Razem, osobno

Wieczór Ewy Patło

Ewa Patło wychodzi z pracy o piętnastej trzydzieści,

w uliczce

mija starszego pana, który

w ceratowej torbie

niesie psa z siwą mordą.

Ewa wchodzi na rondo

staje jak na obrotowej scenie

między mijającymi tramwajami i autobusami,

przechodzącymi ludźmi

Zaraz po zachodzie słońca

szosą osiemset osiem mknie

John Best. Jego

czterdziestocylindrowy srebrzysty Sakwojaż

z elektronicznym wtryskiem paliwa

jest wymoszczony szczelnie jak unoszące się gniazdo

muzyką płynącą z ośmiu głośników. John

włącza telewizor i zerkając na ekran widzi:

Abelokain, leżąc w wysokiej trawie,

zagłusza dogłębne poczucie rozdwojenia

rozkoszując się odzyskanym Rajem

nad którym

nie powiewa żadna, żadna flaga.

Tymczasem

Ewa Patło wychodzi z konferencji prasowej

(za nią jej genialny agent

z psem w ceratowej torbie). Dała tam

do zrozumienia

że jest fundatorką i pierwszą wyznawczynią

nowej religioideofilozofii:

Wsiem! Wsiem! Wsiem! Przynajmniej

na dziesięć lat. Agent i jego pies

udaremniają kilkaset zamachów na jej życie.

Wywożą ją na Antarktydę, ale wrogowie

zdalnie podłączają do lodów grzejnik. Z potopu

ratuje ją John Best, jak zawsze nonszalancki

i bezdennie smutny.

Tego wieczoru

zamknęli się w ciasnej odrapanej łazience jakiegoś

mieszkania.

Słuchaj, prosi Ewa Patło, moglibyśmy żyć inaczej,

nie dać się! Ja

już się dałem, odpowiada jej przyjaciel

niedoszły kochanek

zwany dotąd Johnem Best.

Kiedy Ewa Patło weszła do jego mieszkania

(rzadko zamieszkiwanego) znalazła go

zwiniętego na materacu. Spodnie i sweter

na podłodze, poduszka

ciśnięta w kąt. On klęcząc opiera głowę o podłogę

o ścianę

— nie może.

Wycie karetki, nad którą krąży zimne pozaplanetarne

światło

drzwi z pleksiglasu, szybka windy, okno

sali szpitalnej

coraz wyżej zachodzą

samotnością.

Od kilku lat nie żyje

i coraz rzadziej Ewa Patło daje mu zajęcia, miesza go

w zdarzenia

które trwają

lub które projektuje. Cóż, nie są już rówieśnikami.

Ostatnio

śnił się jej jako spojrzenie w oczy:

były niebieskie, bez wymiaru,

rozjaśniały się od napływającego światła

aż zostało samo światło, sama dławiąca

unosząca

miłość.

Późnym popołudniem, w domu

słuchając muzyki

wyciąga flamastry i papier. Robi rysunki bez planu

wedle tego, co wypadnie.

Na pierwszym:

mała Ewa Patło siedzi na krześle przed lustrem. Matka

czesząc ją rzecze:

O dziecko, jakże jesteś

podobne do wszystkiego,

lecz najbardziej

do babki ojca twego.

Na drugim:

olbrzymia Ewa Patło

w kolorach jak pięścią w zęby. Demon

siedzący na nosku jej buta

patrząc w górę widzi

dwa wzgórza piersi, podbródek i rozwiane włosy. Ewa

pali cygaro

i strząsając popiół w morze, powiada:

Jest we mnie o wiele więcej Ewy Patło

niż czegokolwiek, co istnieje

i ciągle więcej możliwości

niż Ewy Patło.

Na trzecim:

na scenie połyskującej jak niebieski płomień spirytusu

Ewa, dzieweczka w białej sukni, którą targa wiatr

szepcze do swego dziecięcego buta:

Nigdzie; w całym wszechświecie

nie ma

drugiej Ewy Patło ani nic podobnego.

Co za osamotnienie! Nikt mnie nie poprzedza

i nikt nie jest w stanie przedłużyć. Co począć?

— Począć dziecię —

szepcze babka jej ojca, siedząca

na widowni.

Na czwartym:

Ewa Patło, sama i dorosła, usiłuje włożyć

swój dziecięcy bucik, który powiada:

O, bez przesady, jesteśmy

do wszystkiego podobni, do niczego

nie jesteśmy podobni. Ta równowaga/ trzyma się na skrajnościach.

O ósmej ja przychodzę do Ewy Patło. Tego wieczoru

wydaje mi się, że jest taka

substancjalna, zawierająca się w sobie, że

przylega do życia szczelnie, bo spaja ją z nim

ta właśnie warstwa fikcji, w której żyje.

— Mnie? Z życiem?! — mówi Ewa Patło, a ja

przymierzam jej sukienki, swetry i buty

ale zwłaszcza buty są

w szczególny sposób

nie moje.

Leżąc w łóżku

Ewa Patło widzi za oknem

zielony biegający neon i pasek nieba

jest w tym coś z ozdobnej kraty więzienia, czując ją

chciałoby się spakować walizki i ruszyć. I chciałaby

w obronie swojej słabości

użyć całej ludzkiej siły. I nie wie, co robić

żeby naprawdę dotknąć swego życia,

być i poznawać. Można by też,

myśli,

wyruszyć w tę praktyczniejszą

bo niedotykalną, podobno pełną i szczęśliwą przestrzeń

gdzie nic nie jest rzeczą;

ale jaka w końcu możliwość odwróci od niej

to, że jest jedna, osobna, jednokrotna —

tylko to jedno: jednokrotna

jest przedziwne i wymaga odwagi, skupienia, pomocy;

och, pomyślała

nagle siadając na łóżku, co ze mną będzie!

Ktoś mógłby wiedzieć

choćby tyle, że tego wieczoru

miała na sobie ciemnoróżowy sweter. Ja to wiedziałam.

1974

Miejsce do przesuwania

Tę planetę opuściła jej własna

lub włożona w nią

spoistość. Oko

patrzące z dołu dzieli. Oko

patrzące z góry

zamknięte teraz. W powiece

odbija się wszystko zmienne i reszta. Także ten człowiek

siedzący na ulicy, tyłem do świata, zanurzony w gazecie;

w powietrzu

tłuczone szkło, muszelki, drób pieczony, miał

przedmiotów i zwierząt, papiery —

dlaczego nie dlaczego tak. Łza

nie nadpływa,

jej drobnokościste pokrewieństwo z ziemskim czasem

zostało zawieszone.

Coraz częściej

przychodzi do ciebie ktoś

kto już nic — nienawidzić ani kochać. Kto

otwiera sobie

czerwoną, ostrą podróż bez ziemi

do ziemi. Wytłumacz sobie, że to ciągła

przejściowa historia. Bywa, że spoistość

wraca do planety, odmyka się

oko patrzące z góry i wierzysz

że płynie blask. Wisi łza

która nadpływa wypełnić miejsce łzy

ale

nie spływa

1974

Zanim to złączysz

Ręka prowadzi kancelarię,

usta — towary spożywcze i poligon,

brew, kiedy o niej myślę, otwarta

jak słowo to;

tego dnia o świcie brew, ręka i usta

idą po pasie startowym. Nad nimi

puste lekkie białko i ukryte planety. Dobiega

warczenie silników. Na tym bezludziu

brew zakłada uniwersalny dom towarowy. Przestronne

sale

poszerzane szumem wentylatorów, wąskie czerwone

korytarze, fioletowe

owalne przymierzalnie. Reka przyjmuje

damskie i męskie monety

do zapłacenia toalety

Na długo

przed końcem pierwszych zakupów

transportery

otaczają dom towarowy. Jak na tysiącach taśm filmowych

sylwetki zeskakujących z samochodów. Wojska

zajmują pozycje w ciszy

gorączka pruje powietrze. Usta

wydają komendę. Wybuchają pierwsze pociski

i pierwsza całość:

ranny

porzucony przy szosie.

Na chwile jakby wepchnięty do aparatu Roentgena,

składany

z ciężkich, przejrzystych klisz. Planety

poza zasięgiem, ale on

może ich dotknąć. Miłość.

Odwraca się na brzuch, czołem czuje

gorący, topiący się asfalt, pod którym musuje szumi

niebo tamtej strony.

Szklanka stojąca na stole

traci równowagę,

leci, roztrzaskuje się; wzbija się i opada woda.

Otwiera oczy, unosi głowę — zanim zobaczy to, co

dookoła

całość ulatując

wita go żegna go operowym wysokim sopranem:

O, nie

nie dostaniesz mnie

nie!

1975

Snajper

(Poemat bez dedykacji)

1.

Rano twoje mieszkanie jest gładkie i przewiane na wylot

jak trupia czaszka. Okna bez zasłon, białe ściany, czarne

kaloryfery

na skrzynce od mleka nóż —

jego czubek drażni suche powietrze. Miasto

jest agresywne i bezwładne. Tłok w autobusach,

na ulicach

pustawo. Kawiarnie, kina, teatry

o tej porze

wykluczone. Fabryki

nadal

chcą jednej setnej tego, czym jesteśmy

i prawie wszystkich sił.

Kiedy wychodzisz do pracy, jest szarawa. Stoisz chwilę

przed lustrem

jako oficer c. k. armii: trochę tej śmierciopodobnej ironii,

dystans, a jednak, co tu gadać: guziki, szabla, czako

za którym stoi cesarstwo! I te oczy — piękne

w których wszystko

odbija się zrozumiane. Kiedy o tobie myślę

wydaje mi się

że siedzimy oparci o siebie plecami: blisko, rozlegle;

patrzymy w przeciwne strony. Idziesz najdłuższą ulicą miasta;

nad tobą

wampirzy pazur skończoności. Piętrowo

zbudowany świat

który

trzeba trzymać w garści

więc trzymasz

i on też

nie puszcza.

2.

Byliśmy na piwie, ty, ja

i jeszcze kilka osób; w lustrze nad barem

odbijała się zatłoczona ulica (godziny szczytu),

każdy (młody) przechodzień jest możliwością

jak otwarty, nieznany tunel. Pojawia się, jest, znika;

przeczuwam, widzę, tracę — to wszystko działa

jak środek pobudzający. — Do czego? — pyta ta dziewczyna.

— Do czego? — powtarzasz — nie wiem, chciałbym zagrać

Stawrogina. — Kochany — i nachyla się do ciebie trochę —

ty za bardzo musujesz, szczęka kwadratowa, owszem,

ale podgardle Erosa. Będziesz miał to, co ludzie mają;

i wypijesz, ale za swoje,

i czego jej oczy nie widzą, tego sercu nie żal,

i choć lepszy, ale masz gorzej! Sam sobie

wypłacisz

a synka nazwiesz Nicolas!

Z domu zadzwonił do niej.

— Teraz właśnie cię kocham — powiedziała

tak jakoś grzecznie, że miałoby się ochotę

przejść w twardych butach po szkle, niech pryska,

trzeszczy, pęka. Och, uwyraźnić się, odbić!

Od czego? Od kogo! Poustawiał szachy

żeby zagrać ze sobą

myśląc jednocześnie: nie warto,

nie ma demona, nie ma mocy

z którą można by zagrać o wszystko,

jestem sam.

Sam

samotnie idąc pod górę

osuwającego się lodowca.

Byle się ruszało. Wziął proszek od bólu głowy,

zaparzył sobie kawy, włączył radio,

chórek śpiewał:

Jego rachunki są jakby nie jego

chociaż się zgadzają

cele które ma na muszce

zostaną strącone

wypłaci sobie sprawiedliwie

ale niemożliwie

ale niemożliwie.

3.

Kiedyś, opowiadałeś, poszedłeś

odwiedzić dziecko sąsiadki, które

nie jest w porządku z głową. Matka

dziewczynki

czekała na ciebie, czytając w kuchni książkę. Mała

była w brzydkich granatowych spodniach

i szarym sweterku. Przyniosłeś jej

książkę z obrazkami, wzięła ją

i schowała do łóżka, pod kołdrę. Bawiliście się

budując wieżę z klocków. Wspaniale;

jest dzika i bezbronna

jak goły nerw wypuszczony w świat. Pije ciebie,

tonie — ale nie przepada. Żyje w nieukojonym

i bezkarnym strachu, zapada we wszystko

ale zostaje w sobie. Jest doskonała, skończona

na zewnątrz niej

jest dalej ona, a w niej

dalej świat.

— Może pan

zostanie jeszcze? — pyta jej matka, kiedy mała

leży już w łóżku. Stoi w drzwiach kuchni, za nią

odrzucająca, zmartwiała

przestrzeń mieszkania. I tak co wieczór

ciągle,

bez zmiany.

4.

Śniło ci się

że siedzisz na blacie długiego stołu

w jakiejś kuchni

w starej czynszowej kamienicy. Na zewnątrz

i wewnątrz

to samo

ciemne, przygnębiające światło. Jest zmierzch,

okno wychodzi na podwórze-studnię. Niżej,

w przeciwległej części domu,

ktoś stary (nie widać: kobieta czy mężczyzna)

siedząc przy parapecie

pije łyżeczką herbatę. Wyżej

niebieskie światło telewizora w pustym ciemnym

pokoju.

Naprzeciw

w drzwiach między kuchnią a nieoświetlonym korytarzem

rozmawiają, oparte o framugi drzwi, starsza kobieta

i młoda Cyganka w różowej połyskującej

spódnicy. Ale za nimi

nie ma korytarza. Widzisz to nagle:

tam nic nie ma. Wszystko jednowymiarowe:

ten dom, podwórze, ludzie.

I czujesz, jakby ktoś obcy, spoza snu

zaznaczył gwoździem to miejsce, w którym jesteś. To ukłucie

przebija tak mocno

że twoje życie

stanęło w tobie, dławiąc.

Z jakimiś zanikającymi strzępkami myśli, obrazów:

matka,

ojciec, ona i tamta, i znajomi, jakiś lęk

jakaś zapomniana satysfakcja —

to wszystko z gorzkim smakiem, w gorączce,

w zdrętwiałym ciele

trzeba się ruszyć spieszyć działać — ale

nie poruszyło cię. Jest źle i czujesz

płytką rozpacz

w której nie sposób się zanurzyć, przebić

stwardniałej powierzchni.

Ani płakać, ani zawyć. I pojmujesz nagle

że to już

wieczność

że to już

po śmierci.

5.

Zabłysnął niebieski ekran telewizora — co widzę?!

Na dachu

wieżowca

pod chłodnym rozpędzonym niebem

leży snajper. Zamknięty

w wewnętrznym kręgu

skupienia i ciszy. W wizjerze

układa się przestrzeń, obraz nachodzi na rzeczy, oddech

uspokaja ciało. Organiczny

karabin Superego Lux jest świetliście bliski,

od czarnej oksydowanej lufy

przez ciemne wnętrze do chłodnej, przylegającej kolby

— i tam

gdzie twój palec leży leciutko zagięty

we wklęśnięciu spustu; wszystko

gotowe. A on

kładzie głowę w zagięciu łokcia, zamyka oczy; lepiej by było teraz

być młodym, umierającym dowódcą:

spieczone wargi, skrwawione bandaże;

otoczony milczeniem żołnierzy, wśród ostatnich strzałów,

rozwiewającego się dymu

szuka spojrzeniem swojego zastępcy, silnego jak byk,

wrażliwego jak nawiedzone dziecko.

— Więc ostatecznie,

czy chcesz — pytam go —

żebym ten fragmentaryczny, być może, poemat

dedykowała tobie?

— Nie —

powiedziałeś — tylko

bez dedykacji.

1975–1980

Blues pod tytułem „Snajper”

Byłam na ostatnim piętrze, ty byłeś na dole, mój

przyjaciel ze mną był,

siedzieliśmy na podłodze, on mi opowiadał sny

Bardzo szczelnie było nam.

Ty do windy wchodzisz już.

Ja czytam o kimś, kto słucha, on był w kuchni, robił coś.

Rozmawialiśmy dokładnie, choć się nie rozlegał głos.

Wszystko było jakby szerzej i wysoko, ale tu.

Ty do góry jedziesz już.

On miał długie jasne włosy, a kiedy szedł spać,

to zdejmował okulary i mi do herbaty kładł. — Co widzicie?

— pytam je.

— Łódź podwodna jest na dnie, a teraz podnosi się.

Ty do góry jedziesz już.

Ja na brzegu łóżka siedzę, on na drugim brzegu śpi.

Nie chcę sama być jak pies, czasem strasznie cieszę się.

On mi odpowiada: wiem.

Ty do góry jedziesz już.

On na brzegu łóżka siedzi, ja na drugim brzegu śpię.

Nie chcę sam być tak jak pies, czasem strasznie źle mi jest.

Ja mu odpowiadam: wiem.

Ty do góry jedziesz już.

Ty do góry jedziesz, lecz

raczej nie zastaniesz mnie.

Ostatniego piętra brak,

drżyjmy, bo coś jest

nie tak.

1973

Domek Dzyń

Kropla

zapełnia przestrzeń.

To samo: podróż i korzeń.

Oddech unosi słowo

i sztuczne jest prawdziwe. I ja tutaj. Cokolwiek zechcę,

mogę:

żyj, umrzyj, zadzwoń!

Dzyń!

1978

Dom spania

Śpię,

mieszkam w sobie. Trzoda

pilnuje się sama,

nie zapomina o mnie. Gdzieś, na zanikającej krawędzi

jakaś idea schodzi szlakiem

trawionej kromki chleba, przebija jeszcze

rytm niedawnej rozmowy, topnieje

resztka strachu w przykurczonym mięśniu. I cokolwiek jest,

jest oddzielone,

ale przenika mnie. Świat się usunął,

ja się usunęłam;

w tej rozrzedzonej, odradzającej przestrzeni

próbuje głosu kiełkujący chór.

Nie słyszę go. Śpię,

żyję

swobodnie.

1978

Dom zgodności

Wieczorem,

wracając metrem do pożyczonego mieszkania,

jadąc pod ziemią nieznanego miasta

detronizowałam się

i gdzieś zatracała się moja i tak nieoswojona

historia. Wiśniowa przetarta torebka

kobiety śpiącej na przeciwległej ławeczce, rząd lamp

pod sufitem wagonu, metalowe uchwyty drzwi,

skały za oknem

układały się w spełniony plan świata. Spełniony,

straszny. W mieszkaniu

przejrzałam książki —

niektóre w tutejszym języku, inne

w moim, który też

przestał mnie dotyczyć. Dałam jeść kocicy

i jej pięciu małym. Sześć kotów

jadło cztery ryby. Stojąc pośrodku tej kuchni,

potem w pokoju przy oknie,

patrząc z natężeniem w ciemne podwórze, poczułam

jakiś rozległy niepokój

od tej przestrzeni, którą rozrzedzałam sobą i

żeby ją zgarnąć

umyłam sobie swoje zęby

i ścieląc łóżko podłożyłam sobie pod głowę

swój sweter. Gasząc światło

włączyłam radio. Przy zacisznym blasku skali

zasypiałam czujnie pod samą powierzchnią

aż przebiły ją

czarne gigantyczne skały

Rosnące bez końca

w kosmicznej rozszerzającej się z siebie przestrzeni;

patrzyłam gdzieś z dołu

na pasma ciemnogranatowych przestworzy

ciągnące

między szczytami skał. Pancerne, podklejone jakby

migoczącą warstwą

rozmów śpiewu muzyczki

— i strącając kota na podłogę

usiadłam

patrząc, ślepiąc w ten ciemny bóg wie jaki pokój,

w tę dokładną co do milimetra makietę

szaleństwa;

osobności

która doprowadziła do tego

spojrzenia —

1980

Dom pracy twórczej

Tego popołudnia

wychodząc z domu do ogrodu

poczułam: widok tej przestrzeni

napina i szarpie mój nerw błędny

jak nylonową żyłkę. Obraz przylega do rzeczy. I nie jest

inaczej. Z kuchni polowej

stojącej przy domu

wzięłam

kawałek chleba. Kucharka, nie przerywając czytania gazety,

nalała w mój kubek herbaty

i jakby wyrównała tą strużką

mój płytki, zmięty oddech. Zza domu dochodził łomot

rzucanych na ziemię

skrzyń z jedzeniem, padały paczki

papierów, banknotów, odzieży. Wyżwirowaną drogą

schodziłam ze wzgórza w dolinę ogrodu

idąc równolegle

z czerwonym stygnącym słońcem. Na dole

w sadzawce

wypełnionej napiętym, ciemnym kwadratem wody,

bez szmeru brodziła para. Kobieta i mężczyzna koło

sześćdziesiątki.

Nad nimi

słonawy opar budowli

wzniesionej

przez jeden

z ataków czasu. Pogryzając chleb

zeszłam na skarpę ogrodu. Na asfaltowej ścieżce

mój znajomy rysował portret

swojej nogi w wysokim skórzanym bucie

i przytulone do niej

dziecko. Odłożył kredę i spojrzał na mnie

z uśmiechem, który poruszył mnie

i ogrodził. Stromymi schodami

zbiegłam

w najgęstsze zarośla, na sam dół

gdzie zsypują śmieci. Od domu, górą,

szedł głos śpiewaczki: bijące fale energii

cofając się leciutko, jak wdech, wybiegały,

prowadziły, wiodły. Za ostatnimi krzewami, pod murem

odsłoniłam

rozwaloną altankę: na podłodze

dwa złączone ciała

pracowały

spazmatycznie, głęboko,

tężejącym ruchem, którego rozlewiskiem

były włosy, ramiona, plecy. Sami, skupieni tam,

wewnątrz, gdzie te drobne już, jakby niecielesne skurcze

wyświetlają to właśnie miejsce

rozdęte

do zatchnięcia, do implozji. Rozsunęli się,

a ja puściłam gałęzie

i wracając

przez ciemny ogród

trzymałam palec na tętnicy szyi

licząc uderzenia

które dzieliły ten śpiew,

rozciągnięty teraz

jak nie kończąca się prosta. Trwający

po tym uderzeniu w bębenek

które go skończyło. Pies kucharki

stanął na wysypisku

i zadarł mordę. Przestałam liczyć

i też spojrzałam w górę:

nad nami

potężne, gwiaździste, czarne niebo. Patrzyliśmy

w Czas

wobec którego

mogło nas już albo jeszcze nie być. Jesteśmy

i wracaliśmy razem: łeb psa

przy moim kolanie, moje kolano

tuż przy jego łbie.

luty 1981

Rita, Gombrowicz i citroën w Vance, 1966

Tamtej nocy, kiedy kończyłam się kochać

wyświetlił się ten obraz, melancholijny

orgazm: Gombrowicz oparty o samochód. Za nim

nad nim, jakby upozowana na dachu samochodu,

młoda, uśmiechnięta Rita. Zasypiałam wtedy

rozciągnięta nad sobą jak drętwy uśmiech. Nie ma

wyjść i wściekle nie ma

i ciężko. Niedługo potem

znalazłam to zdjęcie: stoją jak wyłożeni przy drodze

a nikt

nie ma tam dostępu. Jak czasem sama do siebie

kiedy widzę

że życie biegnie tą swobodną,

ostateczną linią losu, kiedy wiem

że jestem — a nie pojmuję jak — i jak

to możliwe. Kiedy wtulona, wbita, wprasowana w coś w kogoś

i tak: tu się zaczynam

tam się kończę.

O, kurnik!

Otchłań! Gombrowicz

oparty tyłkiem o maskę samochodu, w marynarce, w szaliku

z niepokojem czy napięciem w twarzy, jakoś pochylony

do ziemi patrzy

poza granice zdjęcia. W otwartych drzwiach samochodu

Rita ulatuje

oparta łokciami o dach

w jasnej bluzce, uśmiechnięta prosto w obiektyw —

Jasne, cholerny trupie

Jasne, kocham cię,

cholerny trupie — tak mi się powiedziało kiedyś

kiedy wychodziłam z domu, świeża, dzień lekki

i słoneczny,

i skąd to „jasne”? Czy pytał mnie wtedy? Odpowiadam

co jakiś czas, ciągle od 15 lat,

choć nie wiem, jak właściwie miałabym mu wyznawać:

wypluć gumę do żucia, przykleić do obcasa, zsunąć

kowbojski kapelusz

i ciepło, rzeczowo powiedzieć: kocham cię, na początek

mam 20 dolarów; czy dopić truciznę i ciągnąc za sobą

tren ciężkiej

sutej sukni

paść na dywan u jego stóp, łowiąc

ostatni

boski błysk jego eleganckich trzewików;

czy szarpnąć za łokieć w tangu i z przechyłu zionąć

mu w twarz:

chcę pana pragnę pana;

czy skoczyć za nim z mostu i spadając śpiewać:

kocham cię! kocham kocham —

Może był tą połówką, której brak tak boli, może

to nie on i nie ja

a tylko możliwość, trop, pokrewieństwo,

bo i ja i on

niby byliśmy osobno albo razem z innymi, ale każde

samo

z tym pragnieniem despoty, prostaczka, dandysa

mieć niemożliwe, niech koi koniecznością, zmieniać świat

swym spojrzeniem! Dostać ten diament! Więc on

eksplodował z niepokoju i z poczucia pustki,

choć był szalejącą, rozrastającą się dżunglą,

a ja i dziś myślę: Co? Mam tak stać i wyznawać miłość

i okazywać żal i gubić się w domysłach i snuć refleksje?!

Tak

się poddać, tak się dać wpasować w jakieś opowiastki,

tak — powiedziałabym — zdradzić, choć oboje

woleliśmy pojęcie zdrady niż wierności. — O, nie! Niech będzie

że to jakby oddźwięk, nawiedzenie,

niech nie wiem, kto pierwszy uderzy w ten tam-tam

żywa czy trup. Nieważne. Jedna strona hipotezy nie żyje

lub tylko jedna żyje

już nie gadać nie gadać już

kochać

1985

Solo Berkeley (solipsystycznie)

Czekałam na niego

w dolinie kamieniołomu nad morzem. Za mną

białe promieniujące skały, niżej

kamienisty, krzewiasty brzeg — na cały horyzont

słońce i świecąca woda. Nie

nadchodził.

Spacerowałam jak po estradzie: równo, biało, blask

z góry i spod stóp. Sprawdziłam zegarek: chodził. To

cykanie

wydało mi się odcięte od własnej oczywistości. Nie lokowało się

na tym pełnym widoków bezludziu. Jakby

coraz ciaśniejszym. Jakby

zwykły bieg życia

był poza zasięgiem — oplątywała mnie

paniczna, drętwa samotność. Nie widziane

nie widzi. Nie słyszane

głuchnie. Spojrzałam na zbocze — oślepiło mnie.

Nie widzę go — nie istnieje. Zamknęłam oczy:

za moimi plecami jakiś punkt

rozrastał się w gigantyczną otchłań. Odwieczna

wszystkość

wchłaniająca sens, obecność, znaczenie.

Te skały, brzeg, morze — to jej wglądówka dla mnie.

Negatyw.

To, co mi chce pokazać. Serce

roznosiło mnie na kawałki. Otworzyłam oczy. Schodził

zboczem!

Ostrożnie, skupiony, zeskakiwał z ostatnich bloków

na estradkę. Zobaczył mnie, kiwnął ręką. Ja też

kiwnęłam. Jakie świetne stworzenie! Jakie

podobne do mnie: głowa, ręce, nogi. Okulary

przeciwsłoneczne. Ja też mam takie.

Dotknęłam ich. Wszystko

przycichło, jakby tyłem wpełzało

na swoje miejsce. Złapałam oddech

i poszliśmy razem, przed siebie. Ale właściwie

to poszliśmy

przodem —

1984

Solo Berkeley (drugie)

Czekałam w jego mieszkaniu: kuchnia

z balkonowym oknem, uchylone drzwi do pokoju, cień.

Z blatu stołu wzrok zszedł na deski podłogi

i niżej, za okno, na chodnik. Gęste drzewa, ławki.

Na niebie czerwonawe słońce i mgławy, przejrzysty

księżyc.

Zaparzyłam herbaty,

nalałam do szklanki, której nie umył po sobie. Piłam.

Piłam, robiło się ciemno i chłodno. Zamknęłam okno.

Kuchnia

zwarła się: ściany objęły zlew, stół, duży

ciemny kredens. Granatowy prostokąt szyby

odbijał to wszystko

a ja, patrząc w ten zaciemniony, pomniejszony

obraz

nieruchomiałam — żeby go nie mącić. Zatracająca się gdzieś

kopia wnętrza kabiny.

Pojazd rozsypany w przestrzeni.

Pamiątka. Smutna

jak blaszany dźwięk zawieszony nad pustą drogą.

Ciągnące,

straszne pragnienie przywołania kogoś, kto znał

naszą cywilizację, czas, miejsca. Sens. Ach, bliskość,

bliźnię —

W pokoju zapaliłam lampę. Wszystkie rzeczy

pojawiły się nie stykając się ze mną:

— Czy wyrzekacie się jej? — Wyrzekamy. — Człowieku,

opuść te stworzenia —

Włączyłam telewizor i wlazłam

na niepościelony tapczan. I jakbym tkwiła w próżni.

Na ekranie

frunęły

wyniośle zarzucone włosy. Przegięte plecy, szarpnięcie tyłkiem klaśnięcie —

odkopnięte mocno falbany sukni

opadają powoli. Stopy drobno uderzające

w podłogę. Przerwa: napięta i wysoka wieża. Przerwa:

jęk — pchnięcie — jęk —

Hiszpańska tancerka

powiedziałam głośno. Nie zrozumiałam

co mówię. Z Andaluzji — pomyślałam. Z musującą od niepokoju drętwotą

napisałam w myślach: Co ja robię? Co —

zdejmujesz ze świata warstwy

sens, los, ciągłość, ruch; wszystko

do gołej kości

własnej czaszki. Której też nie uwierzysz. Osiągasz

zero wyobraźni. Zamknij

uroczne oczy. Zamknęłam. Naciągnęłam kołdrę,

było mi zimno. Wtedy trzasnęły drzwi. Przyszedł.

Zlazłam

z tapczanu, otarłam spocone dłonie o spódnicę,

zajrzałam do kuchni: pił swojo-moją herbatę

na stojąco, z torbą w ręku. W szybie odbijała się kabina

kuchni z nim i ze mną, z głębi pokoju

promieniował

obraz tancerki. Odwrócił się i powiedział

coś:

ratuj

albo

ratunek.

Nosferatu, wampir

Wracałam do domu w nocy. Ciągle pod górę

starym, rozmytym wąwozem

między dwoma lasami. Nagle ściemniało. Chmury

sięgnęły ziemi, szarpnął wiatr. Z pierwszą błyskawicą

uderzyła mnie

głęboka, dziecięca trwoga. I zaraz

zobaczyłam światło: żółto-mdławe. W najwyższym

oknie domu

który musi stać za najbliższymi drzewami. I jakby

z tym światłem szło spojrzenie. Więc jest —

więc jesteśmy!

Szarpnęłam drzwiami. Na dole

nikogo. Weszłam

ciemnymi schodami na górę: oparty plecami o okno

stał on — Nosferatu, wampir. Ta właśnie twarz

kredowa

jakby przerżnięta blizną — ale gładka.

W ogromnym pokoju

stół i dwa krzesła. Płonął ogień. I ta oczywistość:

aureola

koronująca

czas, miejsce, osoby.

Przyszłam — powiedziałam — tą drogą

która miała prowadzić

Witaj w naszym domostwie — przerwał

i jakby się uśmiechnął.

W domostwie? — powtórzyłam nie słysząc się

zatopiona w tych sinych oczodołach, gładkiej czaszce

ach, te ruchy kanciastopłynne

jakby nie miały prawa stykać się

z ruchem czy nieruchomością rzeczy

a jednak stykają się i działają. Przysunął

kieliszki, białe wino,

talerzyk malin.

Siadłam

naprzeciw niego.

Od dziecięcego osamotnienia

powiedziałam patrząc w niego — przechodzi się

do neurozy wieczności. To znaczy: żeby żyć

bezpiecznie

trzeba gwarantować sobie

sobą

wszystko.

Klatka z pustych białych ścian. Czarne

okno. Tylko on

przede mną.

Tak — powiedział — to podobne. Podobne.

Pić krew ludzi, zdarzeń, rzeczy

i nie moc ożyć. Pić

żeby nie być upiorem. Pułapka — krzyknął cicho —

pomyłka!

I nagle

zobaczyliśmy się

jak wyłączeni, wycięci ze świata. I moje

i jego spojrzenie

przyniosły ze sobą wszystko, co miały

i porzuciły wszystko. Objęły się. Niemożliwe: zdawało mi się

że w moich oczach widzi swoje odbicie. Och, rozwalić

tę samonapędzającą się udrękę. Wyzwolić.

Przetarłam oczy. Westchnął. Siedzieliśmy

naprzeciwko siebie. Zjadłam malinę. Drugą

obracałam w palcach.

Ja też — zaczęłam

jakimś grzęznącym szeptem — jakbym piła życie

przez innych. Od siebie

przez nich

do siebie, to mi daje moją obecność. Ale ja

samodzielnie

czy może samotnie — zostaję samotnie i

zanikam... rozpadam... — i jakoś zupełnie

schrypłam. Było mi zimno. Odwrócił

głowę. Nad sztywnym, czarnym kołnierzykiem

czaszka z napiętą skórą. Niespodziewanie

wyciągnął rękę:

otwarte sine palce z pazurami. Była

twarda, lekka. Niech będzie jak jest —

i ścisnęłam ją. Położył głowę

na stole

obok naszych rąk. Och, pomyślałam, dość, każde z nas

wyje do tego, czym nie jest, czego

nie zaznało. Tkwię w życiu

jak w ciągu przypadków, pożądając

tylko konieczności. Zawsze obecnej

i zawsze nieosiągalnej. Tak się tłuc

jak on

w tej klekoczącej blaszance wieczności? I z całej siły

ścisnęłam jego rękę.

Wyrzekam się — powiedział. Jego ręka w mojej

zrobiła się cięższa, cieplejsza,

pazury znikały. Wypełnione ciało

wolno

zsunęło się w moją stronę

na blat! Zerwałam się

przewracając talerz. Leżał do połowy na stole;

bezwładny, ciężki. Miał ciemne kręcone włosy,

widziałam zaróżowione ucho — żywy

martwy człowiek! Więc cofnął się

do swojej śmierci.

Spróbował. Stałam nad nim

z rękami przyciśniętymi do serca

i czułam

jak coś się we mnie rozszerza: pęknie,

trzaśnie — i jest tam jakiś głos — i

wyje, niewydobyty. Chyba

nad ranem

ocknęłam się. Wypiłam wino z jego kieliszka i oblizałam

krawędź. Przed wyjściem sięgnęłam: podnieść jego głowę,

zobaczyć twarz. Ale, pomyślałam, nie. To

sprawdzi się samo.

1981–1983

Jako inspirację powinnam wskazać, więc wskazuję, Draculę Brama Stokera, Nosferatu, symfonię grozy Murnaua, a głównie Nosferatu, wampira Wernera Herzoga, gdzie Nosferatu grał Klaus Kinsky.

O pocieszeniu, jakie daje poezja

Ludzie,

czasami tu można cichutko zemrzeć, wyschnąć

w tym głodnym bastionie obronno-nacierającym, w tej

kraince

poezji. W tym kunszcie tak ascetycznym

gdzie można do woli

używać słów: jak cegieł, jak karabinu maszynowego,

jak ogni — sztucznych i prawdziwych, jak siebie, jak życia

które

ani wygrane ani przegrane

płynie —

A tu robótki: sklejanie całości

na ślinę, na intelekt, na kulturę, wbrew

kulturze (w ramach kultury); och, to popiskiwanie

mocarne, erudycyjne, prywatne — ja sama

jestem jego zdradzieckim sumieniem bez wiary,

najchętniej

używam słowa wszystko

jakbym chciała to, co ono zawiera

wystrzelić, wypluć — już! teraz!

I marzę o gigantycznym widowisku

jakiejś filmowej operze z baletem, z muzyką przez

armatofony;

świat światła sława miliardy widzów

i doskonała wspólnota i rozumna, dokładna osobność

a nie tak jak tutaj:

relikwia

rzemiosło cienkiego nerwu

i cienkiego pędzelka

które już ledwo zipie pod ciężarem

własnej formy, świata, który przetrawia, głosu

który się wypowiada w tych

słupkach

schodkach

wersach.

I myślę: dobrze, na razie

jestem tutaj. I to na razie

prawdziwe czy nie

pociesza mnie najbardziej.