Przechodzień

Zgony liliowe w pustce nad drogą,

I nic — i bezbrzeż traw!

Do traw bezbrzeży i do nikogo

Wołałem: «Zbaw mnie, zbaw!»

A szedł przechodzień... Nie wiem, dlaczego

Dłonią mi podał znak.

Może pomyślał, że to do niego,

Do niego wołam tak!

A była cisza, jakby świat minął, —

Trwał jeszcze słońca brzeg, —

A on na ciszę oczami skinął,

Zrozumiał coś i rzekł:

— «Nie mam ni chleba, ni sił, ni domu!

Jak ty, — bez jutra łkam.

To — ja, nieznany z klęski nikomu!

To — ja! Ten sam, ten sam!

Śmierć moja w jarach namiot rozpina,

Zagrodę — spalił wróg.

Gdy przedostatnia bije godzina,

Sny niszczy Bóg, sam Bóg!

Lecz ufam jeszcze jednemu snowi,

Że się wypełni w czas!

Cokolwiek zorza w tym śnie zróżowi,

Podzielę między nas!»

I przysiągł wierność mojej żałobie

Na wszystkie życia dnie!

I dłonie, dłonie podał mi obie,

I zbawił, zbawił mnie!