Wieczory

Wieczory moje, minione wieczory,

Widmem pierścieni złotych i bransolet

Zdobiące sosen pordzewiałe kory

I brzóz biel nikłą!

Szkarłat i fiolet

Snem powikłanym znoją się na chmurach,

Nim się chmur brzegi mgłą zieleni omszą

I w dym zszarzeją w spalonych lazurach.

Głębina parku staje się znajomszą

Nozdrzom, co węszą całe gniazda woni

W zagąszczach krzewów, bo, nabrzmiałe zmierzchem,

Kwiaty rozpustniej swych pyłów rozpierzchem

Drażnią powietrze, przypadłe do skroni

Ziemi, podziemnym opętanej szałem

I czyhającej na zejście niebiosów

Do jezior głębi...

W uciszeniu białem

Oparów, w nic się złocących powoli,

Włóczy się mrowie snów, przysiąg i losów

Niczyich, własnej zostawionych doli,

Nieprzynależnych, prócz siebie, nikomu!

Dusza w tem mrowiu szuka pokryjomu

Wróżb na dzień zeszły... Zaś dłonie obiedwie,

Choć nieruchome zadumy drzemotą,

Czują się — niby wyciągnięte w złotą

Dal — w taką złotą, że widną zaledwie

Oczom, — że aż się w oczach dzieją zmory!...

Wieczory moje, minione wieczory!

Gdziem was nie widział? Na łąkach, obłokiem

Kwiecia zbryzganych! I w lasu przestrzałach,

To tu — to ówdzie wyszperanych okiem

Wśród pni, zestawnych w dowolne szpalery...

Na kołach wozu, które senny wałach

Słońcu na pokaz wlecze, — wszystkie cztery

W ruchliwy koral mieniąc pracowicie...

Na stepach, kędy niespodziane drzewo

Tak się przestrzeni narzuca obficie,

Że się niebiosom czarna staje wnęka!...

W stodół szczelinie, zaprószonej plewą, —

W szparach opłotów, gdzie przez wybój sęka

Błękit przecieka potajemną strugą

Kropla po kropli — pokrzywom na liście...

Na stogach siana, co, parząc za długo

Zieleń na słońcu, błękitnieje mgliście...

Wśród wierzb, pokłonnych swych gałęzi zwisem

Nurtom ruczajów... I na wzgórzu łysem,

Rudem od szczawiu rdzy i dziennych spiekot...

Na strzech jedwabiu, co, w bociani klekot

Wsłuchane, w gnuśnej grzybieją tęsknocie...

Na zgromadzonem w skrzętny wieniec złocie

Splotów dziewczęcych — i na srebrze starczem

Jakowejś brody wędrownego dziada!...

W zielonych szybach rozszalałych karczem,

Skąd wrzask pijany, wybuchając, wpada

W pobliski cmentarz, co przekrwawia w ponsy

Krzyże przejrzałe i brzóz nagłe wstrząsy

I swych jarzębin ogniste paciory!...

Wieczory moje, minione wieczory,

Pełne zarazy urojonych sprzyjań

Duszy, na żmudny sen o szczęściu chorej

I zasłuchanej w szmer waszych przemijań

Obłoków skrajem!...

Gdziekolwiek zwidziane —

Wszystkie was wlokę w ślad mojego cienia,

Co źdźbłem błękitu kołacze we ścianę

Chaty, wyśnionej stopom w dniu zmęczenia...

Żadnego nie brak! Wszystkie pamięć złocą,

Jako dłoń skąpca wszystek skarb sygnetów, —

Bom zawiekował duszą w fioletów

Waszych mgławicy, zapodzianej w sobie!

Śmierć mi nie będzie wiekuistą Nocą.

Lecz wiekuistym Wieczorem!... Gdy w grobie

Zdziwię się nagle — bezniebny, beztęczny,

Szparom i trafom bylejakim wdzięczny

Za przypomnienie bylejakich rzeczur,

Kałużysk brudnych lub żabich poziewań, —

Zlećcie się ku mnie — złotsze i zaklętsze —

Na ten ostatni, wiekuisty Wieczór,

Na tę ostatnią dolę zanieśpiewań!

Niech mej mogiły zamieszkałe wnętrze

Rozwidnią wasze, purpurowe zorze!

Niech widny Bogu do snu się ułożę

Na wznak — a skronią ugrzęznę w tym błędzie,

Że śmierci niema, nie było, nie będzie!

Są tylko zajścia zórz za ciemne bory...

Wieczory moje, minione wieczory!...