Nochal czarodziej

W każdym miasteczku jest górka niewielka,

na górce z trawnika wystaje muszelka.

Trzeba ją nacisnąć, mlasnąć głośno w buzi,

to się czarodzieja z podziemi obudzi.

Każde miasteczko, nawet to maleńkie,

ma czarodzieja i taką muszelkę,

lecz rzadko czarodziej jest miły i gładki,

nie każdy psy karmi i podlewa kwiatki.

Niejeden wciąż stęka, jękoli, marudzi,

ssie palec i ćwierka, co noc budzi ludzi,

ciągle parska, pluje i rozsiewa śmieci,

szczęśliwy, gdy nieco na dzieci naleci.

Śmierdzi miksturą jak szczurzy rosołek,

w którym się mieści spleśniały tobołek,

pomidor sprzed roku i glucior kapusty,

dwie glisty, jęk kota i serce langusty.

Z uszu mu wystają rudawe szczeciny,

na brodzie zawiesił dwie kropelki śliny,

z paluchów mu kapie śliska maź wodnista.

Kolejną miksturę wyciągnął z kanistra

i wlał do pułapki: — To uśpi w mig dziecię!

Po całej zadymie wiaterek zamiecie.

I nie wyśledzi mnie nawet pies Bonda,

co szwenda się wszędzie i wilkiem spogląda.

Pan ten na cmentarzu posila się cieniem,

wzdycha tam z duchami, sycąc się wspomnieniem.

Czasem je żołędzie i świńskie ogony,

kiedy już dojrzeją na kolor zielony.

W gabinecie cieni ma czarodziej lustro,

w którym na co dzień jest zupełnie pusto.

Za to nocą z lustra wylatują zjawy,

by patrolować ulice Warszawy.

Bo nocą czarodziej jest nieco niemrawy,

więc zjawy zań zwykłe załatwiają sprawy.

Nocą jest zmęczony, bowiem w dzień się trudzi

multimedialnym nawiedzaniem ludzi.

Ma garb dinozaura, specyfik dość drogi,

który nawet kamień postawi na nogi.

Wywar z pięciu węży, co smoka zwycięży,

mała ptasia kupka, co ożywi trupka.

Ten to mag nasz postrzelony

nie miał babci, dziadka, żony,

Lecz miał wielką tajemnicę:

Gdy nadchodził chłodny styczeń,

ssanie dziwne czuł w żołądku,

słabe tylko na początku.

Potem groźne, straszne ssanie

na bajeczki, na bajanie.

Nochal wrednie wył bez bajki,

wzdłuż i wszerz szły po nim ciarki.

Krosta rosła mu na nosie,

wypadało cenne włosie.

Kochał bajki, wielbił baśnie.

On bez baśni już nie zaśnie!

Ktoś mu musi snuć żarciki,

opowieści i senniki!

W ubikacji miał kłopoty,

nie mógł wziąć się do roboty.

Ciągle robił z igły widły!

Wreszcie... czary mu wystygły.

Wściekł się: — Dziecko capnę w biegu,

niech mi o Królowej Śniegu

baśń opowie! Zasnę smacznie,

dzień już lepiej mi się zacznie.

Zniknął Bartek, Kasia, Czesiek,

Marcin, Kubuś, Lilka, Grzesiek.

Szuka ich straż miejska cała,

straż pożarna przyjechała,

wkrótce od łez wojewody

znów się podniósł poziom wody.

Co się stało?! Szewc napruty

przemalował wszystkie buty.

Tato wyprał kota w pralce,

mamie wyszedł tort z zakalcem.

Śmieciarz zeżarł swoje śmieci.

Wszyscy wrzeszczą: — Gdzie są dzieci?!

A tymczasem tuż za górką

raźno się zabawia chmurką

magik Nochal. Dzieci z parków

wykradł, z łóżek, zakamarków,

i umieścił w zamku swoim.

A gdy oczka zmrużą tylko,

zaraz budzi je i poi

nabajkową witaminką.

I choć głodni są okrutnie

Tomki, Romki, Basie, Majki,

to próbuje z nich czarodziej

powyciskać wszystkie bajki.

Aż pewnego razu blisko

zamku jedzie rowerzysko.

Siedzi na nim mały Miłosz,

bardzo silne chłopaczysko.

Miłosz patrzy: — Piękna góra!

Zjadę szybko i dam nura

w trawę. Nagle zerka: — Co to?

Muszla jakaś. Czy to Sopot?

Wciska muszlę, mlaska w buzi —

właz otwiera się nieduży.

Miłosz włazi w głąb z latarką.

Dziwne miejsce — śmierdzi siarką.

Nagle słyszy jęki, płacze.

Myśli: Co ja tam zobaczę!

Widzi dzieci, w klatkach wiszą,

ale dzieci go nie słyszą.

Bajki mówią i śpiewają,

ze zmęczenia się jąkają.

A czarodziej cieszy gębę:

— Bezsenności się pozbędę!

Miłosz wie już, co się dzieje.

Szybko biegnie po rowerek

i na chatę pędem leci.

W domu bajki ma dla dzieci.

Bierze książek plecak cały,

znów naciska na pedały.

Wleźć do jamy się ośmiela

i mówi do czarodzieja:

— Tu mam bajki, książki, żarty,

plecak mój jest wiele warty.

Możesz czytać ile wlezie,

ale drogi mój sąsiedzie,

wypuść dzieci, bardzo proszę,

bo opryszków ja nie znoszę.

Na bezsenność masz lekarstwo.

Opuszczamy to cesarstwo.

Nochal tylko nos zadziera:

— Zmykaj, pikuś! Będę teraz

spał jak suseł. Zmykaj szybko!

Czarnym okiem groźnie łypnął

i pazury swe otworzył

niczym zestaw ciętych noży.

A tuż przy nim sterczy groźny

sługus — kurczak czworonożny.

Stroszy pióra! Nagle z pyska

maź ognista gęsto tryska.

A pod skrzydłem ma psikawę:

— nią Miłosza podziurawię.

Ale Miłosz, cwaniak mały,

w zbroję się uzbraja cały.

Jego bronią jest śmiech dziki,

krówki twarde jak kamyki

i pokrzywa, którą miota,

wielka jest jak hipopotam.

Tego Nochal znieść nie może.

Jęcząc, woła: — Ty potworze!

I rozkaz wydaje słudze:

— Wypuść dzieci, nim się wkurzę!

A Miłosz przemawia szybko:

— Słuchaj, Nochal, moja rybko:

Na bezsenność masz książeczki

zerknij tyko do mej teczki.

W teczce pełga bajka, wierszyk.

Dzieci z z klatek raźno zeszły.

A w nagrodę za więzienie

Nochal sprawił im odzienie

z pyłu wróżek, skóry węża.

W tym odzieniu się zwycięża

sny niedobre, kwas z owoców

i szorstkość niemiłych koców.

Smak brukselki, ość w mintaju,

muchomory w mokrym gaju.

Tak cudownie uzdrowiony

Nochal szybko szukał żony.

Lecz warunek miał malusi:

żona świetnie czytać musi.

Od tej pory wieczorami

w małej górce pod lampami

siedzi sobie czarownica

i Nochala wciąż zachwyca

bajeczkami z książek wielu

i już marzy o weselu.

Dzieci zaś wchodzą na górkę,

by z niej zjeżdżać zimą ciurkiem.