiś wiadukt porośnięty drzewami.

Wdrapuję się na górę. Pusto. Gorące powietrze

nad torami faluje całkiem jak w powieści amerykańskiej,

którą właśnie zacząłem czytać.

Dwudziesty siódmy

Ostatni wtorek sierpnia. Prezydent Lech Wałęsa

Zdecydował się wpuścić na dziedziniec Belwederu

Tłum emerytów wznoszących uwłaczające Prezydentowi okrzyki

Domagających się swoich praw czyli swoich pieniędzy.

Prezydent skierował do zebranych następujące słowa:

„Na dziedzińcu po lewej stronie wyłożona zostanie księga.

Uprzejmie proszę każdego z Państwa o wpisanie do niej

Jednego zdania najlepiej jednej linijki

Ale proszę się starać żeby zmieścić w niej dokładnie to

Z czym każdy z Państwa tu przyszedł. W ten sposób każdy będzie

Mógł się wypowiedzieć. Otrzymany w rezultacie wiersz

Zostanie Państwu głośno w mojej obecności odczytany”.

Dwudziesty ósmy

dla Paszczaka

Ile tragicznych wydarzeń! Wśród niejasnych okoliczności

Stary Carrington1 uśmiercił Araba Ahmeda.

Kryształ właśnie się dowiedziała, robi mężowi awanturę,

Po czym spada ze schodów i szczęśliwie rodzi córeczkę.

W tę z kolei (na planie metafizycznym) natychmiast wciela się

Przywołana podczas sprzeczki, bo niewątpliwie pokutująca,

Dusza zamordowanego. Na ten mahometański zastrzyk

Słabe ciałko niemowlęcia reaguje żółtaczką. Kryształ znowu w spazmach.

Kiedy już jest po wszystkim, przenoszę z kuchni do swojego pokoju

Pewną ilość kompotu, który stopniowo pochłaniam

Na przemian z prozą krytyczną Mariana Stali,

W której zawieruszone przypadkiem słowo wirydarz

Kojarzy mi się niespodziewanie z czymś bardzo przyjemnym,

Ale dopiero po chwili przypominam sobie konkretnie, z czym.

Trzydziesty

Ząb mi wyrwali. Czytam co popadnie

i biorę czopki na bólu wygnanie;

(zza ściany ognia rozległ się śpiew...), na co

we mnie: ZARĄBAĆ te śpiewaczki w ścianie...

Wcale nie z bólu. Ból właśnie przechodzi,

zresztą dość śmieszny wśród ze świata wieści

(zresztą największy w życiu). Zresztą chociaż

ja go nie czuję, wiem, że wciąż się gnieździ

w śliniankach, w dziąśle. Niewinne narządy

tak udręczyłem z potrzeby porządku

w ustach... O owce moje, zęby moje!

Już między nami nie to, co z początku...

Cóż o nich wiedzieć, jak im mogę współczuć,

kiedyż się złączyć z nimi — chyba w zgonie?

Fiolet wieczoru wtargnął zza firanek,

już żadną lampą go stąd nie wygonię...

Przypisy:

1. Carrington, Blake — bohater serialu Dynastia. [przypis edytorski]