III

Zbój

Przez śnieżycę, co wyjąc, powiększa przestworza,

Zbój się skrada — w nawianej puszyściejąc bieli...

Nie masz prawa sięgania do ludzkiej gardzieli!

Mam — prawo noża!

Pcha go naprzód w mrok pusty wicher i nadzieja...

Stanął nagle, jak gdyby z durną zmorą zszedł się.

I oczy, zaszronione nieściśle, rozkleja,

I patrzy przed się.

Z cieniem, który ułomnie zboczony na murze

Na przelewne ramiona wdział czapę bez głowy,

W sztywnym brzasku latarni piętrzy się w mundurze

Posterunkowy.

Księżyc na chmur czuprynę wyplusnął dzban mleka,

A Bóg żywcem uchodzi w śnieg, w chłód i w zawieję.

Zbój krzyczy: «Panie Chmura!» — i w nicość ucieka,

A on — olbrzymiejąc — poważnieje...