Wiersz dla Oberona

Rozwinąć wrażliwość na te nagłe

skupiska znaczeń w mętnej strudze

zdarzeń: zapisz, to praca domowa.

Starorzecza, rowy irygacyjne, panika

chmur, liliowych przed burzą, młodzież

z Czantorii, wioski, która ma niezłą

łunę w nocy, może ciut za światową.

Dokazują wieczorami, łowiąc małe rybki

w oczkach pozostawionych przez rzekę

na polu: spinning, żaki, sznury.

Chociaż lato nie znęci w nas słońca.

Błyszcz słońca nie złapie w nas lata.

Potrzebne mi są twoje oczy. We wtorek

mieliśmy zielsko w śrubie, w środę

poszedł klin. Nazajutrz przyrumienione żeberka

chmur, a w piątek „co to, to nie”,

rzekł księżyc i wszedł na nieboskłon.

Cuda. Siwe deszcze. Rejterada liści.

Przyszedł wiatr i łódź zanurzyła się w trzciny.

Ustał wiatr i z trzcin wyfrunęły komary —

bierze chętka, żeby się zaszyć w głąb koi

pod koce, albo stać na pokładzie

z głową w chmurach.

I widzisz: my, ludzie, po stokroć będziemy

grali w te proste sprawy, których miłość

nie umiała załatwić. Np. rzeki

dążą do coraz większej prostoty;

nie musisz wyciągać żadnych wniosków.

A poza tym, po staremu: łabędzie

żebrzą o chleb i burze mkną jedna za drugą.

Dni niby wygrane na niemych klawiszach

usychają sznurami jak grzyby pod piecem.

A czasem jak elfy pod zielony wieczór

na twardych, piaszczystych łąkach nadnarwiańskich

pośród świeczek jałowca lub gdzieś pod Uranem —

Oberon, Oberon. Pora iść na spacer.

Poszedłeś na spacer w pole gwiazd.

Sieć gwiazd ma za duże oka.