Życie na Korei

Latem 1987

A było tak, że twoja śmierć usiadła w moim cieniu,

żeby się o mnie oprzeć, odetchnąć moimi myślami.

Zerwałem się z miejsca, szukałem słońca w zenicie.

Uzbroiłem się po zęby w humor i witaminy.

Wzruszyłem ramionami i strząsnąłem duszę,

zerwałem czarny bandaż, czarną łunę z pamięci.

Dodałaś mi polotu. Jadłem owoce garściami.

Mikroelementy stanęły na straży komórek.

Szybko, celowo chodziłem, od sprawy do sprawy,

wskoczyłem nawet w ślub nucąc epitalamia.

Zacząłem nawet ćwiczyć: biegi, pompki, sprężyny —

i żadnych nadużyć na niewczesny umór.

To dni były na umór, a każdy sen wściekły

po aurze przywidzeń i zawrocie zmysłów

jak wielki napad na powierzchnię ziemi,

kołatanie ciała, żeby wejść w zimową kwaterę.

I goniłem w piętkę, traciłem wysokość,

gubiłem krok i miarę, i traciłem oddech —

zgubna poriomania, szalone podróże —

nie z Bordeaux do Nűrtingen, ale zawsze.

Ziemia pod stopami wszędzie taka miękka —

czułem, że stopy grzęzną w niej po kostki.

A w nocy — łóżko było jak zapadnia

i bez szmeru usuwało się spod ciała.

Później luki w pamięci, zapatrzenia w okno —

tam mała dziewczynka w bloku naprzeciwko

uśmiecha się z żyletką pomiędzy zębami.

Myślę o jej chłodnych pocałunkach.

Biebrza, Czerwone Bagno

Potrzeba dobrodziejstw: krótkie dni,

wartkie lata, kiedy życie wieczorem

wypada z torów języka i przystaje nieme

u naszych stóp, łasi się i je z ręki,

są do niczego. To tylko nerwy, mówisz,

a wokół szaleją bladolice burze

jak błyszczące ekrany.

Wychylić się przez okno, powiewając

białą chustką na piorunochronie?

Albo wycieczki, też coś, np. słynna wieś

lecz cóż znowu? Wieś

kaput. To już ostateczność, mówisz,

usiąść nad Biebrzą i moczyć kij w wodzie,

z butelką zamiast haczyka.

Przez całą drogę śpiewaliśmy psalmy.

Twój przegląd tamtych dni na palcach

jednej ręki, ile ci wyszło? Spójrz,

tęcze rosną w czterech rogach świata

kiedy wchodzimy lekko lewa prawa

w błękitne przestrzenie ozonu.

Nasze uśmiechy lecą w złote tło wieczoru,

nasze rozkazy śpią pod kopertami zegarków.

Płoniemy cicho jak torf.

Czas i pieniądz

Dzień stanął w mglistym cieple

Pisk dzieci w żeliwnej wodzie

Zgrzyt rozochoconych łóżek w suchych portach

Przeglądamy się w krótkich kałużach

Z rogami lamp na czubkach głów

Nasze pocałunki fruwają jak chude nietoperze

I każdy idzie w stronę swoich oczu

Kocich gwiazdek na księżycowych tarczach

Albo kryształków rosy na pajęczynach

Iluzja pościgu powstaje trochę później

Kiedy nuda kładzie sztuczne światło na szarzejącym mózgu

I zegar poklepuje po ramieniu

A sekundy są jak szeregowi szpicle

O nogach migocących jak tłum złotówek

Czy jednak można nas o coś oskarżyć

O życie bez większego wysiłku

Dwa trzy tygodnie w tym samym kolorze

Rozdania bez znaczenia

Kiedy rozkładasz się pod obcym dachem

Skrupuły smakują jak opłatek

Lata posiłków w milczeniu i napięciu

Po słabnący uścisk sumienia na gardle

I zamierający wiatr z piątej pieśni piekła

I to że musimy zadawać sobie ból

Żeby wszystko szło śpiewająco

Rozmowa na wycieczce

Tyle tu stokrotek, zawilców, niezapominajek —

spróbuj zapamiętać, gdy śpiew znad horyzontu

ściera zmarszczki z czoła i kołysze pamięć

przed dryfem umysłu w słabym prądzie nocy.

Bo sny dosłowne jak świerszczyk zostały daleko,

gdzie płacz rewolucjonisty nad Heglem.

Ale kiedy to było? Kiedyś na każdym kroku

cios obuchem sensu, dziś tylko niuanse,

związki między kometą i wielorybami

w nurcie Sacramento, akwenach Alaski.

I sny raczej misterne, w których ona pragnie

pójść do spowiedzi, a ksiądz na to: „Szaleństwo —

jeżeli popełnisz drogocenny błąd

może się narodzi nowe społeczeństwo”.

Wydoroślałe jak Bóg w nawiasie ekologii

te sny, te marzenia wpierw kończą na bruku,

a potem pod mostem i na samym dnie.

Jak opłatek dzielimy los tych wielorybów.

Czyżby? Kiedy świat niby luźna twarz

powoli zastyga wokół czyjegoś uśmiechu?

Spacer przed siebie

Czy zasłużyłeś na górnolotną fikcję

tego życia bez faktów, ten wszędobylski sens?

O zmroku megafony wydają sekrety,

słowa gór ponad które nie wybiega słońce

i w rosnącym szumie nasłuchujesz orkiestry

karnawałowych festynów: żonglerzy i pajace

ruszają w arterie, dzwonki i czynele

brzęczą jak obłok jednodniowych muszek.

I serce robi w tył zwrot, i rozum idzie w rozsypkę,

kiedy świat ciemnieje w oczach, a one pierzchają

stropione, tulą się pod powieki albo chowają

pod krzaczkami brwi, bo mają dość już, dość.

Kiedy więc przestanę upadać w te światy?

Kiedy spuścisz z tonu i zaczniesz prząść cienko,

kiedy spróbujesz ułomnych pejzaży, kątem oka

spojrzysz, zbierzesz skrawki przydrożnych spraw,

znajdziesz punkt i z punktu zdejmiesz przyrodę

ze stanowiska. A potem na spacer

z kieszeniami pełnymi forsy i wonnych chusteczek

na wszelki wypadek. I wchodzisz w wieczór

jak w strzelistą aleję, w ciemności powietrze

gęstnieje od widm: ich głosy pulsują

niby rechot żab, wysoki hymn komarów.

Życie na Korei1

Może już czas powołać się na szczęście,

może nie przyprą cię do muru, może nie staniesz

oniemiały z ustami spiętymi wstydem gęsto

tłumacząc się z anachronizmu. Tylko pomyśl:

twoje prędkie słowa są znowu przeczuciem

upalnych żniw i tego zachwytu o zmierzchu,

kiedy ruszają tańce, oszołamiające

antycypacje tych zdawkowych miłostek

orzeźwiających jak cierpkie jabłuszko,

które zrywasz od niechcenia, przechodząc przez sad,

nadgryzasz i odrzucasz. I życie jest tak nagle

rozkosznym przeciąganiem się, protekcjonalnym

ziewnięciem do słońca: już tu jesteś

staruszku? I wy, kochane ptaszyska?

Tak. Proponuję obrządek i pacierz,

i martwię się. Oby ci się udało,

obyś nie zemdlał na szynach, na których dni

grzmią w błyszczących sleepingach,

a noce stoją w wagonach towarowych

pod sygnałem. Rozum troszeczkę przysypia,

zmysły zajmują kolejkę i znów biorą mnie

bardzo piękne sprawy: jabłka, woda, mleko,

przeczyste powietrze. A kiedy pojmiesz,

że na ten czy inny kwadrans absolutnie

nie zasłużyłeś, będziesz mógł się napić,

pogruchotać sobie świat i nareszcie

zreflektować się.

Wiersz dla twojej córki

Mylisz się, kiedy myślisz, że nie zboczę z kursu,

jeśli przez kurs rozumiesz dryl dnia i sen kamienia,

bo czyjeś oczy odczepią czółno snu od brzegu

i ocknę się w trzcinach lub na pełnym morzu.

Mam dryg do takich rzeczy. Rzeka

jest naturalnie bez powrotu i jeżeli rano

siądę jak rozmarzony osioł na brzegu morza, czekając

na misteria, to dlatego, że mnie poniosło,

to przez ten boczny dryf.

Dziś w nocy znowu zakochałem się w twojej córce,

choć nie widziałem jej od czterech lat. Przez sen

nazywałem ją siostrą, ale gdzie tu logika i sens?

W żeglarskim kapeluszu z czerwonego plastiku

stała na brzegu rzeki, a wokół snuły się koty

o źrenicach jak zielone tarcze zegarków — rykoszet

myśli o czasie, różnicy lat, która nas dzieli.

Mam dość wyrzutów czasu ścigających mnie przez sen.

Ale mam też powód do nieukrywanej radości, że ona

nie jest moją córką, a ty moją żoną, ani siostrą

(ty byłabyś matką), etc. Wszystko jest fizycznie

niemożliwe. Albo i nie. Cóż, może innym razem

obudzę się na skałach.

Milenium

Już jest milenium. Już zawsze i wszędzie

pochody dziewcząt w bieli i chłopców w błękitach

przez złote miasta uśmiechnięte do pustego nieba.

Siódmego dnia deszcz ustał, powstały kolejki.

Szare chmury opadły jak muzyczna tapeta.

W ulewie piosenek stojąc tuż za tobą,

obserwując ludzi splecionych w sznury haseł

zastanawiam się, czy rzeczywiście stoimy jedynie

po łut szczęścia, po los pocięty na tysiące

kolorowych kartoników, pewnie całkiem na niby

jak szyldy „Alleluja” na blokach oraz transparenty

proklamujące radość i dożynki sensu. A ty?

„Jak ci Indianie senni wśród posągów,

zaspani na tarasach zarośniętych świątyń,

odkrywamy w błysku flesza, że historia to spektakl,

diamentowy pył na butach świetnego aktora”.

Tyle ona. I już ani słowa więcej, nic,

żadnego pytania co robić w tych nowych warunkach,

żadnej prośby o ekspertyzę. Bo wszyscy

spodziewają się nieprzyzwoitości, jakiegoś „pomyśleć

i umrzeć”, albo odmiany przez zmysły, przez wszystkie

czy i w czym i z kim i co. Więc owszem, leć

pierwszym samolotem na Berdyczów lub Barwistan —

tam się spotkamy.

Jesień

Oni też przekraczają miarę, burmistrz i elita,

przysyłając listy pełne świetnych ofert

życia tak zawrotnego, że blask na peronach

gra jak pozytywka i ktoś parska śmiechem

kiedy wiatr podrzuca liście i odsłania krew,

którą skryło złoto jesieni. I chce się płakać,

bo cierpimy oszczędnie pośród znacznych ofiar.

Ale ktoś komuś tłumaczy, że żyje zachłannie,

przeskakując z nocy w pospieszne poranki,

a ktoś tłumi skowyt, wkładając wieczorem

ironiczny uśmiech jak dwurzędowy garnitur.

I tylko jesienią zdołasz poznać ideoplastykę

snu, co wyrasta na zboczach powietrza:

in girum imus nocte et consumimur igni2

(w koło idziemy nocą i trawi nas ogień).

Posłowie

Niedługo można żyć z jednym słowem w ustach.

Nawet na poligonie lub w trakcie bankietu

kiedy wiatr przyniesie złomki głuchych rytmów

sierżant i orkiestra zagłębią się w sobie

nie pojąwszy melodii w czymś, co niby echo

wibracji strun — włókien świata — tak ich niepokoi.

Tę muzykę z wnętrza ziemi czują też kobiety

odarte z odzieży na śniegu lub w altanach

gdy sekundę przed gwałtem omiatają myślą

inicjał miłości na końcu lunety. Ludzie,

o których mówię, odchodzą z pustymi rękami

zwięźli niby supły na pięciolinii napięcia,

odurzeni przez deszcz, co zniewala, by mówić

zawsze chcieli żyć z jednym słowem na ustach.

Wiersz dla Oberona

Rozwinąć wrażliwość na te nagłe

skupiska znaczeń w mętnej strudze

zdarzeń: zapisz, to praca domowa.

Starorzecza, rowy irygacyjne, panika

chmur, liliowych przed burzą, młodzież

z Czantorii, wioski, która ma niezłą

łunę w nocy, może ciut za światową.

Dokazują wieczorami, łowiąc małe rybki

w oczkach pozostawionych przez rzekę

na polu: spinning, żaki, sznury.

Chociaż lato nie znęci w nas słońca.

Błyszcz słońca nie złapie w nas lata.

Potrzebne mi są twoje oczy. We wtorek

mieliśmy zielsko w śrubie, w środę

poszedł klin. Nazajutrz przyrumienione żeberka

chmur, a w piątek „co to, to nie”,

rzekł księżyc i wszedł na nieboskłon.

Cuda. Siwe deszcze. Rejterada liści.

Przyszedł wiatr i łódź zanurzyła się w trzciny.

Ustał wiatr i z trzcin wyfrunęły komary —

bierze chętka, żeby się zaszyć w głąb koi

pod koce, albo stać na pokładzie

z głową w chmurach.

I widzisz: my, ludzie, po stokroć będziemy

grali w te proste sprawy, których miłość

nie umiała załatwić. Np. rzeki

dążą do coraz większej prostoty;

nie musisz wyciągać żadnych wniosków.

A poza tym, po staremu: łabędzie

żebrzą o chleb i burze mkną jedna za drugą.

Dni niby wygrane na niemych klawiszach

usychają sznurami jak grzyby pod piecem.

A czasem jak elfy pod zielony wieczór

na twardych, piaszczystych łąkach nadnarwiańskich

pośród świeczek jałowca lub gdzieś pod Uranem —

Oberon, Oberon. Pora iść na spacer.

Poszedłeś na spacer w pole gwiazd.

Sieć gwiazd ma za duże oka.

Śmierć człowieka nieuformowanego

Jest twoja: po prostu uśmiechnij się

do potrzeby uproszczeń, zatrzymaj ciało

poruszając duszę, bo ten zawrót głowy

jest inny niż kiedyś: nie ciężkie sny zimy

jak loty narciarskie na mamuciej skoczni

ani impet wiosny: raca, szarfa tancerki

strzelająca w mrok, po której sunąłeś

niby po zjeżdżalni wprost w baseny lata.

Jak długo można wędrować po linie?

Boksujesz się z cieniem i po silnym ciosie

lecisz koziołkując w przestrzeń międzygwiezdną —

szept świata za tobą jak zdyszana lawina.

I odpadasz od spraw, co poczniesz bez spraw

sam jak palec na lodzie? Nasza mowa brzmiała

„tak, tak” w dobrych chwilach, a gdy było gorzej

„cokolwiek, gdziekolwiek”. I jest coraz gorzej:

przesiadujesz w kurzu przy podmiejskim murze,

podrzucając kamyki jak zbędny zalotnik,

patrzysz w czyste niebo, wspominając chmury,

nawałnice dawnych spraw i gromkich sensów.

A nocą twoje światło ściąga świat i nic —

tylko pukanie ćmy w szybę i świerszcz

jakby ktoś stąpał w butach z klamerkami.

Chciałbym paść ofiarą dowolnej intrygi.

Esej o chmurach

Fragmenty obcych światów i te znane światy

w epizodach obłoków, co uczą bierności i

wrażliwość na szczegół: „zapach słoni po deszczu”,

cienie chmur i woń światła na mokrych źdźbłach trawy,

mądra, dziecięca radość skryta we wzruszeniu,

z jakim podsłuchałeś piękne, obce nazwy,

góra Hancock, Wahiti Rangers, miejsca objawień?

„Powinniśmy naszej mowie nadać obce brzmienie —

ludzi olśniewa to, co przybywa z daleka”.

A kiedy w letni ranek pijesz piwo w barze

i cieszysz się, że są tęgie beczki, grube kufle

strzelające w blat, błyszczące pipy i mistrzowie

nalewania, i piana, którą można kroić żyletką

lub zdmuchnąć jak obłok dmuchawca —

pomyśl o chmurach, podnieś wzrok i długo

patrz w chmury, aż zakołysze się świat.

„Jaki będzie miał smak ten nowiutki świat?”

Uderza do głowy jak piwo w upalny dzień.

Gorycz, słodycz, gorycz i ulga radości

jakbyś słońce jak akron zażył i gardło wyleczył

spuchnięte od nadmiaru oczywistych kwestii —

precz od wszystkich słońc, a zostają chmury,

wstęgi, kłęby pary i formy powietrza

o ruchu tak pozornym i zawsze w milczeniu,

najpierw światło i wiatr, a potem koniecznie obłoki

nie jako dekoracja lecz proste przesłanie.

Chmura przyszła mi na myśl i zaćmiła grzechy.

Oko musi porzucić ostre kontury rzeczy

i spocząć w wiedzy przestronnej, oddechu obłoków.

„Trzy dni brnęliśmy przez gęste opary,

szron kleił oczy i mroził oddechy,

choć słońce stało tuż za ścianą bieli.

Szliśmy po grani, a potem po tęczy

niby na nartach wprost na łeb na szyję

przez strugi blasku zjeżdżaliśmy chyżo

w szyby powietrza, by upaść za chwilę

w kołdry ze śniegu, co kaleczą ręce.

«Poznaj fizykę tych kopalni wiatru»,

rzekł Mistrz, wylazłszy spod białego puchu,

«wszak każda rzecz ma miarę, liczbę, wagę.

Kropelki wody i kryształki lodu,

zmrożenie pary i jej kondensacja,

wślizg mgły ku niebu, oto tajemnica

wielkich pejzaży sadów troposfery.

Stratus, Cirrus, Nimbus są niby owoce

i tłusty Cumulus plus modyfikacje,

Cumulonimbus albo Cirrostratus.

Innymi słowy: kłębiaste, pierzaste,

brzemienne deszczem lub złożone z warstw,

wysokie, niskie, jak góry lodowe,

ślubne welony lub ławice ryb.

Lecz strzeż się gry kształtów i zwodniczych barw,

aby twój umysł nie był jako chmura

lub gwiezdny pył z głębi stratosfery —

obłok świecący bądź iryzujący.

Wspomnij Hamleta: niejednego chmury

zwiodły z drogi na dzikie manowce»”.

Jako pierwszy Luke Howard ponazywał chmury,

Goethe, Dahl, Constable przejęli naukę,

lekkomyślny Forster badał je w balonie,

Thomas Ignatius Maria, wydawca Katulla.

A wcześniej wielcy Francuzi, Deluc i Bertholon.

Goethe prosił Prellera o szkice obłoków

i mówił w Marienbadzie: „chcę poznać ruch myśli”.

Gilbert White pisał „Natural History of Selborne”.

Constable darzył uczuciem błogie peryferie

i tak to się zaczęło, od bylejakości —

„moja sztuka znajdzie temat pod każdym

żywopłotem”, żyję w sąsiedztwie chmur,

oswajam obłoki. „Wiele nieb zrobiłem

i świetlnych efektów”, bo czym innym ziemia

jeśli nie podstawą, marginesem tej rzeźby,

niewielkim ułamkiem — 7/8 to chmury, czubki drzew

i chmury, wąski pas ziemi na dole

a reszta to chmury. Malował wibracje powietrza,

aby ćwiczyć pamięć, rozwieszał ptaki w obłokach,

aby ocalić znaczenia, a przecież mówiono w Paryżu,

że jego obrazy „nie znaczą”, w Anglii,

że są „bez duszy”. Naprawdę są bez duszy —

naukowe, przypadkowe, oschłe prezentacje

bez krztyny ludzkiej treści, w nieznanym języku,

percepcje bez refleksji i przesądu nastroju —

nie są konkluzją konkluzji, ale ciągiem wrażeń,

inspiracja, medium, efekt łączą się w jednym obrazie

w chwilowym bezruchu, w arbitralnych ramach,

które wystarczy odjąć, by chmury ruszyły na przełaj

i rozniosły ten świat. Słaniał się z pożądania.

„Zerwać zasłonę zażyłości z rzeczy, obnażyć

ich piękną obcość i odmienność — te srebrne chmury —

aż nie mogę pisać — jak często wzdycham,

pragnąc ich białej ciszy i czułej procesji dni

jak marszu obłoków, bo chodzi o jakość dni,

ojakość pogody ducha”. Bywają lżejsze niż cień,

wątlejsze niż mgiełka na lustrze. „W południe

błyszczące chmury pełne deszczu i gradu

smagają biczami cienia lasy, łąki, wzgórza,

wyostrzają zieleń i żółtości”. Czy chciał namalować

historię naszego klimatu? „5 września o 10 rano, 1822,

bystry wiatr ze wschodu — bardzo jasne chmury

mkną tuż nad ziemią i te groźne kłaczki

zwane przez żeglarzy złymi zwiastunami. Coś

wisi w powietrzu. Uwagi o chmurach

złożę w spójny wykład: wygłoszę go w Hampstead

latem przyszłego roku”. Niestety, tekst odczytu

gdzieś się zawieruszył.

Przyszłość szumi spiętrzona przed pustką jakiegoś dzisiaj,

formacje chmur na niebie jak boskie graffiti

zwiastują jakieś jutro boskiej meteorologii. Nasza gnoza

zaczyna nabierać rumieńców — jedna, dwie idee —

pies, przewodnik, laska — wystarczą, by obrać kurs

i to jeszcze jaki. Wiesz już teraz, Constable?

Kurs zupełnie dowolny poprzez kontemplacje

chmuroobrazów wiedzy, bo po geologii,

po archeologii i po filologii meteorologia

bierze górę — bujamy w obłokach. Spójrz

jak dryfujemy w stronę nowej ery,

niektórzy idą tyłem, inni mrużą oczy i nikt

dobrze nie widzi, ale słońce rośnie

aurą, łuną blasku obcy smak nadając

rzeczom i uczuciom, zwłaszcza nadużyciom

tej nowej radości, której przykazaniem:

nie dramatyzuj chmur, wszak grecka tragedia

nie ma nic wspólnego z tym hedonistycznym kaprysem

niebieskich migdałów, obłoków — piosenki pękają jak race,

fajerwerki, błyskawice, barwne odłamki wzruszeń

pełgają nocami po niebie na przyszłą pogodę.

I chyba można wreszcie usiąść przed telewizorem

z ulgą zamknąwszy książkę lub patrzeć przez okno

z czułym zrozumieniem, albo iść do pracy,

napić się z kolegą, pójść na festyn, słowem,

zamknąć sprawy, oddać się komuś dla hecy,

krawat mieć ślicznie zapięty i wszystko

wedle pozorów tłumaczyć, nie ceniąc niczego,

co nie jest przyjemne. Ciało

to ostatnia przykrość, od czasu do czasu, uwikłane

w algebrę potrzeb niby wieczny uczeń

dalej w podstawówce, choć dorosła dusza

przestudiowała wszystkie fakultety, uschła

na tycią łupinkę, w której niby próchno

tli się leniwie wonna miazga wrażeń

równie jałowych, co ekscytujących

i bezosobowych. Kto handluje duszą?

Historia, religia, poeci, ci, co miotają znaczenie

w spazmach bezsilnej powagi, lecz oto kończy się feta,

po uczcie zmywanie znaczeń, służba myszkuje wśród resztek.

Gaśnie noc, gwiazdy odchodzą w niepamięć,

rzeczy kwitną do wewnątrz mową niepojętą,

kwiaty nic już nie mówią i milkną mornele.

I tylko ten wiersz jest anomalią w naszym gorącym klimacie

przestróg, egzorcyzmów, przykazań. Idź, idź

dokąd poszli tamci, w grób usypany w powietrzu3.

Może już dorastamy do niuansów powietrza.

Pomyśl o obłokach, o tych, co idą przez życie

swobodni jak chmury, mistrzowie sprezzatury4

Petroniusz, Mercutio, w pantomimie rozkoszy —

„oby śmierć, choć wymuszona, robiła wrażenie

przypadkowej”. Piękne spektakle samobójstw

pośród nieważnych rozmów, urok dezynwoltury —

„dał sobie przeciąć żyły nie mówiąc nic poważnego”.

Tyle Tacyt. Chodzi o tlen dla ducha. Rozkosz,

smagły mistrz z Grecji, czułe pożądanie,

nie czarny wiatr z piekła, ale przyzwolenie

na lot serca w pochmurne niebo wrażeń wolne

od władczych fabuł celu i którejś przyczyny,

z dala od ludzi ciężkiego ducha i ciała

zgubionych w labiryncie z pojedynczym środkiem —

jakąś gołą Ariadną, krzyżem, smokiem, potworem

polityki, snami o wojnie, wiecu, tych jednoznacznościach,

które w każdej chwili mogą nastać jak rządy

Franciszka Józefa. Labirynt jest acentryczny

nawet tutaj, w Polsce. Baw się i trzymaj fason,

zadzwoń pojutrze wieczorem —

„Tu Mistrz mi przerwał, pokazując dłonią

promienny pochód ciężkich cumulusów

i rzekł ze smutkiem: «Kopalnie powietrza

to szyby głosów, chóry słów zwietrzałych,

co wrócą deszczem — zbyt ciężkie, by fruwać,

wejdą w krew żywych. Die Rede geht herab,

denn sie beschreibt5. W kłębach, które widzisz

są piętra sonetów, ody i powieści,

zuchwałe rytmy, ronda i kancony;

ten wiotki cirrus to dusze scholiastów.

Od pierwszej chwili oddychasz słowami,

obieg słów szczelny, oto tajemnica

ludzkich poruszeń; tak lalka na sznurku

uciesznie drży, jak my na błahych słowach.

Wszystko to cytat, obłok cudzej mowy,

słowa, co padły i myśli zwietrzałe,

lustrzany obraz nieszczęsnego świata

w lotnych chmurach: wieczna spekulacja».

Gdy kończył mówić, całe białe pole

drgnęło tak mocno, że kiedy przypomnę,

dziś jeszcze dusza kąpie się w mozole.

Z ziemi łez wianie buchnęło ogromne;

przeleciał po niej gromu błysk czerwienny,

i omdlały mi zmysły nieprzytomne —

i padłem, jako pada człowiek senny6”.

Gwałtowna moc zanikania

Ale czy niebo nie żałowało razem z nami

sugerując, że nie jest niczemu winne?

Czy jego gniew nie był jakby nigdy nic,

jak nasze uniesienia, znaki rozkoszy rozświetlające

upalne południa? A jednak jakby nigdy nic

wszystko stoi pod znakiem, jak gdyby zawsze nic

życie rzuciwszy miasta rozkłada się w słońcu na plaży

beztrosko lustrując te biedne dziwolągi,

które w ciszy wyszły na rzekę: katamarany

zrobione z szaf, stare szalupy, czółna rybackie

przerobione na żaglówki i nawet ten mały dźwig wodny

wzruszający miejscowych do łez. Czy zatem ziemia,

czy niebo nie mogło wytrzymać upału i bezkarnej

wszędobylskości drobnych, ułomnych rzeczy i kto

pchnął sztorm, aby nam przypomnieć, że wszystko

zależy od jakości troski, z jaką się pochylamy

nad przedmiotami? Bo ho ho, taki wiatr

mógł ponieść nas daleko i rzucić na przemiał tych,

co trzymali się nurtu, a roztrzaskać o brzeg tych,

którzy z nurtu zeszli. I jaka przebiegłość:

słońce przed burzą było takie ostre,

że mogło skaleczyć serce i wielu już marzyło

o wakacyjnej przygodzie, aby w końcu wpaść

w kolosalne oko nieba. Powieka zatrzasnęła się.

A więc jednak niebo? Ale przecież nic

nie wołało o pomstę kiedy nagle stężała zieleń

i wiatr obrzucił rzekę szybkim deszczem,

nie zostawiając nam nic oprócz złudzeń.

Tylko iść, czepiając się drzew jak want tonącej arki

i radzić tym, którzy zastygli w campingowych domkach,

żeby zamykali okna i kładli przedmioty

w rzadkie symetrie na odświętnych stołach,

aby ich porządek zaskoczył mordercę.

Czym jest poezja

Zapewne nie jest strategią przetrwania,

ani sposobem na życie. Twój upór jest śmieszny,

kiedy wspominasz zaklęte jeziora,

szumiące bory i głuche jaskinie, w których głos

idzie echem i pewnie trwa wieki. Groty

Sybilli? Ważne są liście i jeszcze chyba rym

„głos — los”, bo głosy prą na świat i losy

właśnie liściom powierzają miana.

Ale spróbuj je schwytać! Tylko spróbuj

dotknąć ziemi i polecieć dalej

jak płaski kamyk po wodzie — ile razy?

Pięć czy dwanaście? Seria wierszy i odbić,

seria liści, a przecież wszystkie kamyki i liście

leżą jeden przy drugim w odwiecznym porządku,

kształty nieprzejrzyste. Zatem jest jaskinia

albo tyci pokój. Ale ten podmuch!

Przeciąg, gdy otwierasz drzwi i wiatr

rozprasza liście, a świat staje dęba

i słowa idą jak confetti w rozsypkę.

Lecz nie patrz wilkiem i nie odchodź jeszcze

z odętymi ustami. Żadnej zwłoki nie żałuj,

bo może sama zaśpiewa? Może nagle powie

jakie są ludy i wojny, jakie mozoły i rejsy,

jak sprawy stoją, a jak interesy?

Wiersz dla Becky Lublinsky

Więc tyle masz ze wszystkiego, co z niej — fragmenty,

czarne skrzynki, kadłubki znaczeń niby hasła

szeptane w grze w głuchy telefon lub coś

jak „ciepło-zimno” z cienką chustką na oczach.

Czy z Cypru jesteś, z Pafos czy Panormos —

nie wiem gdzie mnie prowadzisz, grając

na moim słowniku. Czy na świat?

Te rozkołysane nazwy są jak światła na wodzie

(sznur wiślańskich wianków) i system z pewnością

nie uchwyci widma, liści oliwek na wietrze,

nikłych blasków i cieni migotliwego świata.

Tak jak zawsze pod wieczór, kiedy zdajesz sprawę

z miłości, subtelnych zajęć, niezbędnych sprawunków

i widzisz, że zawodzi porządek analogii,

bo masz tylko opary, rój mgławic, karuzelę znaków

o środku wszędzie i obwodzie nigdzie jak karuzelę

luster odbijających światło, które nie ma źródła.

I można chyba pokochać cypryjską dziewczynę

albo inną z Pafos lub nawet z Panormos,

bo taki mały ten świat. Lustra

ustaw na brzegu, ona z morza przyjdzie

więc wystarczy morze położyć na brzegu świata

i krzyk czarnego koguta rozpiąć nad płycizną,

a z łuny wodnego pyłu wyłoni się postać

i w przestrzeń wzdłuż morza wejdą inne dziewczęta.

W końcu wszystko jedno, który fragment pójdzie

na pierwszy ogień; starczy byle słowo albo i sylaba,

żeby dzień zacząć na dobre czy złe, a ten smutek,

który cię bierze wieczorem, jest może po prostu

świadomością, że znów jedynie kurz ci został,

pył z paru wydarzeń, kilka pajęczych nici,

które jeszcze trzymasz w palcach, splątane

i już niezdolne wprawić w ruch niczego.

I przez mój smutek przemawia owo

„spaliłeś mnie”, skierowane do świata

na poły ostrzeżenie, a na poły wdzięczność,

bo kiedy odchodzę w sen, czuję już tylko

słabnący smak dnia na podniebieniu i dym

zasnuwa mi oczy, a w palcach obracam

jakby grudki żużlu — wspomnienie tego,

czego dotykałem. Wszystko jest dym, jak mówią,

albo trochę koniecznej organizacji plus żużel,

tony żużlu. Dlatego też mówią, że dobrze umierać

wyczerpawszy energię, bo to gwarantuje,

że się po śmierci nie będzie straszyło —

żadnych scen i ekscesów, ani żadnych wkroczeń

alternatywnego świata jak ta biała koza

majacząca na papirusie oddanym przez piasek.

Tę białą kozę odsyłam ci uprzejmie,

nic mi bowiem po niej — stoi w pustym polu,

gasząc wszystko wokół. Odsyłam ci kozę

jakbyś odesłała „telewizor”, „gazetę”, „książeczkę wojskową”

i odprawiam inne słowa, które dajesz i zabierasz

jak dziecko pokazujące zabawki przez szybę

małemu sąsiadowi z przeciwka, te arkana

rosnącej duszy: zobacz, wstydź się i kochaj.

Muszę je pominąć. Zaiste, trzeba ustalić

czy ziemia jest płaska, czy zaokrąglona

i potem pracować w świetle nieuchronnych faktów

wymownie milcząc o tym, czego się nie da powiedzieć.

„Pożądająca miłości geistreiche Frau (bohaterka ducha)

z wycieczki artystycznej przywozi ze sobą

młodzieniaszka”. Coś podobnego. Ten piknik

to zwrot w twoim życiu, sprawa śmiercionośna:

zegar przyspiesza biegu, piasek kipi z klepsydry

i szumi o spoczynku sypiąc grób, opuchliznę ziemi.

Wciągnij mnie w wir wieków. Nie mów, żebym wybrał

„młodsze łoże dla moich żądz”, bo z tobą chciałbym

dzielić życie, choćby przez mgnienie słowa. Brać cię

na język jest przecież tak cudownie

jak smakować kolorowe piguły lodów

w upalny zmierzch, kiedy akcja serca właściwie

kończy się nieznacznie, a kłębki nerwów

rozwijają się w omdlałe pąki. I głowa ciąży

od widzeń, a ty pytasz dlaczego

tak mało mówimy o bezspornym szczęściu,

które przecież waliło się na nas jak mgła

spychana przez wiatr w doliny, jak morze

co się wspina, żeby zajrzeć w głąb wyspy

zapomniawszy, że nie ma już wyspy, bo połknęło ją morze

i, jak okiem sięgnąć, wszędzie — szczęśliwa karuzela fal?

Czy straciłaś tak grunt pod nogami, czy byłaś tak bardzo

unicestwiona przez szczęście, że poszły w niepamięć

wszystkie ciężkie słowa, z których żadne nic

nie ukrywa ani nie mówi wprost, natomiast każde

znaki daje? Czy byłaś szczęśliwa na tej majówce z Faonem

brzemiennej w skutki? (Jakiś reżyser podbiłby wam oczy

zachodem słońca, bo ta sprawa między wami

zepchnęła cię w końcu z leukadyjskiej skały. )

W nawias nieba wzięta, po skoku z bieli w biel

wniebowzięta zostawiłaś wklęsłą przestrzeń,

skłębione powietrze miękkie jak puch, jak pościel,

zaproszenie do miłosnej gimnastyki i wielosłownej

kołysanki, słowem, cudzysłów i nawias.

Tak jest zawsze: cudzysłów, a potem nawias.

Najpierw cudzysłów krążący po świecie,

nawet nie fotografia, ten cytat z natury,

ale umowny wizerunek, cytat niedokładny —

„fiołkowowłosa, czysta, uśmiechnięta” dziewczyna

twoja lub moja, bądź sąsiadeczka zza ściany

spędzająca sen z oczu chłopca, tego pierwszego krytyka,

Faona, „świetlistego”, który oszołomiony pięknem

ucieka na Sycylię. Posłuchaj Melitto,

nic z tego nie będzie oprócz twojego imienia

wątlejszego od „Mnasidike”, lżejszego niż „Gyrinna”

(„zgrabniejsza jest Mnasidika niż delikatna Gyrinna”),

westchnienia sylab, które wzywały Faona

w jakąś gorzką noc i przepadły bezkształtne

i niedorzeczne, o, nie jak słowa tamtej,

które mruczę pod nosem, ten język aniołów,

którym zaczynamy mówić, gdy widzimy „wszystko

we wszystkim”, jak chce Lichtenberg.

Atoli każdy system jest prostym przejawem

transu serca, które łatwo zrozumieć, szlachetne,

bo będzie to dla mnie tak długo jak pragniesz

odbicie światła. Zaśpiewaj nam najbardziej,

o serce, teraz, kiedy ponownie odkrywamy ciało,

odzyskując ideał misternego szczęścia. Czyż nie?

Czy nie rzekł Lichtenberg, że „świat stanie się jeszcze

tak wykwintny, że równie śmiesznym będzie wierzyć w Boga,

jak obecnie w upiory?” Czy gay scene w Londynie

nie jest w awangardzie wrażliwości, czy najlepszej muzyki

nie robią weseli dziwacy, jak gdyby perwersja ciała

cudownie zniekształcała duszę, pchając ją

w nieprzeczuwane rejony wymyślnej subtelności?

(Narzeczony przejął coś z piękna spotkania

kominiarza i pastereczki na stoliku pod lustrem).

Straight scene bardzo nudzi. Ich antyczne kluby

podupadają, pełne ziewających par, bo oni

już wiedzą, że znaleźli się na bocznym torze

do kupy z nadąsanym kościołem, ideologią,

„komunistyczną pyszałkowatością” i dydaktycznym

show-biznesem. Ich art world

idzie pod młotek. Pozostają jeszcze proste obowiązki,

Morlokom, przedłużenie gatunku. Ależ ten świat

zrobił woltę! A było to takie proste:

znaleźć się w epoce zupełnie post-poważnej,

postlogicznej, postwerbalnej, posthumanistycznej —

wystarczyło odkryć świat za zasłoną powiek,

w zamkniętych oczach, jak Beethoven usłyszał muzykę

odciętą od uszu. Opadły powieki, zgasło światło.

Znieruchomiała pamięć. Świat zamarł

zwinięty w kłębek mroku, a później figlarnie

rozwinął się w łamańce. Czy ty

to przeczuwałaś? Ty i cała ferajna,

którą wyobrażam sobie teraz, tańcząc w klubie o ścianach

wyłożonych monitorami wysyłającymi w przestrzeń

setki alternatywnych światów? Zagrał

zmysł możliwości i zagrał zmysł dada,

poeci znów okazali się prawodawcami.

I trzeba zrozumieć hedonizm, twój dom kultury, Mitylene,

twój nocny klub pełen zakochanych dziewczyn

studiujących pieszczoty i muzykę. Widzę je

„strojne w kwiaty”, „czyste i urocze...

z drogimi mitrami złotoczerwonymi nad czołem”

na wonnych poduszkach, z odrzuconymi ramionami,

w chłodnym zapachu mirry i libańskiej kassji,

w cichej muzyce, słodkim śpiewie fletów.

Ta leży z szatą podciągniętą pod szyję,

tamta zbiera „rosę lśniącą w płatkach

rozchylonej róży”. Czy ten autotematyzm płci

nie jest czczą, czystą sztuką jak szachowa zagadka?

Kto mógłby się dziwić twojemu smutkowi,

z którym żegnasz te, co idą rodzić dzieci?

Chociaż Hymen ma swoje zalety i np. pociąga cię

pewna estetyka, powiedzmy, ta biała poduszka

zachęcająca dziewicę, by złożyła na niej

swoje twarde pośladki, jak płótno zapraszające

odprysk niepowtarzalnej czerwieni jak cyklamen

lub wstążka od orderu, finał

pospiesznej zabawy w pierwszą miłość

kładącą kres sztuce. Niektóre nie krwawią,

niektórzy nie ejakulują, ale ślub pozostaje

jako przemiła konwencja.

I słowa są konwencją, słowa jak złote kwiaty

piaskownicy wyrosłe na krawędziach świata

lub kubki rzeźbione w złocie, wypełnione nieznanym napojem.

Świat w nich się przegląda, bez skazy. Czy świat,

który spada z leukadyjskiej skały?

Codziennie świat spada z leukadyjskiej skały,

sformatowane dni idą pod nowy zapis,

pracują głowice, kasują i nagrywają,

czasem piasek ocali strzęp zapisu i poda

dalej jako cytat, lekcję, algorytm,

ściągawkę, kawał, hasło w grze w głuchy telefon —

tak się obraca świat w nierzeczywistość,

sztuka zwycięża. Estetyka ginie, bo jest jak nauka

chodzenia i oddychania; jesteśmy codziennie nowi

w wyszukanych obrzędach szczęśliwego życia

o tyleż intensywniejszych w Adenie i Harrarze

niż w Iluminacjach. Karnawał trwa — świat

ocieka muzyką i czyż to nie jest lekkość

immanentna w tym, co skomplikowane i wyrafinowane,

podczas gdy rzeczy proste z dnia na dzień stają się

coraz trudniejsze? Kończy się era tańca, zaczyna

czas lotów. Bo mówisz, że wystarczy tchu nabrać w piersi

i zawrócić sobie w głowie, żeby daleko odjechać —

chociaż niekoniecznie „w nowe uczucie i hałas”.

„O zamki! O sezony!” Jakże my potrafimy

studiować szczęście w ciszy lotu

ponad kolorową architekturą Paula Klee,

która nagle stała się jedyną architekturą marzeń

mówiącą dziecinnymi barwami wokół samochodów

coraz szybszych, w których wygodnie rozparci

wzbijamy się lekko w powietrze! Bez kamiennego snu

o sile ciążenia, niemi, zbawieni od słów,

a więc wolni od całego świata, który błyskał w nas

tyloma językami! Czy jest jakaś alternatywa?

Po gapowatym dzieciństwie — nerwowa młodość, potem

kołnierz na uszy i znieczulające podróże,

żeby szybko przejść przez czas umierania bliskich,

żeby wykroić trochę czasu dla własnej beztroski

przed procesem? Starość w ubożuchnym kraju,

gdzie zza pozorów importu wyzierają zniszczone twarze?

„Historia”, na szczęście, „osiąga niemy koniec”.

Chociaż są jeszcze frajerzy, co mówią: „życie

cię nauczy, życie ci jeszcze pokaże”.

Też coś.

Dzień miękko ląduje w mroku

prześlizgnąwszy się nad smugą kolorowych świateł

wyznaczających pas ku ciszy i snom.

Milkną maszyny, noc wstaje z palcem na ustach,

noc św. Bartłomieja, albo inna noc,

o której będzie głośno tak jak jest głośno

po codziennej katastrofie, kiedy ludzie i mrówki

biegają bezładnie, skandując sensacyjne wieści

szyframi, z których kpi zaraz zlekceważony

wrak — nierealny jak pożar widziany w dzieciństwie.

Dzień miękko siada w mroku

niedbale napomknąwszy o kilku prostych sprawach,

które gasną jak ekrany telewizorów.

Zasypiają wieże kontrolne i radary,

przerażony umysł gubi się wśród fikcji,

ból tonie w morfinie, troska śmieje się do szklanki,

spocony kochanek odwraca się do ściany

po pięciotysięcznym wytrysku i ma wszystkiego dosyć

i tę błogą pewność, że życiu sprostali skutecznie,

amortyzując je delikatną jak mgiełka gumą,

jagnięcą błoną lub precyzyjnym krążkiem.

(Nie mamy nic przeciwko temu). Omdlewają nerwy

wytarte głęboką pieszczotą i czy właśnie

nie o uwolnienie od nerwów nam chodziło,

czy nacisk jaki kładziemy na dziś, tu i teraz

nie jest próbą rozciągnięcia „teraz” w bezczas

barwny i wesoły jak karnawałowy balonik?

Bo, jak mówi Rilke, „dostosowała się tam istotnie

życia niebiańska połowa do półkulistej misy

istnienia, jak dwie pełne hemisfery łączą się

w jedną świętą, złotą kulę”. I dalej: „masywna

konstelacja straciła ciężar i uniosła się w przestrzeń”.

Można więc przedłużyć stadium estetyczne

w nieskończoność, rozciągając je wzdłuż i wszerz,

zwielokrotniając wrażenia. Czy jest opozycja?

Ci, co mówią: „lata iluzji, lata kryzysu, lata wojen”?

Ci, którzy lgną do życia zdegradowanego,

uszczypnięć w nerwy, słów, co „mają ciężar losu”?

Bo przecież są ciche upomnienia bomb, aluzje

terrorystów i ulicznych proroków, a ponad wszystkim

jeszcze pląsa balon polityków — sale konferencyjne,

rezydencje, nadęte pałace pełne luster

i małych mikrofonów, co zawzięcie pracują

nad szumem deklaracji i proklamacji

napełniających świat szeptem flatus vocis7, flatus vocis.

Nie będzie pląsał długo. Nudzi

ta obowiązkowa opozycja. Życie?

Niech nasz komputer zrobi to za nas. Polityka?

Tylko patrzeć jak dygnitarze zejdą

ze stołków i przyjdą potańczyć tam,

gdzie David Bowie montuje dla wiernych

ołtarz z aluminium, szkła, światła i dźwięku.

Ha, chociaż taka zwyczajna młodzież

pewnie zawsze będzie wolała faceta z gitarą,

który się zabija. Tutaj, powiedzą, tu jest autentyczność,

cudowny chłop, który dużo wiedział i naturalnie

nie mógł już wytrzymać. Im jest zawsze mało,

oni zawsze będą w beznadziejnej sferze

„musisz być sobą”, frajerzy, jeszcze nie odkryli

czaru fałszerstw i przebrań, jeszcze nie dostali

anonimowej pocztówki z napisem: LIFE IS NOT

A CABARET (It’s a fucking circus), jeszcze nie szli drogą

do Cytadeli, nie stali na pięknych schodach

Charlesa Mackintosha w podmuchu światła

wydymającego balonowe spodnie, unoszącego ich

do Musee Horta, albo choćby (niespodziewanie)

pod Castel Sant’Angelo, gdzie romans

byłby o tyle bardziej staromodny i amerykański.

Oni powiedzą: „Ponosi nas cokolwiek halucynacyjna

skłonność ducha, czy zatem seks i nekrolog

są jedynymi sposobami, żeby życie trzymać krótko?”

Dzień miękko osiadł w mroku

i zmierzchającemu światłu znów się udało

zaczarować świat. Delikatne cienie,

gęsto rosnące, obejmują sprawy i rzeczy,

wydając nas snom i fantasmagoriom jawy.

Szał, zwielokrotniony w lustrach, nietoperzowy taniec

Loie Fuller, ta zamieć skrzydeł, uzyskuje

dwuznaczną autonomię. Nazywają to ignorancją,

ale czy można zaufać błaznowi,

mistrzowi mowy dwoistej i królowi tamtego świata,

w który się wchodzi przez wrota z kości słoniowej?

O córo Afrodyty uwodząca śmiertelnych.

Czy to możliwe, że jeszcze tęsknię do twych lat

dziewczęcych, kiedy siedzę tutaj przed snem i snuję

opowieść? Język umie chodzić jak maszyna do szycia

i kiedy jedna tkanina pruje się, druga

spływa obfitymi fałdami i właściwie o co

chodzi? Sny przypominają te zmierzwione chmury,

kładą fresk na strop czaszki i czoło

marszczy się nad owsianką jak kałuża, ale to już wszystko

jeżeli pominąć te inne ranki, legendarne,

kiedy światło drży jak palce sprawdzające żyletkę,

kiedy przyciskasz szklankę do ust, szkło pęka

na wargach i mówisz: „Miliony

łanem cienia płyną ulicami, z ust

ścieka im krew, zagryzają wargi do krwi

iodchodzą w zacisze złudzenia”. Do krwi,

to dobre, to jest takie Lenzowskie

szukanie guza, lubieżne pragnienie,

żeby rzeczywistość zgwałciła cię ze wszystkimi

ponurymi konsekwencjami. No a sny?

Ten krótki oddech z dna płytkiej narkozy

zmywanej martwą falą niepomyślnych snów

jest jak echosonda przynosząca wieści

oskrzepach lęku rozsianych w arteriach.

Ale sny ściekną w dzień lub ugrzęzną

w starganych nerwach, gdy świt na sygnale

wybłyśnie zza chmur i jadąc rano

18-ką znów poczujesz się przesiedlonym

obywatelem świata — roztrzepaną wrażliwością

sfotografujesz te słynne mosty na prawo i lewo,

walące się? Mosty jak przewrócone dźwigi?

Po których pełzną windy samochodzików?

Cokolwiek. I powiesz: „Czas już na plan.

Kręcimy wszystko od «rozprzężenia zmysłów»

do końca. Do końca i dalej, daleko

dalej, do diabła i jeszcze dalej”.

Trzy wiersze z bliskiej północy

Huntsville

Le sexe est sombre, et, Henri Parisot,

parce que la poesie l’est encore plus.8

Antonin Artaud

Dni są nieistotne: sprawunki, zniewagi,

i ta szorstka jawność w tekturowych domkach

bez okiennic, zazdrostek, firanek i rolet

tak że wie się dużo i męczy wrażenie

uczestnictwa w spowiedzi każdego przed każdym,

Tu wszędzie jest skała, nuda i otwartość,

plateau ennui i beletrystycznych nastrojów

i można odpowiedzieć na każde pytanie

zadane przez kogoś dawno i daleko. A świat

nam się układa w żmudne serie rytmów

rzucanych bezładnie we wszystkich kierunkach —

fala, skowyt nura, grzmot, kroki i oddech —

jakby jakiś demiurg puszczał kaczki przez wszechświat

siedząc na kamienistej plaży w skupieniu godnym

lepszej sprawy. Ale czy cokolwiek z tego

staje się częścią umierania? Bo myślę, że śmierć

jest jak to jezioro stojące na sztorc

w powietrzu, całe skryte w rudej mgle,

grzywce światła. I to już jest noc.

A noce są ciekawsze, montują obrazy, księżyc

jak cząstka cytryny wbity w krawędź szklanki nagle

przepada we mgle i jeden dom z tektury wygląda

jak bania pinakolady na śniegu. I słychać świerszcza

„jak-jak” surową krytykę, słychać każdy oddech

i dalej wszystko trzeba robić jakby potajemnie

z palcem na czyichś ustach, z zębami

na własnym nadgarstku, bo noc niby miłość musi być

cicha i pusta jak plaża baptystów w niedzielę.

Ale i noc do nich należy, bo zorza polarna,

ta korona, przyczółek lub ostroga światła

w rzece nocy (choć dla mnie raczej oszroniona szklanka,

lub dłoń na ciepłym czole nocy) jest dość sugestywna,

by pisali farbą w sprayu na wysokich skałach

o sądzie, który przyjdzie zaraz po tym, i palcem

w lepkim kurzu na samochodach, że Jezus umarł

za nasze grzechy. A wszędzie na trawniczkach:

my presence shall go with thee9. Zaiste,

nieoswojone są tylko te chwile nad ranem,

kiedy zamiera śmiech i dogorywają gry, wywrotowe

zabawy — chińczyk na planszy od węży i drabin

jak na ironię serio. I pamiętam biel soli

na ustach, poranne pragnienie i brak uzmysłowiony,

który uświadomiony staje się sekretem

jak tamten nocny motyl, ćma wielkości dłoni dziecka,

jakby z barwnego zamszu, kropka postawiona po nocy —

emblemat snu, albo magiczny inicjał

rozpoczynający iluminowany rękopis,

którego treści nie będziemy znali.

Wild Water Kingdom

Ale te wielkie zjeżdżalnie wodne, jaki to piękny

podarek dla śmiechu i od śmiechu, w pewnym sensie, też.

Tu nie ma zahamowań. Przede wszystkim negliż;

wszyscy są prawie nadzy i nikt nie trzyma się prosto

a jeśli nawet prosto, to po to, żeby kłaść się

i spadać, lecieć z nóg ze śmiechem, kłaść się

ze śmiechu i pędzić z zawrotną prędkością

podkręcaną przez śmiech aż po eksplozję wody

co jest jak salwa śmiechu kończąca ten żart

z postawy pionowej i recept decorum. Tu jest

perpetuum mobile, alchemia ruchu dla ciała,

bo i po ciężkiej nocy, po czarnej mszy, w ciągu dwóch godzin

możesz odzyskać pełną potencję i rezon

nawet niekoniecznie rzucając się w dół z tej pionowej

zjeżdżalni czy lecąc przez lazurową rurę, lecz choćby

kołysząc się na Lazy River lub drżąc z rozkoszy

w gorącym basenie jaccuzzi. A potem dzwonią na falę

(spiętrzoną w domku bez okien), której rytm przypomina

wieczność zmuszającą do bezustannego skakania —

jakby przez błękitną skakankę czasu albo naprężoną

gumę rozpiętą na łydkach tych dwóch ratowniczek

stojących na brzegach basenu. Tu są megafony

(wszystko jest pozorem, radością momentu,

pożarem monumentu i szczęściem spadania)

i gwar, i te okrzyki wow i oh, boy zewsząd,

ciała prędkie jak rtęć i piękne nimfetki

niby tak zajęte sobą a przecież zawsze

znajdujące odpowiednią chwilę, żeby obrzucić

mężczyzn jakimś niezupełnie niewinnym spojrzeniem,

w którym migocze coś jak szybki cień uśmiechu,

przedsmak śmiechu Virginie, który Paul poczuje

niby kostkę lodu drgającą na brzuchu. I pragnę

zanurzyć się w tej folie lucide10, chcę doznać

vertige de l’hyperbole11, commotio

vel fluctus12. Tu jest po prostu ciągły przeciąg wody,

pęd i w zasadzie brak gruntu pod stopami,

choć niby jest to „w zasadzie”, a zatem i tutaj

można by balansować — na wstęgach wody, w zamieci?

Ale nie wolno zjeżdżać głową w dół. To nogi

idą najpierw i budzi wesołość

to dowartościowanie nóg tak karnawałowe

(głowa wlecze się z tyłu jak roześmiana zabawka)

zwłaszcza w scenerii tak jawnie komicznej,

wśród syntetycznych kształtów, ni męskich ni kobiecych,

zalewanych hektolitrami heraklitejskiej wody

mknącej we wszystkie strony niczym metafora

cyrkulacji płynów w aniele Swedenborga.

I całość się przewraca w jakąś alegorię.

Zobacz w strumieniach wody parodię potoków

łez całego świata, zobacz w tym systemie

niebieskich wodospadów koronę gałęzi

splątanych jak węże, cudownie

groteskową wersję mitycznego drzewa,

naturę przechytrzoną w akcie alegorii,

która przedrzeźnia ogród uciech tudzież ogród nauk

tymi hiperbolami, parabolami, sinusoidami rozkoszy,

uczonymi spiralami śmiechu. I nie mam pojęcia,

czy wszystko kończy się weselem czy obłędem,

roślinną powagą radości czy konwulsją śmiechu,

bo stosunki mogą się zmieniać, ale wygnanie

pozostaje bez zmian. Boisz się, maleńka? W nocy

te zjeżdżalnie drżą w błękitnym blasku

wody pod czarnym niebem, a my odlatujemy

z odwróconych łuków tęczy jakby z negatywów

niedoświetlonych uczuć i każde ma osobny śmiech

przekreślający przestrzeń jak spieniony ogon komety,

jak kwiat, który wieńczy noc samotnością

odurzającego blasku. I rozjeżdżamy się

w odwrotne strony, nieuchronnie, opadając, down

we go. I tak jest dobrze.

All that jazz

numerek 666 proszony jest do gabinetu

z poczekalni

Błogosław przyspieszenia. Kiedy wschodzą gwiazdy

tężeją rysy twarzy, ciemnieją uśmiechy i przestwór

powraca do szyku, który za dnia rozerwany

pobudzał twoje tętno mamrocząc we krwi:

zamęt, który cię wzrusza, szyje igła słońca

co czyta w nas muzykę na ginące głosy —

a każdy niczym ścieżka na skraj kanwy narzecza.

Jeżeli chcesz przyspieszyć, przesuwaj akcenty

z mocnych części taktów na te przemilczane i

zważ: deseń jest wytarty do samej osnowy,

pyłu uczuć, dźwiękotek — więc spróbuj zniweczyć

sekundę między ściegami nastrojów, żeby puściła

składnia a nowy język pokrył ślepą mapę wzruszeń

wzorem gęstym jak grad i tak błyskawicznym,

że przycichnie szmer werbli i harf, choć tło

musi pozostać, aby tym prędszy wydawał się potok

synkop, szybki jak podmuch ciszy spadający na tych,

którzy zaniemówili ze szczęścia. I rzeczy

przemkną przez ciebie dobrze oświetlone

i tak wolne od znaczeń jak dzień, po którego zboczach

spłynęły widoki na przyszłość.

Powinieneś jednakże zacząć od zerwania

pieczęci z księgi widm pospolitych wątków,

żeby zasnuć ich gładkość, rozpisać je na głosy,

naderwać ścięgna sensów. Przynaglaj wszystko,

co zniewolono do trwania. Kochaj,

ale wystawiaj miłość codziennie na próbę

snów mocnych jak piołun i nowej muzyki.

Przypisy:

1. Korea — wg autora potoczna nazwa warszawskiego osiedla między ulicami Domaniewską a Woronicza. [przypis edytorski]

2. in girum imus nocte et consumimur igni (łac.) — tekst przetłumaczony w kolejnym wersie; zwraca uwagę fakt, że jest palindromem, tj. od końca czyta się tak samo, jak od początku. [przypis edytorski]

3. Idź, idź dokąd poszli tamci, w grób usypany w powietrzu — jednoczesne nawiązanie do Przesłania pana Cogito Zbigniewa Herberta i Fugi śmierci Paula Celana. [przypis edytorski]

4. sprezzatura (wł.) — termin z Dworzanina Baltasara Castiglione, oznaczający swobodę, lekkość i działanie w taki sposób, jakby wykonywana czynność nie wymagałą wysiłku. [przypis edytorski]

5. Die Rede geht herab, denn sie beschreibt (niem.) — mowa się zniża, ponieważ opisuje (Johann Wolfgang Goethe). [przypis edytorski]

6. Gdy kończył mówić... jako pada człowiek senny — zakończenie III pieśni z części „Piekło” Boskiej Komedii Dantego w tłumaczeniu Edwarda Porębowicza. [przypis edytorski]

7. flatus vocis (łac.) — nazwa bez odpowiednika w rzeczywistości. [przypis edytorski]

8. Le sexe est sombre, et, Henri Parisot, parce que la poesie l’est encore plus. (fr.) — Płeć jest ciemna, Henri Parisot, ponieważ poezja jest taka jeszcze bardziej. [przypis edytorski]

9. my presence shall go with theeKsięga Wyjścia 33, 14. [przypis edytorski]

10. folie lucide (fr.) — świadome szaleństwo. [przypis edytorski]

11. vertige de l’hyperbole (fr.) — zawrót głowy hiperboli. [przypis edytorski]

12. commotio vel fluctus (łac.) — poruszenie albo fala. [przypis edytorski]