Dziejba leśna (tomik)

Dziejba leśna, I

I

Niegdyś dom mój ochoczy

Niegdyś dom mój ochoczy i świat za dąbrową

Porzuciłem, by dachu nie mieć ponad głową,

I siebie porzuciłem gdzieś na skraju lasu

Bez pomocy, bez żalu, bez śpiewu, bez czasu

I biegłem tam, gdzie burza, mrok i zawierucha,

By serce niepokoić i narazić ducha —

Tak się chciałem utrudzić i krwią własną zbroczyć,

Żeby istnieć wbrew sobie i ból swój przekroczyć.

I minęło lat wiele — i po latach wielu —

Marnotrawiąc dróg tysiąc — dotarłem do celu

I pieśniami nade mną rozbrzmiały niebiosy,

Powiększyły się kwiaty, zolbrzymiały rosy —

I zgaduję, że z płaczem, po własnym pogrzebie,

W opuszczoną bezdomność powracam do siebie.

I

Tu jestem

Tu jestem — w mrokach ziemi i jestem — tam jeszcze

W szumie gwiazd, gdzie niecały w mgle bożej się mieszczę,

Gdzie powietrze, drżąc ustnie, sny mówi i gra mi,

I jestem jeszcze dalej poza tymi snami.

Zewsząd idę ku sobie; wszędzie na się czekam,

Tu się spieszę dośpiewnie, tam — docisznie zwlekam

I trwam, niby modlitwa, poza swą żałobą,

Ta, co spełnić się nie chce, bo woli być sobą.

I

Wczesnym rankiem

Gdy ulice, stopami ludzkimi nietknięte,

W słońcu porannym stoją dla nieba otworem,

Nie poznaję drzew dawnych — takie są zaklęte,

Tak trafnie olbrzymieją i tak pachną — borem.

Zda się, że po raz pierwszy owiane szelestem

Jawią się moim oczom w cudnym niepoznaniu,

Jakbym zastał je nagle na ich skrytym trwaniu

W świecie zgoła odmiennym, niż ten, gdzie ja jestem.

Lecz pierwszy zgiełk ulicy, wrzask życia ułudy

Płoszy je, że — malejąc — tłumią czary swoje

I cofają się właśnie w ten świat, gdzie ja stoję

I podglądam ich pilnych przeistoczeń trudy.

I

Południe

Obłok blaskiem sam siebie zaćmiewa w upale,

Dno błękitem przeciera, lub nie ma dna wcale.

Rumianek, co w tych żarach biel gubi cudacznie,

Trzykroć w nic się odzłoci, nim kwiatem być zacznie...

Płat murawy od wzgórza całą źdźbeł bezsiłą

Zielenieje mi w oku — w skrócie i pochyło...

Głos od brzmienia własnego w tej ciszy odwyka,

Nie chce mu się być głosem — bez żalu zanika.

Drwal, nogi rozkraczywszy, z zadumą snu szczerą

W pień uderza zbłyskaną od słońca siekierą.

Echo się do uderzeń opóźnia o mgnienie,

A ja właśnie to drobne chwytam opóźnienie

I nim odgłos siekiery osobno dolata,

Całe niebo przeżywam i zwiedzam pół świata!

W tych przerwach między echem a ciosów bezgwarem

Dusza moja, z niczego zrodzona nad jarem,

Szuka wolnej umieszczki1 dla trwania na nice2,

Dla istnienia na opak, dla tchu — w tajemnice!

Nie wie o tym siekiera, że w ten dzień słoneczny

Pracuje na baśń moją, na mój żywot wieczny!

I że w jedną jedyną bezbrzeż się zespala

Jej połysk i pnia wygłos — mój sen i ruch drwala!

Że echo do uderzeń opóźnia się czaru,

By snom dać krztynę czasu na wstęp do bezmiaru!

I

Zachód

W błękicie — szkarłat zórz! Wniebowstąpienie róż!

Wieczność płonie tak samo, jak płonęła za młodu...

Ogród, gdzie w złotym mchu tkwi odrobina tchu,

Niezbędnego dla ciebie, co śnisz wnętrze ogrodu.

By iść do tamtych stron, odzyskać trzeba zgon,

Zagubiony w tym bycie, co narzucił się światu.

Nic nie mów — tylko patrz! I nie patrz, ale płacz,

Bo już nie ma dla duszy wyjścia z tego szkarłatu!

I

Idzie zmierzch

Idzie zmierzch od zapłotków — od stodół — od jarów,

Idzie zewsząd i znikąd, a taki ma narów3,

Że im bardziej snem przymrze i w rów się zagrzebie,

Tym widniej mu w niebycie — tym łatwiej znieść siebie.

O, niełatwo nam było powiązać los z losem!

Smutek boczył się na nas; żal patrzył ukosem...

Odeszłaś — w ślad za tobą dzień złoty przeminął, —

Ale z ziemi uchodząc, po niebie wciąż płynął...

Dogorywa dnia reszta w obłokach zbłąkana,

Dołem mrok, lecz nadwyżką dnia — płonie stóg siana.

Więc raz jeszcze — choć ciebie nie ma w pól rozłogu4

Przeżywam dzień miniony — ten, co lśni na stogu.

I

Krajobraz utracony

Czemu obcą mi wioskę z zwykłych lip gromadą

Wspominam jak dostępną niegdyś tajemnicę,

Gdzie owiec znakowanych natłoczone stado

Napełniło — już znikłą na zawsze ulicę?...

Czemu dziś we wspomnieniu tak pilnie je śledzę?

Ruch każdy, snem sprawdzony, odtwarzam zawzięcie...

Czas mijał... One — w czasu wbłądziły niewiedzę

I, nagle bezładniejąc, znikły na zakręcie.

I czemu czuję w piersi zdławiony płacz boży

Na myśl, że nie zaszumią tamtych pól powiewy,

I że się nie rozwidnią światłem tamtej zorzy

Zgubioną wełną owiec pośmiecone krzewy?

Dziejba leśna, II

II

Krzywda

Zamknij okno... W ogrodzie — zbyt śpiewno.

Oczy do snu lub do śmierci zmruż.

Krzywda nasza kończy się na pewno!...

Życie — mija... Wolno spocząć już...

Dzień się nowy na obłoków bieli

Nie zatrwoży, że ciał naszych brak...

Lecz to wszystko, cośmy przecierpieli,

Niechaj we mgle ma choć drobny znak!

Bo czym zgrozę odkupić zagłady,

Łez wysiłek i ten pusty czas,

Gdy śmierć zniszczy nawet ran tych ślady,

Ran, co niegdyś tak bolały nas?

II

[Com uczynił...]

Com uczynił, żeś nagle pobladła?

Com zaszeptał, żeś wszystko odgadła?

Jakże milcząc, poglądasz5 na drogę!

Kochać ciebie nie mogę, nie mogę!

Wieczór słońca zdmuchuje roznietę6.

Nie te usta i oczy już nie te...

Drzewa szumią i szumią nad nami

Gałęziami, gałęziami, gałęziami!

Ten ci jestem, co idzie doliną

Z inną — Bogu wiadomą dziewczyną,

A ty idziesz w ślad za mną bez wiary

W łez potęgę i w oczu swych czary —

Idziesz chwiejna, jak cień, co się tuła —

Wynędzniała, na ból swój nieczuła —

Pylną drogę zamiatasz przed nami

Warkoczami, warkoczami, warkoczami!

II

O zmierzchu

Gdy zmierzch na oknie naszym już dosięga kwiatów,

My, w cień wspólny związani na znajomej ścianie —

Myślami do dwu różnych odbiegamy światów,

Dłońmi zwarci w tym ziemskim, jak na pożegnanie.

Wędrówka myśli naszych, stroniących od ciała,

Każe pod grozą straty trwać w znieruchomieniu —

Dech przy tchu, skroń przy skroni, ramię przy ramieniu,

I unikać wszystkiego, co szumi lub pała...

Czuję ucho twe miękkie — zgrzane przy mym uchu,

Lecz go nie śmiem ochłodzić wilgotnych warg brzegiem,

By dreszczem nieobacznym7 lub pieszczot zabiegiem

Nie skłócić nabytego od zmierzchów bezruchu.

II

Prośba

Czemuśmy się zgodzili na brzemię pokory?

Na istnienia naszego — ból, krzywdę i strwon8?

Czemuśmy nie wyryli choćby kreciej nory,

By dać szczęściu — kryjówkę i nocleg, i schron?

Zaniedbaną pieszczotą chcemy zmóc rozpacze, —

Na ustach słów spóźnionych zbytecznieje9 gwar...

I płacz ciągle nas ściga, choć już nikt nie płacze, —

Bo i cóż nam zostało? — To jedno: twój czar!...

O, nie znuż się ostatnim czarowania trudem!

Wytrwaj w jawie, co męczy zbyt usilnym snem!

Nie wiesz nawet, czym dla mnie w mroku — poza cudem

Są twe dłonie!... Ja tylko, gdy całuję, wiem...

II

Powrót

Wracam, wracam po długiej rozłące —

Dłonie twoje, niecierpliwie lgnące!

Wszystko — dawne, a niby na nowo —

Drogi oddech — znajomy ruch głową...

Znów prowadzisz przez wszystkie pokoje,

I idziemy, idziemy oboje...

Nowej sukni nie postrzegłem wcale —

Śmiech twój dzwoni, że patrzę niedbale.

Pokazujesz dłonią niespodzianie

Nowe w kwiaty obicia na ścianie

I list do mnie zaczęty na stole —

«Pełen żalu... Niech leży... Tak wolę».

Okno nagle otwierasz w głąb nieba —

Niepotrzebnie, a właśnie tak trzeba.

Dłoń mą tulisz do serca, więc słyszę,

Jak uderza — choć w ustach masz ciszę...

I w tej ciszy, w straszliwym milczeniu

Skroń mi, płacząc, składasz na ramieniu.

II

Skończoność

Tyle nam pieszczoty,

Co dla czworga rąk.

A ty, zmierzchu złoty,

Konaj wpośród łąk.

Jedna dal w błękicie,

Ale różna łódź!

Trzebaż było życie

Z ową dalą skuć?...

Późny wieczór stroni

Od zielonych bruzd.

Dłoniom zbrakło dłoni,

Ustom zbrakło ust!

Szczęście, co od słońca

Wzięło czar i kres,

Dobiega do końca,

Unikając łez.

Oto — zlękłe ciało,

Oto gwiezdny kurz!

To, co stać się miało,

Niech się stanie już!

II

Dreszcze nasze u warg się spotkały

Dreszcze nasze u warg się spotkały. Powieki

Zwarły się, by nie widzieć nic oprócz rozkoszy,

Co, po ciemku zrodzona, śni pożar daleki

Sadów, gdzie ptak śpiewając, ognia się nie płoszy.

Nie domknąłem twej wrótni10, upuściłem róże

W twym progu — i zaledwo w snów i pieszczot przerwie

Widzę je wraz z mieczami aniołów w lazurze,

Z których żaden od ust mnie twoich nie oderwie!

A czas nastał. Idąca do lasu przez drogę

Śmierć mnie woła. Na próżno! Umrzeć już nie mogę!...

Razem z tobą w rozkoszy i kwiatach zaryty,

Choćby nade mną nagła wyrosła mogiła,

Skrawka ziemi, gdzie miłość do snu mnie złożyła,

Nie opuszczę, by odejść w nieznane błękity!

Nie zamienię snu mego na sen wiekuisty,

Bogom, zeszłym do jaru — tam gdzie moja chata,

Nie oddam łąk, ścielących swój dywan kwiecisty

Dla ciał dwojga, co uszły potęgom wszechświata!

A czas nastał. Wpatrzona w chmur naokół trwogę

Śmierć mnie woła. Na próżno! Umrzeć już nie mogę!

Słońce na duchy nasze, dla nieba zbyteczne,

A dzielące z kwiatami swój czar i przewinę,

Patrzy jako na żywe zegary słoneczne,

Gdzie cień chabrów miłości wskazuje godzinę.

Dłonie nasze, splecione w szczęścia niepodzielność,

U stóp brzozy przygodnej — wobec szumów łąki

Skruszyły w swym uścisku wzajemną śmiertelność,

I nie masz dla nich czasu — i nie masz rozłąki!

A czas nastał. Wiodąca wzwyż duchów załogę

Śmierć mnie woła. Na próżno! Umrzeć już nie mogę.

II

Twój portret

Twój portret z lat dziecinnych... Ten uśmiech niecały,

Co dziś mi zapowiada pieszczotę gołębną —

Też nogi, które grzeję wargami, gdy zziębną —

Lecz skaczące w ogrodzie przez sznur rozbujały.

Pierś — jagoda znikliwa i nie do ujęcia,

W biegu wklęta w ramiona, jak łódź między wiosła,

Serce czuć w niej, jak w gnieździe ciepły łeb pisklęcia:

Długo siebie nie znało, nim w pełnię urosła!

Na dwie siostry w rozłące — patrzę na przemiany11,

I czarem podobieństwa — w milczeniu się poję —

Którąż dzisiaj posiadam, żądzą opętany?

Jednąż kocham dziewczynę, czyli dziewcząt dwoje?

II

Lubię szeptać ci słowa

Lubię szeptać ci słowa, które nic nie znaczą —

Prócz tego, że się garną do twego uśmiechu,

Pewne, że się twym ustom do cna wytłumaczą —

I nie wstydzą się swego mętu12 i pośpiechu.

Bezładne się w tych słowach niecierpliwią wieści —

A ja czekam, ciekawy ich poza mną trwania,

Aż je sama powiążesz i ułożysz w zdania,

I brzmieniem głosu dodasz znaczenia i treści...

Skoro je swoją wargą wyszepczesz ku wiośnie —

Stają mi się tak jasne, niby rozkwit wrzosu —

I rozumiem je nagle, gdy giną radośnie

W śpiewnych falach twojego, co mnie kocha, głosu.

II

Szczęście

Coś srebrnego dzieje się w chmur dali.

Wicher do drzwi puka, jakby przyniósł list.

Myśmy długo na siebie czekali.

Jaki ruch w niebiosach! Słyszysz burzy świst?

Ty masz duszę gwiezdną i rozrzutną.

Czy pamiętasz pośpiech pomieszanych tchnień?

Szczęście przyszło. Czemuż nam tak smutno,

Że przed jego blaskiem uchodzimy w cień?...

Czemuż ono w mroku szuka treści

I rozgrzesza nicość, i zatraca kres?

Jego bezmiar wszystko w sobie zmieści,

Oprócz mego lęku, oprócz twoich łez...

Dziejba leśna, III

III

Jam — nie Osjan

Jam — nie Osjan13! W zmyślonej postaci ukryciu

Bezpiecznie śpiewam moją ze światem niezgodę!

Tarczą złudy obronny — zyskałem swobodę,

Której on by zapragnął, gdyby tkwił w tym życiu.

Za niego dźwigam brzemię należnej mi sławy

I za niego o przyszłość mych pieśni się trwożę —

Żyję tak, jakbym jego życia był ciekawy —

Ginę, jak on by ginął, choć zginąć nie może!

Ten go uczci, co będzie na moim pogrzebie,

Gdy moja mgła się z jego spokrewni tumanem.

Nikt się nigdy nie dowie, czym byłem dla siebie —

Dla innych chciałbym zawsze być tylko Osjanem.

Tak rzekł śpiewak, lecz własnym smutkom nie podołał,

I nagle: Boże, Boże! — do Boga zawołał.

Jam — nie Bóg! Twarzy mojej spragniony zatraty14,

Maskę Boga przywdziałem — zdradziecko pokrewną,

I za Niego stworzyłem bezrozumne światy,

Tak, jak On by je stworzył... Na pewno! Na pewno!

Za Niego w mrok się wdarłem, by trwać w obłąkaniu,

Tak jak On by to czynił, gdyby chciał się wdzierać!

Za Niego mrę na krzyżu w bolesnym przebraniu

Tak właśnie, jak On marłby, gdyby mógł umierać!

Za Niego, jakby rozpacz gnała Go po niebie,

Płacząc — w próżnię uchodzę, by marnieć — odłogiem!

Nikt się nigdy nie dowie, czym byłem dla siebie!

Dla was, co się modlicie, jestem tylko — Bogiem.

III

Wyruszyła dusza w drogę

Wyruszyła dusza w drogę... Dzwonią we dzwony.

«Gdzie są teraz moje sady? Gdzie moje schrony?»

Zawołały wszystkie lasy, pełne motyli:

«Spocznij, duszo, w naszym cieniu — nie zwlekaj chwili!»

«Jakże mogę w waszym cieniu spocząć niezwłocznie,

Kiedy sama jestem cieniem, gdzie nikt nie spocznie!»

Zawołała wonna łąka, zalśniona rosą:

«Koś mnie sobie na użytek złocistą kosą!»

«Jakże mogę ciebie kosić, łąko zielona —

Kiedy sama kosą śmierci jestem skoszona!»

I zawołał Bóg zjawiony: «Miłuj mnie w niebie,

Gdzie radością niecierpliwy czekam na ciebie!»

«Jakże mogę cię miłować w szczęścia pobliżu,

Gdym smutnego pokochała niegdyś na krzyżu?»

«Pozbawiłem ciebie świata i sosen z boru,

Byś nie miała, oprócz Boga, nic do wyboru!»

«Zagnałeś mnie z krasnych maków w ciemność mogiły,

Gdzieżeś ukrył owe miecze, co mnie zabiły?»

«Nie ukryłem owych mieczy, mam je przy boku,

Jeno zechciej — nieszczęśliwa — spocząć w obłoku!»

«Jakże spocznę w twym obłoku — z ziemią w rozłące,

Kiedym lasom odmówiła i mojej łące!»

«Otrzyj oczy zapłakane szat moich bielą,

A rozkażę mym aniołom — niech cię weselą!»

«Jakże mogę się weselić z tobą w przestworze,

Kiedy śmierci twej pożądam — Boże, mój Boże!»

I zamilkli, i patrzyli nawzajem w oczy —

A ponad nim i ponad nią wieczność się toczy.

III

Puściła po stole swawolący wianek

Puściła po stole swawolący15 wianek.

«Kto go chwyci pierwszy — ten mój ukochanek!»

Pochwycił tak ściśle, aż się kwiaty zwarły.

«Skąd ty jesteś rodem?» — «Ja rodem — umarły!»

«Co się stało wokół, że świat mi się mroczy?» —

«To ja własnoręcznie zamykam ci oczy...»

«Już mnie nigdzie nie ma i nigdy nie będzie!» —

«Nie ma ciebie nigdzie, bo już jesteś wszędzie».

III

Skrzeble

Skrzeble16 biegną, skrzeble przez lasy, przez błonie17,

Drapieżne żywczyki18, upiorne gryzonie!

Biegną szumnie, tłumnie powikłaną19 zgrają,

A nie żyją nigdy, tylko umierają —

Umierają, skomląc, szereg za szeregiem.

Śmierć jest dla nich właśnie tym po lasach biegiem,

Śmierć jest dla nich pędem w niepochwytne cienie —

Biegną tylko po to, aby śnić istnienie.

Świat im śni się w biegu — daleki i bliski,

Śnią się własne ślepie, śnią się własne pyski,

Śni się im, że mogą kąsać jadowicie —

Węszą przez sen moje i to twoje życie,

A ten sen łakomy wystarcza im prawie —

Kogo gryzą we śnie, ginie ten na jawie, —

Gryzą we śnie boga, co sen stworzyć umiał,

A ów dąb umiera, co dla niego szumiał.

III

Spotykam go codziennie

Spotykam go codziennie. Twarz, wklęta w ramiona,

Jak mgła, męczarnią oczu ledwo obgłębiona.

Wyciąga błędnej ręki widemko niemrawe,

By nim zgłaskać surduta połataną jawę.

Patrzy we mnie, jak w pustkę, lecz głowy nie zniża.

Te same zawsze gwoździe tłoczą go do krzyża.

Życie nowych mu skąpi, a starych nie kruszy.

Gdzie mu tam w myśli teraz nowy gwóźdź dla duszy!

Już niezgrabny od nędzy, zły i niedorzeczny,

Chce coś mówić, lecz wstyd go przeraża odwieczny —

Ten wstyd, co w swój niebieski wpatrzony rodowód,

Pielęgnując cierpienie, boczy się na powód.

Wstydu jego przede mną zawczasu się wstydzę —

Więc udaję, że w tłumie już go niedowidzę.

A chcę mu coś powiedzieć — coś na wieczność całą —

Rozpłakać się... rozśmieszyć to zgłodniałe ciało —

Nakarmić i przyodziać nadmiernie, odświętnie. —

Ale on mnie już minął i znikł obojętnie.

I tak zawsze i nigdy nie będzie inaczej...

Nikt nie zmieni mgły jego i mojej rozpaczy,

I nikt nas — choć się rozpacz do mgły czasem zbliża —

Nie wbije nowym gwoździem do wspólnego krzyża.

III

Zbój

Przez śnieżycę, co wyjąc, powiększa przestworza,

Zbój się skrada — w nawianej puszyściejąc bieli...

Nie masz prawa sięgania do ludzkiej gardzieli!

Mam — prawo noża!

Pcha go naprzód w mrok pusty wicher i nadzieja...

Stanął nagle, jak gdyby z durną zmorą zszedł się.

I oczy, zaszronione nieściśle, rozkleja,

I patrzy przed się.

Z cieniem, który ułomnie zboczony na murze

Na przelewne ramiona wdział czapę bez głowy,

W sztywnym brzasku latarni piętrzy się w mundurze

Posterunkowy.

Księżyc na chmur czuprynę wyplusnął dzban mleka,

A Bóg żywcem uchodzi w śnieg, w chłód i w zawieję.

Zbój krzyczy: «Panie Chmura!» — i w nicość ucieka,

A on — olbrzymiejąc — poważnieje...

III

Tango

Ogień nasturcji20 — w ślepiach kota.

Mgły czujnej wokół ciał zabiegi.

Łódź, co odpływa w nic — ze złota!

Żal — i liliowe brzegi.

Suńmy się ruchem dwóch gondoli,

Nie patrząc w lśniące dno podświatów, —

Niepokojeni z własnej woli

Tajemną wiedzą kwiatów.

W zwierciadłach — świateł piętrowanie21,

A w szybach — zmrok posępny, —

I nieustanne zanurzanie

Stopy w ten dźwięk następny...

A dźwięki, z tańcem snując zmowę,

Mgławieją22 — byle mgławieć.

Tango bezwiednie purpurowe

Zaczyna — nie chcąc błękitnawieć...

Stopę, co szuka mgły wygodnej,

Ostatni dźwięk wyminął —

I niezużyty — i swobodny

Chce ginąć... I już zginął.

III

Pogrzeb Don Żuana

Zbladła twarz Don Żuana23, gdy w ulicznym mroku

Spotkał swój własny pogrzeb, i przynaglił kroku.

I zatracił różnicę między ciałem w ruchu

A tym drugim, co legło w trumiennym zaduchu.

Czuł tożsamość obojga — orszak szedł pośpiesznie,

A jemu się zdawało, że w miejscu tkwi śmiesznie.

Czekał, aż uśnie w Bogu, lecz stwierdził naocznie,

Że Bóg nie jest — noclegiem — i że już nie spocznie.

Pogardą na śmiertelne odpowiadał dreszcze.

«Śpi snem wiecznym» — szeptano, ale nie spał jeszcze.

Szedł coraz bezpowrotniej — w pozgonnym24 rozpędzie.

«Śpi snem wiecznym»... Snu nie ma i nigdy nie będzie!

«Szczęśliwy! Już nie cierpi!» — tak mówiono wkoło —

A on w świat trosk mogilnych kroczył niewesoło,

W świat, gdzie pierwszą ułudą jest ostatnie tchnienie —

I zaczęło się nowe — nieznane cierpienie.

Dzwony jeszcze dzwoniły. Nie słuchał ich wcale.

Szli ludzie — dotąd żywi... Minął ich niedbale.

Czczość dzwonów i daremność zrozumiał pogrzebu

I zmarłymi oczyma przyglądał się niebu.

Dziejba leśna, IV

IV

Miłość stroskana

Która godzina? Która w niebie zorza?

Nie czas na skargi! Świat właśnie jest taki!...

Dawnoś to w zbożu rwał chabry i maki?

Pokochaj zboże! Nic nie ma, prócz zboża!...

Czemuż tak patrzysz w otchłanie bezczasu, —

I mówisz: «Jakże pokocham tę zmorę?» —

Dawnoś to w lesie całował drzew korę?

Więc las pokochaj! Nic nie ma, prócz lasu!

«Przyszedłem na świat, poprzedzon żałobą,

I byle jaką odejdę stąd bramą» —

A cóż zabierzesz na drogę ze sobą,

Jeśli — nie wszystko, jeśli nie to samo?

Niech dusza twoja, miłością wielmożna,

Takim się żalem po nocach nie trudzi,

Że prócz tych roślin i zwierząt, i ludzi —

Nic na tym świecie pokochać nie można!

IV

Usta i oczy

Długo się usta moje karmiły twym ciałem,

Aż głodu ust mych doznałem, —

Boś ujęła im pieszczot w ostatniej godzinie,

Co przemijając, nie minie.

I odtąd, odrzucone w świat, słońcem rozbłysły,

Straciły rozum i zmysły —

I całują te głazy i te martwe rzeczy,

Które duch zdeptał człowieczy.

Całują księżyc w studni, słońce wśród alkierzy25

I wiatr, gdy na wprost uderzy,

I gniazda, które burza strąciła przedwcześnie,

I kwiaty w polu i we śnie, —

I całują u źródeł szemrzącego losu

Wszystko, co kwitnie bez głosu,

Wszystko, co pocałunków, złożonych w pokorze,

Oddać im nigdy nie może,

Jeno musi w to słońce zapatrzyć się złote

I, milcząc, przyjąć pieszczotę.

I radują się usta, że całować mogą

Wszystko, nie mając — nikogo!

I że wolno im teraz na kwiatach oniemieć,

I mając wszystko — nic nie mieć!

Zaś oczy, gdy się usta do kwiatów zbliżały,

Odbiły nagle — świat cały.

I radują się oczy, że nad ust szkarłatem

Z całym spotkały się światem!

IV

Wiersz konny

Pochylony ku światu — patrzę w cień mój konny,

Jak się obco przewija — skośny i postronny —

Wybojem dróg.

Mój cisawy26, któremu i głaz nie zacięży27, —

Zaświat w słońcu zwęszywszy — kark zagrzany tęży

W uparty łuk!

Woniejące od pola, z traw wywiane losy

Złączyły nas na wspólny bieg w tamte niebiosy

I w tamten las...

I kazały jednakim zespolić się ruchem

Na sny różne, co — jawy związane łańcuchem —

Śnią się raz w raz.

Dąb, migając za dębem, wstecz luźnie odlata28, —

W przerwach między dębami zaskoczona chata

Cofa się w jar!...

Ruczaj29, słońcu na ukos jarząc się samopas30,

Z oczu nagle nam znika, jak wylękły topaz31,

Mara wśród mar...

Stogi siana z bocianem lub wroną na czubie

Olbrzymieją do czasu, aż giną w przegubie

Minionych miedz!

I dobrze nam, i barwno, gdy skrajem źrenicy

Pochwycimy mak w życie lub kąkol32 w pszenicy,

By dalej biec!

I dobrze nam, i skrzyście33, gdy wpobok34 cmentarza

Chata szybą od blasku oślepłą przeraża

Daleki step —

Lub gdy srebrem oparty o wierzchołek drzewa

Obłok — snem rozwidniony — na słońcu wygrzewa

Kudłaty łeb!

Bezmiar nozdrza nam szarpie i wre w naszym pocie,

A my piersią zdyszaną na własnej tęsknocie

Kładziem się wzdłuż!

W jeden tętent dwa nasze stapiając milczenia,

Sprzepaszczamy się w zamęt bystrego istnienia

Obojgiem dusz!

Czy to śmierć się tak dymi w zdybanym35 bezkresie?

Tak, to — ona! To — ona! Bo tak właśnie zwie się.

Tchu w piersi brak!...

Trzeba przemknąć pomiędzy śmiercią a pokrzywą...

Cisak36 w nicość się gęstwi pogmatwaną grzywą,

Jak lotny krzak!

Jeszcze chwila — a niebo skończy się! Lecz niech no

Próżnie zowąd wybłysłe ku nam się uśmiechną

Zza mgieł i wzgórz,

A my, łamiąc przeszkody, groźniej i pochmurniej

Pośpieszymy w tę otchłań na wieczysty turniej

Tamtejszych burz!

Jakiś blady mieszkaniec chmur — z niebios wybrzeża

Widzi, że wicher w locie o pierś nam uderza

Jak stal o stal, —

I nie może rozeznać poprzez kurzaw zwoje,

Co się stało na ziemi, że tych kształtów dwoje

Mknie w jedną dal?

I nie może zrozumieć w swoim wniebowzięciu,

Czemu z wyżyn drapieżnych spadł na kark zwierzęciu

Człowieczy stwór?

I dlaczego dwie zmory różnego obłędu

Zbiegły się, aby zdwoić czar swego rozpędu

Do innych zmór?

IV

Ciało me, wklęte

Ciało me, wklęte w korowód37 istnienia,

Wzruszone słońcem od stóp aż do głów,

Zna ruchy dziwne i znieruchomienia,

Które zeń w śpiewie przechodzą do słów.

Zna pląsy gwiezdne, wszechświatów taneczność

I wir, i turkot rozszalałych jazd, —

Pieśnią jest życie i pieśnią jest wieczność

W takt mego serca i nie moich gwiazd!

Gdy wieczór na noc do snu się układa,

Zmierzchami tłumiąc purpurowy żal,

Bóg, niby z nieba strącona kaskada,

W pierś mą uderza i rozdzwania w dal...

I drgają w piersi rozdzwonione losy,

Bije do głowy rozśpiewana krew,

I pieśnią całe ogarniam niebiosy,

I ziemię całą widzę poprzez śpiew!

IV

Jak niewiele ma znaków

Jak niewiele ma znaków to ubogie ciało,

Gdy chce o sobie samym dać znać, co się stało...

Stało się, bo się stało! Już się nie odstanie!

Patrzę ciągle i patrzę, jak gdyby w otchłanie,

I ciągle nasłuchuję, czy kto puka w ciszę?...

Nie dlatego, że widzę, nie przeto, że słyszę.

I usta moje bledną, a to ten ból biały

Nie dlatego, że zmarły, lecz bardzo kochały,

I uśmiech nie dlatego trwa na nich przelotem,

Żeby się uśmiechały... sam uśmiech wie o tem38.

A gdy ciebie wspominam — świat mi cały gaśnie,

Bo tak oczom potrzeba — tak chce się im właśnie!

A dłonie załamując, wiem, że nie z rozpaczy,

Lecz nie mogę inaczej — nie mogę inaczej.

IV

[Śni się lasom — las...]

Śni się lasom — las,

Śnią się deszcze.

Jawią się raz w raz

Znikłe maje.

I mijają znów,

I raz jeszcze...

A ja własnych snów

Nie poznaję.

IV

Dłoń zanurzasz w śnie...

Dłoń zanurzasz w śnie,

W zagrobowym cieniu.

Nie znajdujesz — mnie,

Wołasz po imieniu!

A ja — leżę tu,

Gdzie ma być nas — dwoje...

Brak mi tylko — tchu,

Oto — ciało moje...

IV

[Mrok na schodach...]

Mrok na schodach. Pustka w domu.

Nie pomoże nikt nikomu.

Ślady twoje śnieg zaprószył,

Żal się w śniegu zawieruszył.

Trzeba teraz w śnieg uwierzyć

I tym śniegiem się ośnieżyć —

I ocienić się tym cieniem,

I pomilczeć tym milczeniem.

IV

Boże, pełen w niebie chwały

Boże, pełen w niebie chwały,

A na krzyżu — pomarniały —

Gdzieś się skrywał i gdzieś bywał,

Żem Cię nigdy nie widywał?

Wiem, że w moich klęsk czeluści

Moc mnie Twoja nie opuści!

Czyli razem trwamy dzielnie,

Czy też każdy z nas oddzielnie.

Mów, co czynisz w tej godzinie,

Kiedy dusza moja ginie?

Czy łzę ronisz potajemną,

Czy też giniesz razem ze mną?

IV

Pogrzeb

Słyszę, jak deszcz po liściach coraz gęściej pluska.

Tak mnie nuży zwłok moich w zaświaty wywózka

Na kołach, co się kręcą, choć nie wiedzą39 drogi!...

Dla mnie już tylko — mroki i mroków rozłogi40!

Boże, czemuś dał duszę, co snu musi żebrać, —

I życie, które można tak łatwo odebrać?

I czemuś mnie z takiego utworzył marliwa41,

Że mnie w tę obcą ciemność byle noc porywa?

Czemu nieśmiertelniejesz42 na moim pogrzebie?

Czemuś zabił mnie jadem, co nie truje ciebie?

Czemu nuży mnie zwłok mych w zaświaty wywózka,

A deszcz po żywych liściach coraz gęściej pluska?...

IV

Śmierć wtóra

Dwojgu zmarłym w cmentarza zakątku

Dawna miłość śni się od początku, —

I westchnęli, i po małej chwili

Wspomnieniami ust się połączyli.

Usta, usta! Próchno w was migota!

Któż odgadnie, że to jest — pieszczota?

Któż pomyśli, że to jest kochanie —

Pocałunków trudne wspominanie?...

Słodka jeszcze jest taka żałoba:

Cień — cieniowi, mgła — mgle się podoba.

Ale szczęście nie potrwało długo:

Niespodzianie zmarli śmiercią drugą...

Boże, Boże! Gdzie twoje lazury?

Straszno zmarłym umierać raz wtóry!

Straszno nie być pod żadnym namiotem...

Cicho — ciszej... Nie mówmy nic o tem43...

Sen wiejski

Śni mi się czasem wieś, którą wbrew losom

Wysiłkiem marzeń przymuszam do trwania,

Czując, jak przymus co chwila jej wzbrania

Zniknąć, gdy właśnie zmyślonym niebiosom,

Oczyma ledwo naznaczyłem w próżni

Miejsce spotkania snu mego z błękitem.

Drzewa mnie nęcą naocznym rozkwitem —

Czasem się tylko jakiś liść opóźni

Lub gałąź, nie tak zjawiona, przez szpary

Snu w mrok wybiegnie ponad snu zamiary...

A zresztą — wieczór żmudny, nieustanny,

Z pola znużone wracają dziewczęta,

Wadząc spódnicą o złote dziewanny44,

O których sen mój, że śnią się, pamięta.

A kroki dziewcząt — uparte, bezgłośne

I jednoczesne i dziwnie nieznośne,

Jakby szły po to, by mi tylko dowieść,

Że idą, dbałe o pył, co się zrywa

Spod stóp ku zorzy. I, jak we śnie bywa,

Gdy życie wkracza we własną opowieść,

Wiem o nich wszystko... A one mą wiedzę

Zgadują na wskroś, że nie ta i pusta,

I dalej idą, wypełniając miedzę

I umiejętnie rozchylając usta

Jakby do śpiewu. Choć śpiewu nie słyszę,

Wiem, że śpiewają — i wsłuchany w ciszę

Ich warg, niemotą drętwych beznadziejną,

Te słowa chwytam na pozór kolejno:

«Czy kto nas wyśnił? I skąd nasza dola?

I czy to prawda, że wracamy z pola?

I czy to prawda, że my w sobie — żywe?

Śnijmy się nadal — zgodne i cierpliwe!»

Choć słów tych nie ma, lecz słyszę je w chwili,

Kiedy pomyślę, że tak być powinno.

Zorza ku głębiom strumieni się chyli,

Ściekając złotem i purpurą płynną,

Bieleją brzozy, krwawią się czereśnie —

Wszystko to we śnie.

Wszystko to we śnie. Gdy chylę w sen głowę,

Dziewczęta chylą tak samo swe skronie...

Przechodzą teraz przez nagłą dąbrowę,

Której nie było, a która, ustronie

Wprzód upatrzywszy, w sieć snu siebie chwyta

I na spotkanie idącym rozkwita,

Szumiąc zieleni zaklętą pierwszyzną,

Nieprzewidzianą, a bujną i żyzną,

Wśród której życie, przemieszane z zorzą,

Przeświecające wraz z niebem przez liście,

Purpurowieje mętnie i cieniście.

Na widnokręgu obłoki się mnożą.

Od dziewcząt cienie padają ukośne

I jednoczesne i dziwnie nieznośne,

Jak gdyby po to wysnuły się drogą,

Aby mi dowieść, że mają od kogo

I na co upaść... I błędne motyle

Na pokaz, z trudem swój kształt w zorzy trwalą45.

Teraz chcę zliczyć tłum dziewcząt, co falą

Płynie po kwiatach — jest tyle a tyle,

To wszystko, — liczby określić nie umiem,

Ale ją na wskroś i żywcem rozumiem,

Jak gdyby była nie liczbą, lecz spadem

Ciał w głąb na oścież rozwartego ducha.

Już czerwiec, skrząc się, biegnie moim sadem,

A w chacie mojej — noc lipcowa, głucha,

A w polu wieczór dogasa sierpniowy.

Jakiż to miesiąc zmącił sny mej głowy?

Mijają lipce i sierpnie, i wrześnie...

Wszystko to we śnie.

Wszystko to we śnie! I wszystko przemija,

Nie przemijając. I trwa wieś niczyja

I wieczór, złotą znakowany smugą.

O, jakże znikąd i jakże już długo

Idą te z pola znużone dziewczęta!

I ja wraz z nimi! Bo i mnie też pęta

Żądza przebycia nad strumieni wodą

Nagłego lasu, co złudnie się spiętrza,

Ale nie mogę wejść cały do wnętrza

Mego snu: jestem sam sobie przegrodą.

Choć w nim się błąkam, choć dłońmi obiema

Dotykam kwiatów, wiem, że mnie tam nie ma.

Dziewczęta wzajem poprzez mgieł błękitność

Wskazują sobie moją tam niebytność

I sad, gdzie mogłem w cieniu grusz i śliwek

Czekać na przyjście ich wśród drzew bezładu,

I popod płotem tego właśnie sadu

Siadają rzędem na wspólny przyśniwek

O tym, co serce niewoli do bicia —

Czy pozyskanie, czyli strata życia?

I o tym jeszcze, co słodsze dla ciała —

Sen, który gaśnie, czy jawa, co pała?

I o tym jeszcze, skąd przyszła ich dola?

I czy to prawda, że wracają z pola?

I czy to prawda, że zjawiona w ciszy

Pierś ich tym żyje, że swój oddech słyszy?

I tak śnią chórem chciwie, pracowicie,

Dłonią w swych piersiach przytrzymując życie,

A która dośni do końca — ta gaśnie.

Gasną kolejno, bez żalu. Już właśnie

W ostatniej tli się snu reszta ostatnia,

Która się w zorzy jeszcze wyszkarłatnia,

A i ta z wolna do śmierci nawyka

I w mgle samochcąc bez śladu zanika,

W tej mgle, co w dal się rozwiewa bezkreśnie...

Wszystko to we śnie.

Śmierć Buddy

U wód Hiranjawati46 — nad brzegiem żałoby

Poległ Budda47, trawiony mgłą ślepej choroby.

Był w pobliżu tłum uczniów i był ptak na drzewie,

I dziewczyna, o której nikt dotąd nic nie wie.

Śmierć opodal, we zgubne zwinięta pierścienie,

Czekała, jak pies wierny, na jego skinienie.

Uczył ją wlec obrożę i lizać złe pęta

I patrzał, jak w ślad za nim po snach się wałęta48,

A dziś — choć się skłębiła nad wspólną otchłanią —

Nawet jej nie pogłaskał i nie spojrzał na nią...

Było ponad potokiem drzew tyle a tyle, —

A kwiatów jeszcze więcej. Fruwały motyle.

A on mówił do uczniów: «Czylim się spodziewał,

Że będę wspomnieniami zgon zimny zagrzewał?

Pamiętam, jak bystrego dosiadłem Kantaki,

By odjechać na zawsze w ten świat byle jaki49, —

I pamiętam snu nędzę i noc lotusową50,

Gdy się księżyc do reszty spełnił nad mą głową,

A jam poglądał51 duchem, co złudzeń unika,

W przepaść rozkwieconego kędyś października.

Krążyła w sokach drzewnych szalenizna52 czasu,

I jeziorniała53 nicość opodal śród lasu,

I chyliły się kwiaty nadmiarem brzemienia

W cienistość zgęstniałego od rosy istnienia,

A ja, tropiąc kres bytu w kierunku ich woni,

Czułem dumną zniszczalność ust, piersi i dłoni,

Czułem, że duch mój, w leśną schwytany zieloność,

Potrafi zdławić w sobie czar i nieskończoność...

O, wytępić ślad gwiezdnej z błękitem łącznicy!

Wymknąć się zwinnym sidłom pustej tajemnicy!

Stracić z oczu brzeg niegdyś znajomej rozpaczy!

Umrzeć, dopóki jeszcze śmierć trwa i coś znaczy!»

I śmierć to słowo: umrzeć — pochwyciła mętnie

I węsząc zdobycz, dla niej zachowaną skrzętnie,

Ku ciału śladem duszy podpełzła zawile.

Lecz dał znak. Śmierć odeszła. Fruwały motyle.

A on mówił: «Com widział w obłędnej pogoni

Za źródłem nieistnienia, gdzie się nic nie trwoni?

Widziałem Wieczność w górach — w godzinie niewiary

W trwałość własnej żałoby i w uciszeń czary,

Gdy odziana w śnieżycy wzburzony gronostaj

Z płaczem o wszystkich zmarłych — wybiega na rozstaj!

Widziałem, jak się borów osoba liściata

Wyłania z pęt zieleni i bada głąb świata,

Co powstał wbrew jej szumom i z myślą nie o niej, —

Liście zwiędłe — od niego, on od liści stroni...

I tu jeszcze widziałem, jak trup się spopiela,

A popiół, zamiast spocząć, w inny kształt się wciela:

Psem się staje u wrótni54 obcego mu domu

Lub dziewczyną zdradzoną, co łka po kryjomu, —

Lub przypłodkiem55 tygrysim, lub dłonią zbrodniarza —

Trup na długość tej dłoni uchodzi z cmentarza —

I bruzda po umarłym czernieje w niebycie...

A gdziekolwiek poszedłem — szło za mną w krok życie,

Szło, skomląc o kęs ciała i tucząc się troską,

Szło z tej nędzy człowieczej w tamtą nędzę boską.

Próżno jego czepliwej ujść pragnąłem zmorze:

Jest wszędzie — jest zawczasu — i nie być nie może!

Byłem w miazgach mdłych mroków, w tumanach bez treści —

Lecz i tam się coś krząta, szemrze i szeleści!

Wiem: sen wieczny to tylko czasu w grobie strata,

Bo w najdalszych zakątkach i przerwach wszechświata

Nie ma zwłok dość umarłych, dość znikłego cienia

I pyłów dość nikczemnych — bez łez, bez istnienia!

I jąłem wówczas walczyć z tym pyłem ostatnim —

Z tym szelestem, z tym szmerem na pozór tak bratnim...

Aż krusząc najdrobniejsze istnienia kajdany,

Znalazłem nagłą wolność w otchłaniach Nirwany56!...

Mój to twór! W nim się zmieszczę, mimo żądz ogromu!

Grób na miarę nicości, nieznanej nikomu!

Ciemność, której nie tyka żaden promień słońca!

Trumna, gdzie nieskończoność dobiega do końca!

Zanim w niej się ułożę, zanim rzucę ziemię,

Niech jeszcze przed odjazdem śmierć poda mi strzemię»

To rzekłszy, w ślepie śmierci popatrzył tak bacznie,

Że pobiegła ku niemu, bledniejąc nieznacznie

I część ruchu w przydrożnym zostawiając krzewie.

Lecz dziewczyna, o której nikt dotąd nic nie wie,

Krzyknęła: «Nie umieraj! Chociaż nic nie znaczę

Dla ciebie we wszechświecie, lecz spojrzyj, jak płaczę...

Nie umieraj! Raz jeszcze oprzyj się mogile!» —

Więc dał znak. Śmierć odeszła. Fruwały motyle.

A dziewczyna szeptała: «Czas nagli! Śmierć — bliska!

Spójrz prędzej w moich oczu modre57 zmierzchowiska —

Nie umieraj! Daremnie o nicość się kusisz!

Nie znalazłeś jej nigdzie! Po śmierci trwać musisz!

Pójdź ze mną w żal bez końca i pójdź w beznadzieję!

Wszystka teraz dla ciebie z całych sił istnieję...

Kocham moc twego ducha — zmarszczki twojej twarzy,

I schorzałość, co w oczach trucizną się jarzy.

Nie umieraj! Pieszczotą wyróżnię twe ciało,

By dla ciebie i dla mnie niezbędnym się stało!

Myśl zatopię w rozkoszy obłędnym bezkresie,

Aby nic nie myślała prócz tego, co chce się...

Białą szyję potrafię giąć do twej rozpaczy —

I zrozumiesz, że rozpacz nic wówczas nie znaczy.

Żyj, dopóki me dłonie bieleją po świecie,

Dwa narzędzia pieszczoty, a usta — to trzecie!

Twego bólu do życia żaden grób nie schłonie58!» —

I dziewczyna obydwie wyciągnęła dłonie,

I usta doń zbliżyła, by go zmóc za chwilę.

Budda skinął. Śmierć przyszła. Fruwały motyle.

Dziejba leśna

Wnętrze grobowca pogańskiego. Przez otwór z prawej strony — wchodzi święty Makary59 z wiązką chrustu na plecach. Posuwa się w głąb grobowca, układa chrust na ziemi i roznieca ognisko. Zrazu drobny, a potem coraz większy płomień rozwidnia grotę światłem, które pełga60 po ścianach grobowca wraz z towarzyszącą mu w bezładnym popłochu gromadą niepohamowanych cieni. Blask pada na leżące tu i ówdzie zwłoki, rozmaicie na ziemi rozpostarte. Święty Makary — odziany w szaty ubogie. Jest krępy — z czarną brodą. Ruchy ma pewne siebie, choć nieco porywcze i niespokojne. Układa płaszcz na ziemi i z chrustu robi jakie takie wezgłowie, aby spocząć.

MAKARY

Tu spocznę. Tu — mój nocleg — w pobliżu tych twarzy,

Z którymi blask ogniska tak źle się kojarzy, —

Tak mu obco po martwych bezwyrazach pełgać —

Tak się boi w sen wieczny zbyt złociście wełgać!

Rozgląda się po grobowcu.

Prześpię noc. Na noc całą dla świata — przeminę

I pomyślę, żem nabył śmierci odrobinę

Od tych zmarłych... A z taką odrobiną właśnie

Łatwiej mi już do Boga...

Przygląda się kolejno zwłokom.

Leżą tak grymaśnie...

Ten — na wznak, ów — na boku, a tamten — na brzuchu.

Coś w nich jeszcze się dzieje — pomimo bezruchu.

Może milczą — wsłuchani w podziemnych burz łoskot?

A może weszli w bezmiar tych pośmiertnych prostot,

Gdzie się wszystko tak spełnia, jak chęć szumu w lesie,

A cokolwiek się staje — jest tym, czego chce się...

Posuwając się w głąb grobowca, zatrzymuje się nad trupem o kształtach świadczących jeszcze o dobrobycie — tłustych i ordynarnych.

Więc i taki otylec — z mgłą zaświatów sprzeczny —

Karkiem śmiesznie rubasznym — pcha się w żywot wieczny?

Przygląda się następnemu.

A ten ma niesprawdzalną obojętność w twarzy

Na to, co się zdarzyło — lub jeszcze się zdarzy...

Spostrzega piłkę.

Piłka, którą poganin w swej bezbożnej chuci

Rzucił w zaświat i czekał, czy mu kto odrzuci?

Spostrzega trupa dziewczyny.

Trup dziewczyny. Trup świeży. Skóra jeszcze gładka.

Ileż to wiosen w kościach? Młodziuchna próchniatka.

I dłonie dołyszkami61 odwróciła blada,

Jak gdyby próbowała, czy właśnie deszcz pada?...

Można całą jej duszę pomieścić w jaskółce!

Zamyśla się na chwilę.

Na niej, jak na upchanej nicością pościółce,

Głowę do snu utrwalę na dowód pogardy

Dla tych zgręzów62 pogańskich! Sen będę miał twardy!

Układa głowę na piersiach dziewczyny i nogi przed się wyciąga.

I przez sen będę chwalił bezmiar Twej wszechmocy —

Śnij mi się, Boże wielki, śnij mi się tej nocy!

Szepce modlitwy i zasypia.

Z głębi mroku — z najdalszych zmierzchów grobowca — wyłaniają się nagle dwie, nieokreślone w swych zarysach postaci, które w miarę zbliżania się do śpiącego określają się coraz wyraźniej i pośpieszniej w swych kształtach. To — Amazarak63 i Azaradel64. Obydwaj przyglądają się Św. Makaremu.

AZARADEL

Śpi.

AMAZARAK

I myśli, że właśnie sam Bóg mu się marzy

A śni mu się — nic z Boga — coś z człeka — twarz twarzy,

Złuda do powszedniego dla śpiących użytku,

Bóg prawdziwy dla świata jest przedmiotem zbytku.

AZARADEL

Nogi przed się wyciągnął — dość krępe w budowie.

Nicość ma za podnóżek, trupa — za wezgłowie.

AMAZARAK

I co to za karczemny do trupa stosunek!

Chrapać na zmarłej piersi, co śni pocałunek!

AZARADEL

I żywcem wstydliwości urągać trupięcej!

Płeć zmarłych jest ta sama!

AMAZARAK

A może — coś więcej!

Azaradel przyklęka nad trupem dziewczyny.

AZARADEL

Boże! Jeśli Twe oczy umarłą postrzegą —

Wwódź ją na pokuszenie, nie zbaw ode złego,

Nie daj jej spocząć w grobie! Niech zawsze się trwoży

O swój proch złotowłosy — o Twój uśmiech boży!

Niechaj nawet po śmierci dba o urok trwalszy,

Niech się w mroku boryka o szczęścia ciąg dalszy!

Wstaje z klęczków.

AMAZARAK

Amen! Szczera modlitwa wzrusza jak żałoba.

I ten «szczęścia ciąg dalszy» — dość mi się podoba.

Ty — ciał znawca. Zbudź trupa. Daj mu pląs i dreszcze.

Niech ciało samo siebie przeżyje raz jeszcze.

I niech święty Makary, gdy noc minie pusta,

Pokocha w ustach zmarłej nie tylko te usta.

Azaradel zaklinająco wyciąga dłonie nad trupem dziewczyny.

AZARADEL

Twarzyczko, zaniedbana w śmiertelnym uboczu,

Miej wiarę w siebie samą i w mus moich oczu.

Noc mi dała w ciemnościach zatajony urząd,

Bym się życia dobudził w zamarciu twych nóżąt.

Zbudźcie się, dłonie, zziębłe od lęku i chłodu —

Zbudźcie się, piersi, śmiercią zniszczone za młodu.

Zbudźcie się, usta, troską zbielałe nieżywą, —

By dać innym swych pieszczot ciepłotę i lgniwo65.

I ty zbudź się, dziewczyno — ty sama, prócz ciała —

Prócz ust, dłoni i piersi — byś wszystka66 istniała!

Dziewczyna otwiera oczy. Amazarak i Azaradel, unosząc się w powietrze, znikają w głębi mroku. W miejscu ich zniknięcia ukazuje się drobna, jak zabawka, łódź ze świetlistego złota i, płynąc gdziekolwiek, gaśnie w punkcie nieokreślonym; jakby dobiła do brzegu, gdzie istota łodzi staje się zbyteczna. Piersi dziewczyny wzdymają się najpierw próbnym, a potem coraz pewniejszym oddechem. Przez otwór grobowca przenika blada smuga świtu. Makary budzi się, nasłuchuje i zrywa się nagle na równe nogi.

MAKARY

Żyjesz?

DZIEWCZYNA

Żyję... wbrew życiu. Coś mi się wspomina...

MAKARY

A co robisz w grobowcu?

DZIEWCZYNA

Cierpię.

MAKARY

Moja wina,

Żem się w piersi zawczasu życia nie dosłuchał.

DZIEWCZYNA

wstając

Zły byłeś dla mej piersi! Świt cię udobruchał.

Gbur jesteś ze zmarłymi! Ze śmiercią — rubacha67!

Gdyś się porwał na nogi — miałam nawet stracha.

MAKARY

zamyślony

Czym byłaś dla mnie w mroku?

DZIEWCZYNA

Jest w mroku wygoda...

MAKARY

Czym byłaś?...

DZIEWCZYNA

Tak mi nagle samej siebie szkoda!

Łbem tkwiłeś na mej piersi — żywy nieprzytomnie,

Miażdżyłeś bez miłości — spałeś bez snów o mnie,

A teraz śmiesz mi patrzeć w zmartwychwstałe lico

I pytać, czym ci byłam? — Twoją przespanicą!

MAKARY

Boże, jeżelim zgrzeszył w niewiedzy godzinę, —

Przebacz sen mój przebiegły i noc, i dziewczynę!

DZIEWCZYNA

Korzysz się modlitewnie, a gardzisz mną z pańska.

Nie kochasz?

MAKARY

W oczach twoich mgła krąży pogańska.

DZIEWCZYNA

A usta?...

MAKARY

O, nie myślę o ust twych koralu!

Giniesz z nadmiaru grzechów!

DZIEWCZYNA

Ginę z samożalu!

O, weź mnie i w objęciach zanieś biedne ciało

Daleko — aż do szczęścia! zamyślona Szczęście mi zmalało...

MAKARY

Zmalało?

DZIEWCZYNA

Tak! Nic usta ustom nie pomogą!

Nikt nikogo nie kocha! Wiem, że nikt — nikogo!

MAKARY

Miłość — w Bogu! Z twej duszy uczyń mu ofiarę.

DZIEWCZYNA

Nie mam czasu na ciągłą w twego boga wiarę.

Wierzę w to, co się samo naprędce wywróży,

I w przemokłą od rosy — nieskończoność róży...

MAKARY

Tyle w tobie nicości, co skrzydeł w łabędziu...

DZIEWCZYNA

Twój bóg nazbyt jest nigdzie, mój — na podorędziu68.

Wskazuje otwór, słońcem zalany.

Spójrz — światła już się burzą! W słońcu mi do twarzy!

Osłania z lekka piersi.

Lubię w nim się zazłocić! Niech się pierś pojarzy69!

I lubię kędziorami niepotrzebnie wstrząsać,

Śmiać się i nic nie wiedzieć, i na świat się dąsać.

I nim stało się właśnie to, co mnie pokładło

Na ziemi...

MAKARY

Co się stało?

DZIEWCZYNA

To, że wszystko zbladło!

Robi kilka kroków w głąb grobowca.

Było tak: dajmy na to, że las się kołysze

Uderza stopą w ziemię.

W tym miejscu — nie gdzie indziej...

Rozlega się szum leśny.

Słyszysz szumy?

MAKARY

Słyszę —

Choć brak lasu...

DZIEWCZYNA

Nic nie brak!... Zresztą brak mi czasu...

Z chłopcami szłam do lasu, z całych sił do lasu,

Aż zabrnęłam w gęstwinę, gdzie las się odmienił,

Wypodziemnił się nagle i wypodzielenił

I dział się tak pośpiesznie, że aż zbrakło czasu

I nie można już było iść dalej — w głąb lasu —

I nikt nie mógł zrozumieć i nie chciał zrozumieć,

Czemu trzeba tak istnieć, żeby łkać i szumieć?

A sęki i gałęzie, i liście przez liście

Działy się zieleniście, bardzo zieleniście —

I ja, gdym w dziejbę leśną wbiegła nieostrożnie,

Działam się wobec chłopców — bez płaczu a trwożnie!

O, chwyć teraz w ramiona dziejbę mego ciała!

To ta sama, co w lesie! Ta, co nie płakała...

MAKARY

O, Boże!

DZIEWCZYNA

Tak! O, boże! Okropną pomyłkę

Los mi zdarzył!... Z chłopcami bawiłam się w piłkę.

Podnosi piłkę.

To ta sama. A dłonie do piłki mam skore.

Pokochaj moje dłonie! Lecz serce mam chore!

Pamiętaj! Matka radzi, żebym oszczędzała

Serca mego staranniej, niźli reszty ciała.

Było tak:

Odsuwa go w prawą stronę grobowca i wciska mu w dłonie piłkę.

Tu w tym miejscu — mniej więcej — mniej więcej

Stali chłopcy, pieszczoty spragnieni dziewczęcej,

Sama się cofa naprzeciw — w lewą stronę grobowca i uderza stopą o ziemię.

A ja stałam tu właśnie! Tu była snu zaródź.

Las dział się.

do Makarego

Dziej się prędzej! Rzuć piłkę! Nie marudź!

MAKARY

rzuca piłkę

O, Boże!

DZIEWCZYNA

łapiąc piłkę

Jeden z chłopców wpatrzony niezłomnie

Zawołał: Jeśli kochasz — rzuć piłkę wprost do mnie!

MAKARY

I rzuciłaś?

DZIEWCZYNA

rzuca weń piłką

Rzuciłam, a on się zasmucił!

Nie dowierzał rzutowi i, blednąc, odrzucił.

No, odrzuć! Czemu zwlekasz?

MAKARY

odrzucając w zadumie piłkę

Coś we mnie się mroczy...

DZIEWCZYNA

łapiąc piłkę

Oczy masz takie trudne! Po prostu — nie oczy!

Rzekłam chłopcu: Jeżeli tę piłkę dla ciebie

Tak wysoko podrzucę, że aż zginie w niebie,

Czy uwierzysz, że kocham? Zaszeptał: Uwierzę!

Rzuca piłkę coraz wyżej i wyżej pod strop grobowca w pląsach i podskokach.

Rzuciłam zbyt miłośnie, zbyt mocno, zbyt szczerze

I w skok za nią i serce pękło mi na dwoje!

Chwyta się za serce.

Tak samo! O, tak samo! Biedne serce moje!

Pada na ziemię, Makary przyklęka nad nią.

MAKARY

I dlaczego ty właśnie?...

DZIEWCZYNA

Daj dłoń, bym się wsparła.

Makary składa jej głowę na swej dłoni.

Jeżeli spotkasz chłopca — powiedz, żem umarła.

Pociąga go ku sobie.

Usta moje ucałuj — dla ulgi konania...

MAKARY

Oto krzyżem cię żegnam zamiast całowania.

DZIEWCZYNA

Więc jeżeli nie w usta, to choć bliżej czoła...

MAKARY

Już twe czoło — niczyje...

DZIEWCZYNA

Las szumi dokoła...

Umiera.

Szum leśny nagle zanika.

MAKARY

Szum ustał. Tak bezleśnie teraz i bezziemnie,

Jakbym z lasu w nic wyszedł, lub las wyszedł ze mnie —

Patrzy na trupa.

Daj, Boże, tej pogance w otchłani cierpienia

Kąt taki, żeby miała choć pozór wytchnienia.

Azaradel i Amazarak zjawiają się tuż poza plecami Św. Makarego, który powierzchnią ciała i domysłem wyczuwa ich obecność.

MAKARY

oglądając się nagle

Kto tam?

AZARADEL

My...

MAKARY

Tak — poznaję...

AMAZARAK

Poznajesz nie wszystko.

AZARADEL

Jak spędziłeś noc z rudą na wznak wiekuistką?...

AMAZARAK

Już odtąd będzie tobie śnił się na wyprzódki70

To Bóg, to znów — dziewczyna, dwie mgły lub dwa smutki,

Dwie bliźnięce rozpacze — a może — dwa cienie,

Lub jedno w dwu osobach nieporozumienie!

MAKARY

Sen mój będzie posłuszny wolnej woli nieba,

A noc spędziłem z trupem tak właśnie, jak trzeba!

AZARADEL

Poskąpiłeś umarłej posługi ostatniej —

Skromnego pocałunku lub pieszczoty bratniej.

AMAZARAK

W zamian za to głosiłeś myśli dość rozlazłe...

Twój wspólnik to podkreśla i ma ci to za złe.

MAKARY

Mój wspólnik? Jaki wspólnik?

AZARADEL

No, Ten, co to w niebie

Myśli tylko o tobie i czeka na ciebie.

AMAZARAK

Wyznaj swoją ciemnawą na tle Boga winę.

MAKARY

Nic nie skrywam!

AMAZARAK

Żeś właśnie pokochał dziewczynę.

AZARADEL

Jej usta... Może w myśli spijałeś ich żale?

MAKARY

Jej usta... Wyznam Bogu te wszystkie korale,

Co z ust jej spadły na mnie, jak dotkliwa próżnia...

Kocham? Nie wiem! Bóg pewno już grzech mój wyróżnia...

Azaradel i Amazarak zbliżają się do zwłok dziewczyny.

AMAZARAK

Czas już zanieść umarłą do domu — bez domu.

AZARADEL

A poniesiem ją komu?

AMAZARAK

Już chyba nikomu...

MAKARY

Raz ożyła... raz drugi ożyć jeszcze może...

Pójdę w ślad, by ku Tobie nawrócić ją, Boże!

Podnosi piłkę.

Piłkę oddam, jeżeli obudzić się zdoła.

AMAZARAK

Zdarza się w mgle pozgonnej złocistość wesoła.

Zabawicie się w piłkę! Gwiazdy wam poświecą...

Trzeba tylko tak rzucać, jakby była nieco

Inna, niż jest... Bo zresztą nawet śmierci brama

Zawsze inna i nigdy nie bywa ta sama.

Azaradel i Amazarak podnoszą trupa — szum leśny rozlega się nagle.

AZARADEL

Nieśmy ją w którąkolwiek po drodze współciszę...

AMAZARAK

Las szumi.

MAKARY

Nie ma lasu.

AZARADEL

Słyszysz szumy?

MAKARY

Słyszę.

Jej — nie ma.

AMAZARAK

Las pozostał... Już ciału spać chce się,

A dziewczyna się dzieje w tym lesie...

AZARADEL

W tym lesie...

AMAZARAK

Przytul dziejbę pośmiertną dziewczęcego ciała

Do piersi — wprost do piersi, póki wie, że pała...

MAKARY

Ktokolwiek wyjdzie z lasu — ten będzie zbawiony.

AZARADEL

Nie wyjdziesz.

AMAZARAK

Pilnuj piłki.

AZARADEL

Potkniesz się o zgony...

AMAZARAK

Chcesz umrzeć?

MAKARY

Chcę...

AZARADEL

Dla Boga, czy ledwo dla siebie?

MAKARY

Chcę dla Boga! po namyśle i dla niej...

AMAZARAK

Kochasz na pogrzebie...

Może zmarłą pojmujesz jeszcze zbyt cieleśnie —

Zbadaj serce i powiedz: czy czas, czy za wcześnie?

Makary kładzie wolną rękę na sercu.

MAKARY

Czas już! Czas...

Azaradel rusza pierwszy — szum się wzmaga.

AZARADEL

Dalej w drogę. W głąb lasu, w głąb lasu...

I czemu mówisz: Czas już — kiedy nie ma czasu!

AMAZARAK

Twoja miłość bieżąca nas wiecznych nie zmami.

AZARADEL

Idziemy w nieskończoność.

MAKARY

Idę w ślad za wami.

Szum umownego lasu wzmaga się coraz bardziej, urastając jakoby w burzę wiekuistą. Azaradel i Amazarak ze zwłokami dziewczyny postępują przed się — w mrok grobowca. Makary z piłką w ręku posuwa się w ich ślady, aż wszyscy w mroku giną.

Przypisy:

1. umieszczka — miejsce. [przypis edytorski]

2. na nice (daw.) — na opak, na drugą stronę. [przypis edytorski]

3. narów — zły nawyk, wada. [przypis edytorski]

4. rozłóg — otwarta przestrzeń. [przypis edytorski]

5. poglądać (daw.) — spoglądać. [przypis edytorski]

6. roznieta — rozpałka. [przypis edytorski]

7. nieobaczny (daw.) — niebaczny. [przypis edytorski]

8. strwon (neol.) — strata. [przypis edytorski]

9. zbytecznieć (neol.) — stać się zbytecznym. [przypis edytorski]

10. wrótnia (daw.) — brama. [przypis edytorski]

11. na przemiany — na przemian. [przypis edytorski]

12. męt — brak uporządkowania myśli. [przypis edytorski]

13. Osjan (mit. irl.) — Oisín syn Fionna, legendarny wojownik i bard celtycki, bohater średniowiecznych podań. Miał być autorem tzw. Pieśni Osjana, rzekomych średniowiecznych poematów celtyckich, za których odkrywcę podawał się szkocki poeta James Macpherson. Wydane zostały w języku angielskim w 1760 r. (Macpherson twierdził, że tłumaczył je z języka gaelickiego) i stały się bardzo popularne w całej Europie, wywierając wpływ na literaturę romantyczną. Mimo raportu specjalnej komisji, ogłoszonego przez Highland Society w Edynburgu w 1805 r., a podważającego autentyczność pieśni, duża część elity intelektualnej Europy uważała Pieśni Osjana za prawdziwy zabytek dawnej poezji celtyckiej, a zarazem za dokument historyczny. [przypis edytorski]

14. zatrata (daw.) — zniszczenie. [przypis edytorski]

15. swawolić — bawić się beztrosko; tu o wianku: toczyć się w podskokach. [przypis edytorski]

16. skrzeble — bajkowe stworzenia. [przypis edytorski]

17. błoń a. błonie (daw.) — łąka, pastwisko; rozległa przestrzeń porosła trawą. [przypis edytorski]

18. żywczyk — mała rybka przeznaczona na przynętę a. zwierzę przeznaczone na ubój; daw.: żywa istota. [przypis edytorski]

19. powikłany — pogmatwany. [przypis edytorski]

20. nasturcja — roślina o żółtych, pomarańczowych lub czerwonych kwiatach, uprawiana w ogrodach i na balkonach. [przypis edytorski]

21. piętrowanie (daw.) — gromadzenie, piętrzenie. [przypis edytorski]

22. mgławieć — przybierać mglistą postać. [przypis edytorski]

23. Don Żuan a. Don Juan, a. Don Giovanni — postać literacka, której wzorem miał być szlachcic hiszp. Juan Tenorio, żyjący w Sewilli w XVI w. Słynął z urody i uroku osobistego, ale także z przedmiotowego traktowania kobiet i egoizmu. Postać Don Juana inspirowała wielu twórców (m.in. Moliera, Mozarta, Byrona), którzy bardzo często różnili się w interpretacji tej postaci. W operze Don Giovanni Mozarta ten hulaka i uwodziciel okazuje się jednocześnie nieustraszonym indywidualistą, nieugiętym wobec duchów i śmierci. [przypis edytorski]

24. pozgonny — pośmiertny. [przypis edytorski]

25. alkierz (daw.) — mały, boczny pokój. [przypis edytorski]

26. cisawy — koń maści czerwonobrunatnej. [przypis edytorski]

27. zaciężyć — dziś popr.: zaciążyć. [przypis edytorski]

28. odlata — dziś popr. forma 3 os. lp cz.ter.: odlatuje. [przypis edytorski]

29. ruczaj — mała rzeczka, strumień. [przypis edytorski]

30. samopas (daw.) — bez opieki, w pojedynkę. [przypis edytorski]

31. topaz — minerał, kamień ozdobny, przezroczysty, niebieskawy lub żółtawy. [przypis edytorski]

32. kąkol — chwast zbożowy o purpurowych kwiatach i trujących nasionach. [przypis edytorski]

33. skrzysty — iskrzący. [przypis edytorski]

34. wpobok (daw.) — obok. [przypis edytorski]

35. zdybany — znaleziony. [przypis edytorski]

36. cisak — koń cisawy, tj. o czerwonobrązowej sierści. [przypis edytorski]

37. korowód — szereg osób posuwających się jedna za drugą. [przypis edytorski]

38. tem — dziś popr. forma Ms. lp r.n.: tym; tu zachowano starą formę ze względu na rym. [przypis edytorski]

39. nie wiedzieć (daw.) — nie znać. [przypis edytorski]

40. rozłóg — otwarta przestrzeń. [przypis edytorski]

41. marliwo (neol.) — substancja podległa śmierci. [przypis edytorski]

42. nieśmiertelnieć (neol.) — stawać się nieśmiertelnym. [przypis edytorski]

43. tem — dziś popr. forma Ms. lp r.n.: tym; tu zachowano starą formę ze względu na rym. [przypis edytorski]

44. dziewanna — roślina zielna z niewielkimi żółtym kwiatami na wysokiej łodydze. [przypis edytorski]

45. trwalić się (neol.) — trwać, utrwalać się. [przypis edytorski]

46. Hiranjawati — rzeka w Indiach, wg legendy nad jej brzegiem umierał Budda. [przypis edytorski]

47. Budda (sanskr.: oświecony, przebudzony) a. Budda Siakjamuni, właśc. Siddhartha Gautama (prawdopodobnie 563–483 p.n.e.) — twórca buddyzmu; syn królewski, asceta, myśliciel i nauczyciel duchowy; żył w płn. Indiach, przy dzisiejszej granicy z Nepalem. [przypis edytorski]

48. wałętać się (neol.) — wałęsać się. [przypis edytorski]

49. Pamiętam, jak bystrego dosiadłem Kantaki, By odjechać na zawsze w ten świat byle jaki — wg legendy Budda uciekł nocą konno z pałacu ojca, aby szukać lekarstwa na choroby, starość i śmierć, o których istnieniu dowiedział się dopiero w wieku ok. 29 lat. [przypis edytorski]

50. lotus — dziś popr.: lotos. [przypis edytorski]

51. poglądać (daw.) — spoglądać. [przypis edytorski]

52. szalenizna — szaleństwo. [przypis edytorski]

53. jeziornieć (neol.) — stawać się jeziorem. [przypis edytorski]

54. wrótnia (daw.) — brama. [przypis edytorski]

55. przypłodek (daw.) — dziecko. [przypis edytorski]

56. nirwana (z sanskr.: zgaśnięcie, zdmuchnięcie) — stan całkowitego spokoju i poznania prawdy absolutnej uzyskiwany podczas medytacji; termin występujący w religii i filozofii indyjskiej. [przypis edytorski]

57. modry — ciemnoniebieski, granatowy. [przypis edytorski]

58. schłonąć (przestarz.) — pochłonąć. [przypis edytorski]

59. święty Makary — istnieje kilku świętych o tym imieniu, najbardziej znany jest Makary Wielki, zwany też Starszym lub Egipskim (ok. 300–ok. 390). Pasterz, od młodości czuł powołanie do życia pustelniczego, ale rodzice zmusili go do ożenku. Po śmierci żony i rodziców, w wieku 30 lat został mnichem i osiadł w pustelni Skete (dziś: Wadi al-Natrun w Egipcie). Tam zasłynął z surowego trybu życia, licznych umartwień i postów, a także z wymownych i pięknych kazań. Żyjąc w poście i modlitwie otrzymał dar proroczy oraz zdolność czynienia cudów. Pozostawił po sobie wiele homilii oraz liczne grono naśladowców, a jego pustelnia stała się ośrodkiem życia kontemplacyjnego na następne stulecia. W ikonografii przedstawia się go jako siwobrodego zakonnika na tle jaskini, często z trupią czaszką, symbolem przemijania, znikomości i śmierci, lub ze zwojem. [przypis edytorski]

60. pełgać — palić się słabo, świecić nierówno. [przypis edytorski]

61. dołyszek — wewnętrzna strona dłoni. [przypis edytorski]

62. zgręz a. zgręza — fus, męt; resztka. [przypis edytorski]

63. Amazarak — (znany również jako Amezjarak, Amazarek, Semjaza, Szamjaza, Szemhazaj) w tradycji judaistycznej i chrześcijańskiej upadły anioł, który nauczył rzemiosła czarnoksiężników i zielarzy. Jest jednym z przywódców dwustu aniołów, którzy zstąpili z nieba na ziemię i współżyli z ludzkimi kobietami, płodząc gigantów, co stało się jedną z przyczyn decyzji Boga o zniszczeniu ludzkości przez potop. Wg Zoharu Amazarak pojął za żonę jedną z córek Adama i Ewy i miał z nią synów. [przypis edytorski]

64. Azaradel — w etiopskiej apokryficznej Księdze Henocha Azaradel jest jednym z upadłych aniołów, którzy objaśniają ludziom bieg Księżyca. [przypis edytorski]

65. lgniwo — neol. od czas. lgnąć, tj. przytulać się. [przypis edytorski]

66. wszystka — cała. [przypis edytorski]

67. rubacha — tu: człowiek rubaszny, nieokrzesany, grubianin; być może przez skojarzenie z ros. rubacha, tj. koszula, aluzja do bliskości ze śmiercią i braku szacunku dla niej, jak w powiedzeniu bliższa koszula ciału. [przypis edytorski]

68. na podorędziu — pod ręką, tuż obok. [przypis edytorski]

69. jarzyć się — błyszczeć w jasnym świetle. [przypis edytorski]

70. na wyprzódki (daw.) — na wyścigi, na zmianę. [przypis edytorski]