Nikon i Leica

ona

wiatr nam urywa ogniki, uschłe

papierosy: nasze czarne czułki

palczaste. sztywne przedszkolanki

ciaśniej wiążą szaliki dziewczynkom

(plując tiktakami, detonują miętę).

nasze pueblo wygląda jak tarta:

w metrze kebabu od metra,

śródmieście śpi w siwej ściółce,

a parki i barki pracują na czas.

wszystko żyje po to, żeby być na zdjęciach,

mam rybkę w koniaku, mam mak.

i on

Latem jeździli dziewczynkom

po bransoletki, majstrowali

przy motorynkach. A w styczniu

był wieczór w przydrożnej cukierni

i noce pod niebem z kieszonkowym

indeksem nieba. Gorzej, kiedy na szosie

paliła wagony tytoniu z debilem

Jose, a on ćmił w barze najkrwawszą

Mariannę. Aż wrosła w niego jak w grudzień

bagienne sikorki w kapturkach.

Zrzuca to z siebie, jakby się otrząsał.

Stłuczony obiektyw, zeschnięta figa

przy zlewie — corpus delicti

jej improwizacji. Ładnie się zestarzał

i nadal ma gdzieś szczotkę do włosów,

która pękła, gdy wracali z gór

lamborghini pełnym rudych maków.

salto

W niedzielę znużona niedzielą,

zaprzątnięta myślą, żeby się stąd wyrwać,

uchylić cylinder smogu, by widzieć powszechne

czyste miętowe niebo wygięte jak pryzma.

Soczyste rabatki, wyczesane słońce.

Pójść za wrzawą wróbli z kluczami do aut

w płóciennych kieszeniach, z ogniem, zżyć się

z myślą, słyszeć przez poduszkę,

co w trawie piszczy i że się żyje —

nieustępliwie. Naprawdę. Grzać

w okamgnieniu, zanim pieśń

wyzionie ducha, nim piosence

ktoś przetrąci kark.

Historia prawdziwa

Od psa pochodzę a pióra

dał bażant. Chłopcy lubią z mąki

moją duszę płytką jak wydma.

W środku mam pełno pajęczyn.

Lalki bez ust są znów chudsze,

daję im zupę z ziemi i mrówki

z cukrem. Moja małpka Rita

wyniosła się z jajka skulona

jak żółtko, jak smocza wróżka.

Teraz panowie wyciągają ze mnie pieśni

przez usta. Patrzę wtedy na rzekę,

płynie w niej zsiadłe srebro i księżyc

nadstawia złamany obojczyk

pod nurt. Ziemia znów dymi jak azot.

Rano mam ślad na skórze.

nordic

biała noc: przez nią

świecę. Rośnie błyskawicznie

śmiech srebrny jak szpilka.

Wpadam w popłoch w śniegu.

Przystaw mnie do światła

i skalecz mi język. Dwie godziny

mrozu i krwawnik w lusterkach.

Tiule i ekrany styczeń w mieście wiesza.

Ruda żelaza brudzi płaszcz burberry.

Krwawnik ścięty w kałużach

jest jak pełna łąka. Kup płytę

ultrasonic to też będziesz w niebie.

Strudel dla stołu. Zapraszam do siebie.

Śmiech braci mlecznych i błękitna ślina

zrobią z nami wszystko. Połykaj. Zaczynaj.

spontan pop

Z diagnozą „wyczerpanie & wyniszczenie”

trafiłam na oddział wiosny. Kazali mi spać

to spałam. Film mi się urwał nad rzeką.

W filmie wszystko jest szare, jak w marcu.

Kochamy się na stojąco (bohater w sytuacji,

której nie rozumie). Wyszłam ze snu z przestrogą:

nie wsiadaj z obcą kobietą na sanki. To może być

królowa, Kaju. Jakby co — wiem, co robić.

Dopóki jestem miauczącym psem na twojej

krótkiej smyczy — na krzesłach w poczekalniach

lubię siadać po kimś, kto mi zliże cukier

z łyżek obojczyków. I żyć na niby, na brudno

w połowie drogi skądś dokądś. Bo lubię

ścieżki dźwiękowe, puste studia filmowe,

w których sypie się plan. Nadpobudliwość miasta

znam jak topiki w tropikach.

Kiedy do mnie mówisz, rozdaję światło

i można mną leczyć, można mną prasować,

w nagrodę mnie karze czerwony brylancik

jak dioda w ustach na Greenpoincie

więc weź mnie, weź, jestem mądra: wiem —

w Norwegii się jeździ na nartach,

w Szwajcarii jodłuje. I zabierz stąd

te grafomańskie zdjęcia cipek z Norwich.

Kiepskie książki miały jednak dopiero

nadejść (I’m afraid).

jeśli już to

Boli go głowa: płaci,

ale jest to opłata

do przyjęcia. Zażył żeń-szeń

i apap i chce, żeby mu wierzyć.

Czyta hard-kabalistów i mam

pójść z nim dzisiaj na drinka.

Jestem w szczerym polu

(w głębokiej dupie, jak głosi dystych)

jak głosi brat Łata z zakonu piśmiennych,

bo aniołem jestem tylko w dni parzyste

(wierzę ci). I to, że nie napisałam,

że cię lubię, nie znaczy, że cię nie lubię

(lubię cię). Więc jaki masz smak w ustach,

co teraz robisz i czemu nie ze mną?

I tak, chciałabym, jak mówi psalm,

włożyć ci palec w oko,

dobrać się do mięsa,

nagrać je na płytę. Do tego

(od tego) pada drobny śnieg

w polu nauki, kiedy postanawiam

zawiesić się w funkcji anioła

i jednak przespać się z tobą

w łazience i nagle nie wiem,

jak zacząć, jak przestać, jak

mówią politycy — nie ma

dobrych rozwiązań.

Cudowne zadanie aktorskie: oswoić

twoje nałogi, zostać jednym z nich.

bajka

W gminie Miękinia

namierzył ją wczoraj.

Przebierał się w zęby,

białe prześcieradła —

wtedy w nocnych bitwach

nie miała z nim szans.

Ten piękny listopad

to przeciąg w jej głowie.

Wydała mu wszystkich.

I nikt się nie dowie

jak ostre są rysy miasta,

kiedy masz rewolwer

w pluszowej kaburce.

A budzi cię strach.

cukierki z trawy

w towarzystwie dwóch nieustalonych mężczyzn

widział zator na Bródnie. Powiedział:

to dla mnie za trudne. To dla mnie za trudne.

Ze świadkiem rozstali się w gniewie. Krystian B.

w jednym z wrocławskich lokali napluł mu na plecy

i nazwał wulgarnie. Wciąż nie zbadano plamki i źdźbła

znalezionych w jeszcze ciepłej nokii.

obiady otwarte

Jawajski krajobraz w śląskim polskim mieście:

słońce zmęczone ciążami, w gorącej wodzie

kąpane — skraca czas podróży. W ogrodzie

za domem kółko różańcowe. Duch

whisky duszkiem pitej o poranku

tygodniami krąży nad sadzawką. I światła

nad Zaolziańską jak trio kolorowych papug.

Smużki mrówek, księżyc w bibułce i bajki

muzyczne (muzykę gamelanów opisywano mi

jako kling-klang ding-dong). Jak na Jawie: walka

z przeciągami, ciągłe zmaganie się z ziemią.

Tyle traci się czasu, jeśli się nie zna języka.

Moje włosy pachną prażonym cukrem,

kiedy zbliżasz się zabobonnym krokiem.

śnieg

kiść zapalniczek

grzechocze ci w spodniach

jak garść cukierków ślazowych.

W oknach pomyka żółta animacja

i cisy się cisną na wizję roziglone

wżarte w śnieg murzynki.

Jest wigilia, idziemy porzucać do kosza

na topniejącym śniegu grać do upadłego

aż nam zadymi z czapek i obłoczki pary

urosną na okularach. Twoje rumiane policzki,

jakbyś najadł się głogu. Kałuże strzaskane lodem,

pobite gary, jak potłuczone gwiazdy na rykowisku.

I już za chwilę przecierki chmur, warkoczyk błota

na okularach, kiedy idziemy przez grudzień,

a śnieg rośnie nam w ustach jak żelki.

To przyzwoity początek. Czysta wiedza

na temat nieznanego lądu i jego sposobów

jest wartością pożądaną, ekstra.

Na razie wysyłamy sobie ciepłe ognie. Chociaż

można się ciebie bać: bo co mi zrobisz,

jak mnie złapiesz i kto ci się oprze?

Śnieg to aspartam, kiedy mnie nacierasz

aż światła kucają i świat staje dęba.

Nie myśl, że niczego nie napisałam

po tej wybuchowej środzie, po której

omal nie skończyliśmy w łóżku,

a na pewno najedliśmy się śniegu,

i księżyc — ta zapłakana małpa —

zwyczajnie nas wygwizdał, zaś miasto

pełgało w oddali jak chatka

z białych kafli. Ty, nie przeginaj.

Jestem w szczerym polu. Opuszki

twoich palców zachwyciły mnie,

jak mówi psalm. Jeśli chcesz wiedzieć

który — pocałuj mnie.

pokój

Zamieszkała wreszcie.

„Na poważnie”. Zamieszkała

w pokoju pełnym żółtych książek.

Prowadzi życie z całą dostojnością

„życia”. Robaczki z książek

wchodzą jej we włosy.

To jest odpowiednie dla niej

towarzystwo. Czasem

stacjonują w parczku białowieskim.

Czasem okno otrząśnie się z deszczu

jak wielbłąd: to miejsce

od którego znów liczy się czas.

fleszmob

Zaśpijmy dzisiaj — będzie fajnie.

Zaśpijmy specjalnie. Udajmy

gorączkę, udajmy malarię.

Olejmy awizo, zignorujmy

dzwonki, grajmy zaginionych,

tylko troszkę martwych.

Zaśpijmy zupełnie

dzień dniem bez nas zróbmy.

Bez nas się obejdą

te ważne spotkania, te straszne wypadki.

Zaśpijmy dzisiaj, nie mówmy już nic.

evergreen

Kaskaderka trzyma w ustach szpilki,

którymi spina krawaty storczyków,

bałagan róż. Kiedy wstążki trzęsą się

przy jej pasku, jak kobra i febra, a paproć

jak pies łasi się do stóp i wszystkie przeciwko niej

róże narażone na pośpiech klientów.

Myślę o jej muślinowych kolanach.

Założę się, że nocą wciera płatki w obojczyk,

że ma między piersiami storczyk

ostry jak pitbull, bo od teraz obowiązuje

poetyka suspensu. Bo nagle postanawia

pójść do łóżka z młodą polską prozą

i usłyszeć jak wymawiam „Seamus Heaney”

(a ja przypominam: anioły nie miauczą).

Od dziś ma sukienkę w grzybki atomowe.

I cierpki zapalnik zaraz pod językiem.

miłość to, miłość tamto

Do słowa koniec

nie pasuje przymiotnik

szczęśliwy. Do słowa

koniec nie pasuje

żaden przymiotnik.

W grę wchodzi kolosalna kasa.

Ja nie wierzę w wiedeńskie kawiarnie

Gotów jest zmienić się dla mnie

w młodą polską prozę.

Więcej poruszenia

wywołuje Magic Mouse.

każdy ma swoje pięć minut

Lato wstrzymało oddech.

Na szosach kurz, wszystko

w puszystych sweterkach.

Niestrawione przez miasto dziewczyny

wyplute na autostrady. Słońce

im serdecznie przysparza lekkości.

Nagle są gwiazdami na szosie —

ksenony po nich błyskają jak flesze

obsadzając w rolach o jakich nie śniły.

Orzeszek w leszczynach

w środku jak ziemniaczek

trzcinowo-próchniowy.

Saszetka-kondomka

z mleczkiem avocado. Niewyczerpane

zasoby ciepła. I nikt się nie dowie

że umie robić galaretkę z pigwy,

ma włosy miękkie jak biszkopt

i lubi piesze wycieczki.

cyt

Nomen omen Pustków Wilczkowski,

gdzie na Placu Wariatów kradłeś mandarynki,

zrozumiałam, że Bauman jest Bogiem,

a kremówka z Wadowic

uzyskała status cudownego ciastka.

Zanim dzieci z główkami czarnymi jak śliwka

częstowały nas mączką kostną —

umieraliśmy w kakofonii krużganków.

Twoje oczy połyskiwały jak czarny bez

w laboratoriach in vitro.

Finiszujemy pod opieką policji,

postulując powrót do ciała, bo szpilki

w torebce aż miauczą, żeby je ubrać.

Ta sukienka jak złoże werniksu

przegląda się w czterdziestokaratowym

uśmiechu. Jak ty to robisz?!

— Dieta niełączenia. Zmyłki rzeki,

kiedy boksuje piach i tli się.

lub marsz jamników