Posłowie

Niedługo można żyć z jednym słowem w ustach.

Nawet na poligonie lub w trakcie bankietu

kiedy wiatr przyniesie złomki głuchych rytmów

sierżant i orkiestra zagłębią się w sobie

nie pojąwszy melodii w czymś, co niby echo

wibracji strun — włókien świata — tak ich niepokoi.

Tę muzykę z wnętrza ziemi czują też kobiety

odarte z odzieży na śniegu lub w altanach

gdy sekundę przed gwałtem omiatają myślą

inicjał miłości na końcu lunety. Ludzie,

o których mówię, odchodzą z pustymi rękami

zwięźli niby supły na pięciolinii napięcia,

odurzeni przez deszcz, co zniewala, by mówić

zawsze chcieli żyć z jednym słowem na ustach.