Ludzie, którzy jeszcze żyją
Staroświeckie dagerotypy1, którym patyna czasu nadała pewien wdzięk i dostojeństwo?
Przeżytki dawnych czasów — przyczynek do historii i folkloru?
Bajki o dawnych wydarzeniach i o dawno umarłych ludziach? Nie. Tacy ludzie jeszcze żyją i mocno trwają w życiu małego żydowskiego miasteczka.
Jak się nazywa to miasteczko? Łask, Gawrolin, Żgów czy Kałuszyn? Cóż za różnica?
Wszystkie są do siebie podobne, jak te bezimienne mrowiska rozsypane po lesie.
W naszym miasteczku była i jest jeszcze zapewne sadzawka, zarosła pleśnią martwa, stojąca woda. A naokoło tej sadzawki stały małe drewniane domki.
I zapytywał się pewnie człowiek przejezdny, podróżnik z dalekiego świata, jak nad tą martwą wodą mogą żyć ludzie i wdychać w siebie woń pleśni.
A jednak, rodzili się, żyli, cierpieli i czasem się radowali.
O życiu tych ludzi z bezimiennego miasteczka chcę wam opowiedzieć w tej książce.
Nie jest ono zaiste wesołe i intensywne, lecz nie jest tak beznadziejnie monotonne i smutne, jakby wam wydawać się mogło: przecież i na spleśniałych wodach naszej sadzawki zakwitały czasem nenufary.
Faktor Pchełka i jego córka
Kręciło się w naszym miasteczku wielu drobnych, czarnych i ruchliwych Żydków, których podstawy egzystencji były prawdziwą tajemnicą.
Najbiedniejszy przekupień miał swój kramik lub choćby kosz z towarem, rzemieślnik swój warsztat lub warsztat swego majstra, woźnica swego nędznego konia, a tragarz swoje plecy.
Ale trudno było pojąć, z czego żył na przykład taki Uszer Pchełka i podobni do niego ludzie.
Nazywało się, że jest faktorem, to jest pośrednikiem w różnych interesach, ale w naszym miasteczku wszelkie interesy były tak bezpośrednie, a zyski tak drobne, że trudno doprawdy było o zarobek dla trzeciego człowieka. Przy wyjątkowym szczęściu można było wywęszyć, uchwycić i przeprowadzić jakąś transakcję handlową, ale Pchełka nie tylko nie miał tego wyjątkowego szczęścia, lecz był skończonym pechowcem.
Na przykład razu jednego udało mu się przyczepić do sprzedaży dużych lasów, cudem wymowy i sprytu przeprowadził do końca tę transakcję, a oto w kilka dni przed podpisaniem aktu u notariusza lasy te doszczętnie spłonęły.
A jednak mimo wszystko faktor Uszer Pchełka, w jakiś tajemniczy sposób żył i wychowywał, jak mówiono „ponad stan”, swoją jedyną córkę, Mariem.
Przede wszystkim umieścił ją na tak zwanej Wyższej Pensji2 Żeńskiej pani Gancowej.
Pani Gancowa, osoba pełna kastowych przesądów (bo każda sfera ma swoją arystokrację), robiła zrazu pewne trudności.
— U mnie na pensji uczą się tylko panienki z najlepszych domów — mówiła.
W końcu jednak uległa prośbom Pchełki i przyjęła na swoją pensję Mariem, która z czasem stała się chlubą tego skromnego zakładu naukowego.
Mariem nie była ani brzydka, ani ładna: małego wzrostu, szczupła i ciemna, jak jej ojciec. „Prawdziwa pchełka” — mówiły o niej koleżanki.
Oczy jej miały wyraz poważny i rozumny, a wąskie, zwykle zaciśnięte wargi potrafiły się z rzadka uśmiechać powabnie i czule.
Podczas całego pobytu na pensji pani Gancowej Mariem Pchełka nie była nigdy gorzej ubrana od innych dziewcząt, miała wszystkie podręczniki szkolne, regularnie uiszczała opłatę i nawet... dawała nie mniejsze od innych panienek składki na różne cele dobroczynne.
Jakim cudem wydostawał Uszer Pchełka pieniądze na te wydatki? Tu już chyba sprawdza się powiedzenie, że „miłość dokazuje cudów”.
Dziwne to jest zaiste, lecz niezaprzeczone, że wszelkie czysto materialne zabiegi, jeśli osią ich jest prawdziwa miłość, mogą się przeinaczyć w sprawy tajemnicze i niemal mistyczne.
Kiedy Mariem skończyła pensję, postanowiła wyjechać do Warszawy i wstąpić na kursa3 maturalne.
Lecz wówczas Uszer Pchełka przemówił do córki w sposób następujący:
— Mariem, ja nie mogę z tobą jechać do Warszawy, bo tam oboje umrzemy z głodu. A żyć tutaj bez ciebie także nie mogę, jak człowiek nie może żyć bez powietrza. Więc zlituj się nad starym ojcem i pozostań tutaj ze mną. Ja zarobię, ja muszę zarobić dla ciebie na posag i wydam cię za jakiegoś inteligentnego człowieka, może nawet za doktora i wtedy będę mógł spokojnie zamknąć oczy.
A kiedy tak mówił Uszer Pchełka, nie powodował nim, mimo pozorów, cel egoistyczny. Wierzył on święcie, że jedyną możliwością szczęścia dla kobiety jest małżeństwo, i takiego szczęścia pragnął dla córki.
Wiedział, że nie zwalczy światopoglądu córki, więc odwołał się po prostu do jej serca — i zwyciężył: Mariem pozostała w domu ojca.
Mówiąc o zdobyciu posagu dla córki, Uszer nie miał żadnych określonych widoków lub nawet planów. Postanowił tylko przekroczyć granice możliwości, to jest więcej jeszcze pracować i zabiegać jak dotąd.
Lecz oto los, tak zwykle dla niego niełaskawy, uśmiechnął się nareszcie do Uszera Pchełki.
Otrzymał on pewnego dnia list z południowej Ameryki, z Peru, od kuzyna, który wyemigrował tam przed dziesięciu laty.
Kuzyn ów pisał do Pchełki, że stęsknił się za krewnymi, których tak dawno nie widział i wkrótce zawita do rodzinnego miasteczka.
Uszer Pchełka był po prostu uszczęśliwiony.
Dla niego, który umiał przyczepiać się do jakiś fantastycznych, niemal nieistniejących interesów, cudem zręczności czerpiąc z nich drobne zyski, ten list kuzyna był kopalnią wszelkich możliwości.
Przede wszystkim pewne było, że taki kuzyn, który może sobie pozwolić na kosztowną podróż w celu zobaczenia swych krewnych, musi być bogatym człowiekiem. Zresztą sam kuzyn napisał w tym liście: „Wcale nieźle mi się powodzi”.
— Co u nich jest „wcale nieźle”, to u nas nazywa się „bardzo dobrze” — mówił do córki Uszer.
Pchełka nie zamierzał bynajmniej prosić kuzyna o jakiś jednorazowy datek lub nawet o stałą zapomogę!
W głowie miał mnóstwo projektów zupełnie innego rodzaju.
Uda mu się na pewno namówić bogatego krewniaka, aby włożył kilka lub kilkanaście tysięcy dolarów w jakieś krajowe przedsiębiorstwo, którym zarządzać będzie on, Uszer Pchełka.
Albo też może ten kuzyn znajdzie lub też już posiada jakąś korzystną reprezentację, a jego mianuje agentem na Polskę. Albo też... roiło się po prostu w głowie Uszera od wszelkich pomysłów i projektów, które przedstawi swemu kuzynowi.
— Ten Uszer oczekuje swego kuzyna jak Mesjasza! — mówiono w miasteczku, lecz w gruncie rzeczy nie bardzo się dziwiono.
Ludzie znali dobrze spryt i niepospolitą wymowę Uszera i mówili o nim:
— On potrafi przekonać człowieka, że słoma jest pszenica, a nawet że błoto jest złoto, więc on sobie już da radę z tym amerykańskim kuzynem.
Znaleźli się nawet pochlebcy, którzy poczęli radzić Uszerowi, prosząc jednocześnie, aby o nich nie zapomniał, gdyż „w tak olbrzymich przedsiębiorstwach znajdzie się miejsce jeszcze dla jednego człowieka”.
Uszer Pchełka już sam zdążył uwierzyć w swoje przyszłe ogromne przedsiębiorstwa i mówił do petentów, łaskawie wydymając wargi:
— Ja o tobie nie zapomnę... — I zapisywał coś w notesiku, niby dostojnik państwowy, poseł lub wielki finansista...
Dziwiło Uszera, że Mariem zachowuje się zupełnie spokojnie, niemal obojętnie i bez żadnej niecierpliwości oczekuje przyjazdu kuzyna.
— Dlaczego ty się nie cieszysz?! — zapytał.
A Mariem odpowiedziała:
— Przecież nam z sobą i tak jest dobrze. Brak nam tylko pieniędzy, lecz ja postanowiłam nauczyć się fotografii i retuszerii4. U nas nie ma ani jednego zakładu fotograficznego, więc...
— Niech Pan Bóg broni! — zawołał Uszer. — Ty nie będziesz potrzebowała pracować i znosić grymasów klientów! Ty będziesz żyła jak królowa, w domu swego męża, teraz, kiedy ja mam... to jest będę miał dla ciebie taki ogromny posag...
*
Nareszcie nastąpił ten dzień uroczysty — przyjechał kuzyn z Ameryki!
Wysoki, rosły, różowy i biały na twarzy, miał wielkie ciemne oczy, o powłóczystym jak kobiety spojrzeniu, drapieżne białe zęby, pąsowe wargi i bujną, lekko kędzierzawą czuprynę.
A jaki przy tym elegant. Posiadał mnóstwo pięknych garniturów, jedwabną bieliznę, piękne skórzane walizy i nawet — neseser toaletowy!
— W tym neseserze wszystko jest z kryształu i z prawdziwego srebra! — opowiadał córce i znajomym olśniony Uszer.
A kiedy Mariem oświadczyła ojcu, że ten kuzyn jej się „jakoś nie podoba”, Uszer po raz pierwszy w życiu rozgniewał się na córkę i nazwał ją „skończoną idiotką”.
Pierwszego dnia nie wypadało mówić o interesach. Kuzyn opowiadał o państwie Peru, w którym mieszka, o stołecznym mieście Limie, o swoim tamtejszym życiu i, co trochę zdziwiło Uszera, o swoim u kobiet powodzeniu.
— Mnie się nie oprze żadna kobieta! — mówił. — Po pierwsze dlatego, że nie jestem brzydki, a po drugie, ona czuje, że ja dla ładnej kobiety niczego nie pożałuję...
— No tak... — potwierdził zakłopotany i niemal zawstydzony Uszer.
Nie przywykł on do tego rodzaju rozmów i dziwiło go, że poważny, bogaty Żyd mówi o takich głupstwach.
Kuzyn obejrzał dokładnie Mariem i zadecydował łaskawie:
— Twoja córka jest wcale niebrzydka. Ale ona nie jest umalowana, nawet nie upudrowana, źle się czesze i ubiera. Wygląda jak zakonnica.
— Ona nie myśli o takich rzeczach, bo ona jest skromna, uczciwa i rozumna dziewczyna! — odpowiedział trochę urażony Uszer.
— Skromnością i uczciwością daleko nie zajdziesz — oświadczył kuzyn. — Kobieta powinna być jak reklama — przyciągać ludzkie oczy i więcej obiecywać, niżeli dać może... A czy ten jej towar, który reklamuje, jest dobry czy zły, to już rzecz kupującego, by się nie dać oszukać...
Mariem w milczeniu, nie podnosząc oczu na wspaniałego kuzyna, wyszła z pokoju.
Następnego dnia przy wystawnym obiedzie, na który, nawiasem mówiąc, Uszer pożyczył kilkanaście rubli od pisarza z tartaku, kuzyn zaczął pierwszy mówić o interesach.
— Ja tu, prawdę mówiąc, przyjechałem trochę dlatego, żeby zobaczyć się z krewnymi, ale głównie w interesach.
Uszer, z bijącym mocno sercem, wpatrzony w kuzyna jak w tęczę, jął5 się przysłuchiwać jego słowom.
A kuzyn mówił, obgryzając skrzydełko kurczaka:
— Mój interes jest taki! U nas w Ameryce, zarówno północnej, jak i południowej, bardzo mało jest służących. A nieliczne, które tam istnieją, są bardzo wymagające. Oprócz bardzo wysokiej pensji każda musi mieć swój oddzielny pokój z łazienką.
— Z łazienką! — krzyknął zdziwiony Uszer. — Czy one zwariowały?!
— Amerykanie są bardzo bogaci i na wszystko się zgadzają, ale mimo to w Ameryce jest straszny brak kobiet, które by chciały służyć. Taki jest kraj. Więc ja z moim przyjacielem i wspólnikiem założyliśmy w New Yorku wielkie biuro stręczenia6 służby żeńskiej. Oprócz tego mamy kilka filii w innych miastach, na przykład w Montevideo, w Limie i w Buenos Aires, gdzie pracują nasi urzędnicy. Więc ja tu przyjechałem, aby zwerbować cały, że się tak wyrażę, „transport służących”. I często będę przyjeżdżał w tym celu. A ciebie, Uszerze, jako krewniaka, któremu chcę dać dobrze zarobić, mianuję głównym swym agentem na miasteczko i okolice, a nawet, jeśli się okażesz zdolny, na całą Polskę. Ty na tym interesie możesz dobrze zarobić, bo my ci będziemy płacili za każdą zwerbowaną przez ciebie służącą po pięćdziesiąt dolarów. Musisz oczywiście starać się o młode dziewczyny, bo stara baba nie umie dobrze pracować, a przy tym trudno się przyzwyczaja do nowych warunków życia.
Uszer, zdziwiony trochę, milczał, a kuzyn mówił dalej:
— To jest dobry i czysty interes. Widzisz, tu jest prospekt mego biura, drukowany w żargonie7, abyś go mógł pokazywać tym dziewczętom i ich rodzinom, żeby im dowieść, że to jest porządny i solidny interes.
Długo jeszcze Uszer z kuzynem rozmawiali o tym interesie i już następnego dnia wzięli się do roboty, to jest do werbowania owych służących.
Odwiedzali z kolei wszystkie biedniejsze domy, gdzie były dorosłe córki.
Dziewczynom opowiadał ów kuzyn, jak im będzie dobrze w tej Ameryce, gdzie będą stale nosiły jedwabne pończochy, bo innych tam nie ma, i jedwabną bieliznę, która w Ameryce jest tańsza od płóciennej.
A przy tym, co ważniejsze, tam każda panna łatwo znajdzie męża, nie tylko bez żadnego posagu, lecz ten mąż obowiązany jest sprawić elegancką wyprawę. Dlaczego? Dla tej prostej przyczyny, że kobiet jest tam mniej niżeli mężczyzn, a przecież mężczyzna bez kobiety obejść się nie może i w gospodarstwie, i z różnych innych przyczyn, nad którymi zbyt obszernie rozwodzić się nie należy.
Rodzicom zaś obiecywał z góry wypłacić sześciomiesięczną pensję córki, to jest — cały majątek.
A kiedy bardziej przezorni, czy też lękliwi rodzice wyrażali nieśmiało pewne wątpliwości, wówczas ów kuzyn, Kaima Pinskier, wymieniał im nazwisko i adres pewnego rabina w Nowym Jorku i proponował zwrócić się do tego rabina o informację co do jego osoby.
A oprócz tego powoływał się na swego tutaj obecnego kuzyna Uszera Pchełkę, który nie chciałby przecież pośredniczyć w jakimś nieczystym interesie.
Pchełka potwierdzał i namawiał, a ludzie mówili sobie:
— Tak, Uszer Pchełka nigdy nie faktorował w podejrzanych sprawach, więc jemu można wierzyć.
Miesiąc cały bawił Kaima Pinskier w naszym miasteczku i przez ten czas nie tylko że zwerbował przy pomocy Uszera Pchełki kilkanaście młodych dziewczyn na służące w Ameryce, ale nawet zdążył się ożenić ze śliczną córką piekarza Feigla.
Feigel był dosyć zamożnym człowiekiem i nie tylko nie był zmuszony wysyłać swej córki jako służącej w daleki świat, ale mógł jej dać jaki taki posag i znaleźć dla niej w naszym miasteczku uczciwego chłopca.
Ale Rózia Feiglówna zakochała się na śmierć i życie w pięknym kuzynie z Ameryki i oświadczyła rodzicom, że „albo ten, albo żaden”. Cóż mieli robić, biedacy? Ustąpili, postawiwszy tylko jeden warunek: ślub odbędzie się u nas, w miasteczku, a nie w Ameryce, jak chciał tego Kaima Pinskier.
Narzeczony zgodził się wreszcie na ten warunek i Feiglowie wyprawili swej córce bogate wesele.
Posagu nie dali, bo narzeczony jakoś wcale się o to nie upominał, co świadczyło jednocześnie o jego majątku i o jego prawdziwej dla Rózi miłości.
Po weselu Kaima Pinskier wyjechał z żoną, z Uszerem Pchełką i ze zwerbowanymi na służące dziewczętami do Warszawy w celu uzyskania niezbędnych do podróży paszportów.
Trochę tam mieli trudności w urzędzie emigracyjnym, ale w końcu wszystko się jakoś pomyślnie załatwiło: Kaima wyjechał z żoną i dziewczętami do Antwerpii, gdzie mieli wsiąść na okręt, a Uszer Pchełka, z grubo wypchanym pugilaresem8, wrócił do naszego miasteczka.
Z triumfem oświadczył córce, że zarobił przeszło tysiąc dolarów, które kuzyn sumiennie mu wypłacił gotówką.
— To jest dopiero początek twojego posagu — mówił. — Ja będę stale pracował dla Pinskiera, a on będzie corocznie przyjeżdżał do Polski i ja będę stale zarabiał taką samą, a może większą sumę. Trochę będziemy wydawać na utrzymanie, a reszta to twój posag, który musi dojść do trzech... albo lepiej — do pięciu tysięcy dolarów!
— Jakoś mi się nie podoba ten kuzyn — powiedziała Mariem — wolałabym, żebyś ty, ojcze, nie miał z nim nic do czynienia.
— Dlaczego?! — zapytał Uszer. — Nie można tak słów na wiatr rzucać. Powiedz wyraźnie, dlaczego on ci się nie podoba?
Ale mówiąc tak, nie patrzył na córkę i jak gdyby sposępniał.
— Ja sama nie wiem... Ja przecież nic nie wiem o życiu...
Istotnie, cóż mogła wiedzieć o sprawach życiowych osiemnastoletnia dziewczyna z małego, zapadłego miasteczka?
Ona umiała się tylko czegoś lękać i coś przeczuwać.
Pewnego dnia przyszedł do Mariem list z Ameryki. List ten wręczono jej w nieobecności ojca, który rozjeżdżał teraz stale po okolicy, pracując w nowym interesie, to jest w Amerykańskim Biurze Stręczenia Służby Żeńskiej.
Mariem otworzyła ten list i uśmiechnęła się zadowolona.
— To jest przecież list od Rózi Feiglówny — stwierdziła radośnie.
Mariem Pchełka i Rózia Feiglówna na „arystokratycznej” pensji pani Gancowej uważane były za przedstawicielki proletariatu, toteż trzymały się stale razem i w końcu stały się prawdziwymi przyjaciółkami.
Ze wzruszeniem otworzyła Mariem ten list, od dawna upragniony i oczekiwany. I przeczytała:
Dziwisz się pewnie, droga Mariem, że dotychczas nie pisałam. I nie napisałabym zapewne nigdy, gdyby nie przypadek.
Piszę krótko i bezładnie, bo ten pan czeka i uprzedził mnie, że nie ma wiele czasu...
Ten pan jest Polak i przyrzekł mi święcie, że mój list wyśle... Inaczej nie mogłabym wysłać listu, bo nas tutaj dobrze pilnują. W ogóle ja nawet nie wiem, dlaczego piszę do ciebie, bo przecież ja nie chcę wrócić do naszego domu i do miasteczka. Niepotrzebna tam jest taka jak ja — brudna, chora ścierka.
I najgorsze może jest to, że ja nawet nie chcę wracać, bo coś się we mnie tak odmieniło i zepsuło, że nudne i niemiłe byłoby dla mnie nasze dawne życie.
Tak Mariem, do tego doszło, że ja bez wina, bez tańców, muzyki, światła i bez mężczyzn żyć teraz nie mogę, bo to wszystko daje zapomnienie.
Czy pamiętasz jakeśmy z tobą jeździły raz na karuzeli... Muzyka, huk, krzyk... wszystko się wokoło nas kręciło i miałyśmy z tobą jednakowe wrażenie, że jak ta karuzela się zatrzyma, upadniemy z drewnianych koników — martwe na ziemię... Tak teraz jest ze mną...
Boże, po co ja właściwie te wszystkie głupstwa wypisuję... i po co ja właściwie... Ach tak... już wiem...
Widzisz, coś ludzkiego we mnie jednak zostało i ja chciałabym uchronić przed moim losem inne dziewczęta z naszego miasteczka i z całej Polski. Mariem, ten twój kuzyn sprzedaje dziewczęta do domów rozpusty, to jest tam, gdzie ja się obecnie znajduję.
I twój ojciec pomaga mu. Więc jeśli możesz, zabraniaj i przeszkadzaj. Mariem, ja jestem z tych wszystkich nieszczęśliwych najnieszczęśliwsza, bo ja kochałam tego człowieka, a on...
Ale nie mogę już dłużej pisać, bo ten gość (tu Rózia wykreśliła i napisała „ten pan”) się niecierpliwi, nie chce dłużej czekać. O mnie możesz zapomnieć, ale pamiętaj to, co ci napisałam: przeszkadzaj i ratuj. Rózia.
I przypisek:
Nie dziw się, Mariem, kiedy się dowiesz, że rodzice moi otrzymali list, w którym donoszę, że wszystko w porządku i że dobrze mi się powodzi. Ten list nie będzie nawet wymuszony groźbami i biciem! Ja sama nie chcę, ażeby się oni dowiedzieli, co się stało z ich dzieckiem i że... Ach dosyć, już dosyć...
W kilka godzin później wrócił do domu Uszer Pchełka i spojrzawszy na córkę, niemal krzyknął:
— Co tobie jest, Mariem?! Ty jesteś na pewno chora!
Zbliżył się do Mariem, aby dotknąć jej czoła i sprawdzić, czy nie ma gorączki, jak to czynił przez długie lata. Był przecież jednocześnie jej ojcem i matką i ona sama nazywała go z żartobliwą czułością „mamusią-kwoczką”.
Lecz teraz Mariem odsunęła się gwałtownie, jakby unikając tego dotknięcia.
— Co tobie jest, Mariem? — powtórzył stropiony Uszer.
I wtedy Mariem, patrząc mu prosto w oczy, zapytała:
— Czyś ty o tym wiedział, ojcze?
— O czym ja miałem wiedzieć? Ja nie rozumiem twego pytania — powiedział, przerażony.
A ona mówiła dalej:
— Ojcze, czyś ty o tym wiedział, że ty pośredniczysz w najgorszym na świecie handlu, że ty pomagasz zbrodniarzowi?
Uszer, śmiertelnie przerażony, milczał, a Mariem mówiła dalej, zimno i spokojnie:
— Dlaczego ja właściwie o to pytam? Przecież ty jesteś mądrym i doświadczonym człowiekiem. Mogłam ja głupia dziewczyna nie wiedzieć i nie rozumieć, ale ty na pewno wiedziałeś i rozumiałeś, z jakim człowiekiem pracujesz i w jaki to sposób zbierasz ten mój przeklęty posag!
Uszer Pchełka trochę się już opanował i postanowił się bronić.
— Ja nie wiedziałem! Skąd ja prosty Żyd z małego miasteczka mogłem wiedzieć, że na świecie dzieją się takie rzeczy...
Mariem spojrzała badawczo na niego.
— Przysięgnij mi tedy9, że nie wiedziałeś i nawet nie domyślałeś się, w jakim to interesie pracujesz. Powiedz tak: „Przysięgam na Boga, że nie wiedziałem i nawet się nie domyślałem. A jeżeli fałszywie przysięgam, to skarż mnie Panie Boże: niech umrze dzisiejszej nocy jedyna moja córka, Mariem!”.
Wówczas wyrwał się Uszerowi Pchełce rozpaczliwy okrzyk:
— Mariem, to jest zbyt straszna przysięga!
— Więc przyznajesz, że wiedziałeś? — pytała zimno i nieubłagalnie jak sędzia śledczy.
Uszer osunął się na krzesło i zaczął szeptać szczere swe wyznanie.
— Mariem, ja domyślałem się... ale ja nie chciałem wiedzieć. Ja odganiałem od siebie myśli, te myśli, które przychodziły do mnie ciemną nocą i spać mi nie dawały. Ja mówiłem samemu sobie: „To nie jest tak... to nie może być tak, tobie nie wolno robić takich strasznych przypuszczeń, bo inaczej ty nie będziesz mógł pracować dla szczęścia twojego dziecka”. Przebacz mi, Mariem, przecież to dla ciebie... dlatego, że tak strasznie cię kocham! — błagał, daremnie wyciągając do niej ręce.
A Mariem po długiej chwili odpowiedziała:
— Ja cię, ojcze, nie osądzam, bo Bóg nad nami jedynym jest Sędzią. Ja głupia jestem i nawet nie rozumiem, jak się to wszystko stać mogło. Ale jedno ja wiem i rozumiem, że nie ma już między nami możliwości wspólnego szczęścia i nawet wspólnego życia. Ja stąd muszę odejść na zawsze, a przed rozstaniem o jedno tylko cię poproszę. Tymi przeklętymi pieniądzmi, któreś dla mnie zbierał, staraj się wyratować, wyciągnąć z tego piekła choć jedną zgubioną przez was dziewczynę.
— Dokąd ty pojedziesz, Mariem? — wyjęczał cicho Uszer.
— Ja jeszcze nic nie wiem... Zapewnie pojadę do większego miasta i zgodzę się za sklepową10 lub choćby za służącą.
I cicha łagodna Mariem po raz pierwszy może w życiu wybuchnęła:
— Ja podła, podła jestem, tchórzliwa! Wiem dobrze, gdzie ja powinnam pójść: na ulicę lub do takiego domu, jak one, te wszystkie zagubione przez was dziewczyny! To jedno byłoby prawdziwą pokutą i może wtedy Pan Bóg naprawdę by przebaczył. Ale ja słaba jestem i tchórzliwa i takiej rzeczy robić nie mogę, bo to jest ponad moje siły. Inną więc karę musimy wspólnie ponieść. Nie będziemy już nigdy w życiu ze sobą razem, bo rozłączyła nas na zawsze — ludzka krzywda.
Mariem Pchełka w dzień później wyjechała z naszego miasteczka.
Dzięki stosunkom i wpływom akuszerki, panny Reginy Fejgin, dostała się w Warszawie do żydowskiego szpitala jako pielęgniarka i stale zamieszkała w tym szpitalu.
W jakiś czas potem wyjechał również z naszego miasteczka Uszer Pchełka.
Opowiadali później ludzie, że Uszer mieszka w Warszawie, zarabia od czasu do czasu jakieś grosze, lecz stale nie pracuje, bo całymi prawie dniami wystaje lub przechadza się koło żydowskiego szpitala.
Czasami udaje mu się podobno ujrzeć przelotnie swą córkę.
Pan Gawron — wróg miłości
Pan Gawron mieszkał niby w naszym miasteczku, w małym odziedziczonym po rodzicach domku, lecz stale jeździł po okolicznych miastach i miasteczkach, gdyż pracował, jak sam się wyrażał, w „branży matrymonialnej”.
Ubierał się z europejska, dawno już porzucił jarmułkę i kapotę, lecz ubranie miał zawsze mocno zniszczone, gdyż pan Gawron był przeraźliwie, wprost przysłowiowo skąpy.
Posiadał on, fakt rzadki w naszym miasteczku, karty wizytowe w niemieckim języku:
MOZES GAWRON
WELTSCHADCHEN11
Pan Gawron był bowiem swatem, czyli pośrednikiem małżeńskim.
W naszym miasteczku wszystkie prawie małżeństwa w zamożniejszych domach skojarzone były przez pana Gawrona. Toteż mawiał on zwykle o sobie:
— Gdzie indziej dzieci przynosi na świat bocian, zaś w naszym miasteczku — Gawron!
Zjawiał on się stale w domu moich dziadków, proponując różne „partie” dla najmłodszej mej ciotki, Rózi.
Miał jednak z nią kłopot nie lada, bo choć Rózia już miała dwadzieścia trzy lata i w naszym miasteczku uważana była niemal za starą pannę, uporczywie odrzucała wszystkich przez pana Gawrona proponowanych konkurentów.
Toczyły się między nimi osobliwe dialogi.
Pan Gawron mówił na przykład:
— Niech panna Rózia posłucha i podziękuje Gawronowi za narzeczonego, którego dla niej znalazł: młody Danciger, człowiek z wyższym wykształceniem, dentysta, dużo zarabia i bardzo przystojny mężczyzna. A w dodatku ma zupełnie polskie imię, nazywa się — Stanisław!
Ciocia Rózia marszczyła groźnie swoje wąskie, ciemne brwi i odpowiadała:
— Niech mi pan Gawron da raz na zawsze spokój! Już tyle razy mówiłam, że ja przez swatów za mąż nie wyjdę!
Pewnego razu, gdy Rózia znowu odrzuciła jakąś wyjątkową, wspaniałą „partię”, pan Gawron do reszty stracił cierpliwość i odezwał się w sposób następujący:
— Ja Rózi muszę raz na zawsze powiedzieć słowo prawdy! Jakie prawo ma panna Rózia być tak wybredna? Nie jest wprawdzie panna Rózia brzydka, lecz do ładnej też jej daleko, nie jest biedna, ale bogata także nie jest, bo dziesięć tysięcy rubli posagu, to nie jest znowu taki cymes12. Nie jest Rózia zupełnie bez nauki, ale do wykształconych panien z Warszawy, które dzień i noc przesiadują na uniwersytecie, także się porównać nie może. Jednym słowem, co Rózia jest? Takie sobie „ni śmierdzi, ni pachnie”...
Gdyby Gawron powiedział Rózi, że jest biedna, brzydka i głupia, na pewno by jej tak nie uraził, jak tym swoim określeniem: „ni pachnie, ni śmierdzi”.
Zaczerwieniła się ze złości, lecz odpowiedziała na pozór spokojnie:
— Mnie zdanie pana Gawrona bardzo mało obchodzi. Jedno tylko wiem, że przez swatów za mąż nie wyjdę.
— No to jak panna Rózia wyjdzie za mąż? Narzeczony spadnie z nieba?!
— Zostanę starą panną albo... wyjdę za mąż z miłości.
Żaden najokrutniejszy byk na corridzie w Hiszpanii nie popadał chyba w taką wściekłość, widząc czerwoną chorągiew, jak pan Gawron, kiedy słyszał to słowo „miłość”.
— Miłość — krzyczał i tupał nogami pan Gawron — głupi wynalazek, przeklęta fanaberia młodego pokolenia! To jest rzecz dobra dla głupiej gojki13, a nie dla porządnej żydowskiej panienki!
— Jeśli już pan koniecznie chce kogoś wyswatać w naszym domu, to bardzo proszę... Nasza kucharka Chana wciąż marzy o chusenie14.
Niczym nie można było tak obrazić pana Gawrona, jak propozycją swatania kucharek, tragarzy, woźniców, drobnych przekupni i całej tej biedoty.
— Ja jestem Gawron, weltszadchen, i pracuję tylko w partiach powyżej pięciu tysięcy rubli, a takie tałałajstwo ja zostawiam szamesowi15 Szmelce, on także musi żyć — odpowiedział, pogardliwie wydymając wargi.
A Rózia tymczasem, aby ostatecznie podrażnić pana Gawrona, zaczynała śpiewać jakąś starą piosenkę:
Bo miłość to cudowny kwiat,
Ogrodem dla niej cały świat,
Płonie purpurą, wonią tchnie!
Taką miłością kochaj mnie.
Pan Gawron splunął z obrzydzeniem, jak gdyby usłyszał jakieś plugawe słowa.
— Rózia potrzebuje się wstydzić! Ja nawet słuchać nie chcę takich nieprzyzwoitości! — I wyszedł, trzaskając drzwiami, bo pan Gawron nie krępował się nigdy i u nikogo.
Serce ludzkie, jak wszyscy o tym wiedzą, pełne jest dziwacznych sprzeczności. Pan Gawron posiadał pewną, dziwną u takiego jak on człowieka, namiętność: lubił, po prostu kochał muzykę, sam sobie tego dokładnie nie uświadamiając.
Jego namiętność do muzyki była tak wielka, że spotkano go kiedyś przed kościołem, zasłuchanego w grę organów. Stał tak podobno pół godziny, a nawet, jak niektórzy twierdzą, wszedł do kruchty kościelnej, co dla nabożnego Żyda jest wprost grzechem.
Mimo swego niesłychanego wprost skąpstwa kupił sobie pierwszy bodaj w naszym miasteczku gramofon i przynajmniej cztery razy do roku pod pozorem jakichś nieistniejących „interesów”, które ograniczały się do zakupienia pewnej ilości nowych płyt operowych, jeździł do Warszawy na koncerty. Po powrocie zaś z każdej takiej eskapady pan Gawron był dziwnie nieswój i wzburzony i nieodmiennie składał wizytę — właśnie mojej ciotce Rózi.
Widocznie odczuwał potrzebę podzielenia się z kimś swoimi wrażeniami, a ciotka Rózia lubiła również muzykę i grała nawet wcale16 dobrze na fortepianie.
— Powiadam, pannie Rózi — powiedział pewnego razu, podczas jednej z takich wizyt, pan Gawron — słyszałem w tej Warszawie koncert, że palce lizać. Tam był szczególnie jeden kawałek...
I pan Gawron począł nucić motyw, posiadał bowiem doskonały słuch.
Ciocia Rózia roześmiała się.
— A czy pan Gawron wie, jak się nazywa ta muzyka?
— Co mnie obchodzi nazwa? Niech ona się nazywa, jak chce. Ja wiem tylko, że mnie się podoba i koniec. Ja bym wolał codziennie słyszeć taką muzykę, niżeli... niżeli wygrać na loterii.
— Ta muzyka to jest Tristan i Izolda17, najpiękniejsza w świecie apoteoza miłości.
Pan Gawron, usłyszawszy to nienawistne słowo „miłość”, już się zachmurzył.
— Co to jest apoteoza? — zapytał.
— No, jakby to panu wytłumaczyć?... To jest taka najwyższa pochwała i zachwyt. Zachwyt nad miłością i pochwała miłości! — powtórzyła przekornie Rózia. — A pan Gawron wciąż powtarza, że miłość jest szkodliwa i nawet wprost nieprzyzwoita.
I wówczas pan Gawron wygłosił swój zdumiewający aforyzm.
— W książkach i w muzyce to ona jest może potrzebna, ale w partiach to ona jest niepotrzebna, a nawet szkodliwa!
A po chwili dodał:
— Zresztą ona sobie może w ostateczności przyjść po ślubie... Kto jej broni?
— Jak pan Gawron może mówić takie bezeceństwa! — wybuchnęła Rózia.
— Daj spokój, Róziu — łagodziła babka — przecież żaden człowiek nie może lubić swego konkurenta, który mu chleb odbiera, a w tym waszym młodym pokoleniu miłość to najniebezpieczniejsza konkurentka pana Gawrona.
Do Gawrona zaś babka mówiła:
— Niech pan się na nią nie gniewa. Ona jest młoda, ona się jeszcze zmieni...
Stało się jednak inaczej: Rózia się nie zmieniła, zmienił się natomiast pan Gawron. Sprawdziło się na nim przysłowie, że kto z czym wojuje, od tego ginie.
Nasz chasen18, Abram Pomidor, miał naprawdę piękny głos. Wszyscy Żydzi w miasteczku byli z niego dumni i twierdzili, że chasen w największej synagodze w Warszawie nie ma takiego, jak Pomidor, głosu.
Otóż do tego chasena Pomidora przyjechała z Łodzi jego siostra, rozwódka, pani Ida Goldbergowa. Widocznie talent muzyczny był w tej rodzinie dziedziczny, bo pani Ida śpiewała bardzo ładnie, miała miły mezzosopran i umiała wiele pieśni, a nawet arii ze starych oper: Toski, Traviaty, Fausta i Żydówki19.
Pani Ida nie odznaczała się bynajmniej wielką urodą. Przez gruby pokład pudru, niby słońce przez zimowe niebo, gęsto przeświecały piegi, a niewielkie oczy miały wyraźnego zeza.
Nie była również pierwszej młodości, chociaż o jakieś dziesięć lub piętnaście lat młodsza od starego wdowca, pana Gawrona.
Ubierała się pani Ida „biednie i elegancko”. Suknie były z lichego materiału, nieświetnie uszyte, ale z wielką pretensją do ostatniej mody. Posiadały one tę szczególną właściwość, że wyglądały jednocześnie jak stare i nowe, a pochodziło to najprawdopodobniej z tego, że pani Ida przerabiała nieustannie, według ostatniej mody, stare swoje łachy.
Naszyjników z różnokolorowego szkła, łańcuszków, bransoletek i tym podobnych tanich świecidełek miała pani Ida tak wiele, że nazywałyśmy ją z siostrą — afrykańską kacykową.
Pan Gawron od dawnych czasów był przyjacielem chasena. Złączyło ich wspólne zamiłowanie do gry w szachy.
Mogli oni grać przez cały wieczór, przy czym chasen śpiewał pięknym swym głosem na różne melodie: „Zabieram tego pionka... mat daję wieży... Królowa niedługo zginie...”, co się bardzo podobało Gawronowi.
U tego chasena, na swoją zgubę, pan Gawron poznał panią Idę.
Pan Gawron był człowiekiem zamożnym, gdyż nie tylko pobierał dość poważne honoraria za kojarzenie małżeństw, lecz umiejętnie operował tymi pieniędzmi, a na siebie wydawał bardzo mało.
Pani Ida w majątku posiadała tylko swoje świecidełka i łachy i, jak mówiono, dość burzliwą przeszłość. Nic więc dziwnego, że upatrzyła sobie na męża zamożnego i niezbyt jeszcze starego pana Gawrona.
Te jej plany spełzłyby na pewno na niczym, gdyby nie posiadała w swoim arsenale tak niebezpiecznego dla Gawrona oręża — pięknego głosu.
Biedny Gawron przez kilka wieczorów słuchał owych arii z Fausta, Traviaty i Żydówki, a wkrótce potem rozeszła się w miasteczku wiadomość, że pan Gawron żeni się z panią Idą.
Wiadomość ta wydawała się zrazu nieprawdopodobna. Taki stateczny, zamożny człowiek i taka płocha zalotnica!
A jednak po kilku tygodniach pan Gawron z panią Idą wyjechali do Łodzi, skąd wrócili jako małżonkowie.
Wówczas zaczęły się w miasteczku dziać dziwne rzeczy. Dom pana Gawrona gruntownie odświeżono, z Łodzi przyszły nowe wspaniałe meble i przyjęto służącą.
Pewnego dnia przed dom pana Gawrona zajechał wóz ciężarowy, z którego ludzie wynieśli nowiuteńkie pianino.
Pan Gawron płakał i... płacił.
Wszystko to byłoby jednak do wybaczenia, gdyby pani Ida była dobrą żoną i gospodynią, jak inne kobiety z naszego miasteczka. Lecz pani Ida okazała się kobietą niegospodarną, marnotrawną i co najgorsze — płochą i zalotną.
Widywano ją w podmiejskim lesie w towarzystwie Leosia od fryzjera i — o zgrozo! — w towarzystwie chrześcijanina, telegrafisty, pana Boczkowskiego.
Pani Ida tak święcie wierzyła w to, że jest przystojną i elegancką kobietą, że wiara ta udzieliła się widocznie niewybrednym zresztą małomiasteczkowym donżuanom20.
W naszym miasteczku nie brakło plotkarzy i plotkarek, ale mimo to nikt nie odważył się poinformować pana Gawrona, jak to w czasie jego ciągłych podróży zachowywała się pani Gawronowa.
Ta bezkarność tak ją rozzuchwaliła, że zaczęła podczas nieobecności męża przyjmować wielbicieli w swoim własnym domu.
Lecz oto pewnego dnia wypędzona przez panią Idę „za pyskowanie” służąca wykrzyczała nieszczęsnemu Gawronowi całą prawdę. Przedstawiła przy tym jako dowód jakiś znaleziony czy też ukradziony list wielbiciela.
Pan Gawron dostał ataku żółciowych kamieni, a gdy wyzdrowiał, nie wychodził wcale z domu, bo wstyd mu było pokazać się ludziom na oczy.
W końcu jednak nie wytrzymał, przyszedł do mego dziadka i zaczął się gorzko użalać.
— Rujnuje mnie, dobrego słowa nie daje, nigdy nie zaśpiewa, kiedy ja o to poproszę, a ja milczę, cierpię i wszystko znoszę... Ale ten wstyd... to zgorszenie i grzech, o którym się teraz dowiaduję, tego już ścierpieć nie mogę i nawet mi nie wolno!
I pan Gawron zapłakał.
— No, cóż — wyrzekł po namyśle mój dziadek — gdyby tutaj szło tylko o marnotrawienie pieniędzy i o jej przykry charakter, powiedziałbym: „Cierp pan, może Pan Bóg da, że się poprawi”. Ale tamte rzeczy... to jest już świństwo, którego żaden porządny człowiek tolerować nie powinien.
— Więc co ja mam zrobić?! Co ja mam z nią począć?!
— No cóż, panie Gawron, u nas, Żydów, o rozwód wystarać się nie jest, dzięki Bogu, bardzo trudno...
Pan Gawron pobladł.
— Rozwieść się?! Ja się mam z nią rozwieść?! — zajęczał.
— No, a co innego panu pozostaje? — zapytał dziadek.
Pan Gawron podniósł się w milczeniu i wyciągnął rękę na pożegnanie.
— Więc cóż? — zapytał dziadek.
— Ano... nic... — odpowiedział pan Gawron.
Ale kiedy podszedł już do drzwi, zatrzymał się i dodał cicho:
— Rozwieść się, powiadasz pan... Dlaczego lepiej pan nie powie od razu do mnie: „Gawronie, wykop sobie swoimi własnymi rękami grób”?
I wyszedł.
Tak to na panu Gawronie, swoim zaciętym wrogu, zemściła się — MIŁOŚĆ.
Esterka ze Żgowa
Kiedy kobiety z naszego miasteczka chciały się trochę uśmiać, zagadywały Esterkę.
— Opowiedz nam, jak tam jest w tym twoim Żgowie.
I wówczas Esterka, jak im się wydawało, zaczynała pleść niestworzone rzeczy.
-– U nas pod Żgowem płynie rzeka, taka śliczna rzeka, że ładniejszej nie ma chyba na świecie. Woda tak wesoło pluszcze po kamieniach, jakby się ciągle śmiała. A nad tą rzeką pełno jest kwiatów i tataraku. Takiego tataraku jak u nas, nie ma nigdzie. Ogromny, jasnozielony, a korzenie ma bladoróżowe jak korale. Na tym tataraku można wygrywać różne melodie, jak na harmonijce. Ja na Zielone Świątki21 szłam z dużym koszem nad tę rzekę po tatarak, a potem roznosiłam po domach.
— A ile ci płacili za to ziele?
Esterka ze zdziwienia szeroko otwiera oczy.
— Płacili? Dlaczego mieli płacić? Przecież tatarak Pan Bóg posiał nad rzeką, aby na Zielone Świątki u wszystkich ludzi było ładnie i wesoło, więc ja tak, z dobrego serca, roznosiłam po domach ten tatarak.
— Też hrabina! — mówiła drwiąco Chaja Rybiarka, a Esterka, niezrażona bynajmniej tą uwagą, opowiadała dalej:
— Myśmy z tatuńciem chodzili z towarem po okolicznych wsiach, bo tatuńcio miał cały swój sklep na plecach. Ach, tam były takie śliczne rzeczy!
— A cóż twój „tatuńcio” nosił na plecach? Złoto, srebro, brylanty, perły?
Esterka nigdy nie poznawała się na kpinach i odpowiadała poważnie:
— Nie, tego wszystkiego on nie sprzedawał. On miał wstążki, różowe, żółte, niebieskie, jak te kwiaty w polu, paciorki, co się tak lśniły i migotały jak małe światełka, książki z pięknymi kolorowymi obrazkami i nawet perfumy, które pachniały jak prawdziwe kwiaty. Raz się taka flaszeczka trochę nadtłukła i tatuńcio mi ją dał. Powiadam wam, pachniała jak prawdziwy jaśmin!
— A co to jest jaśmin?
Kobiety z naszego miasteczka nie hodowały i prawie nie znały kwiatów.
Jeśli kiedyś przypadkiem mówiły o nich, to każdy kwiat nazywały „róża”.
Na przykład Chaja Rybiarka, stawiając na oknie lak22 i pelargonię, przyniesione przez córeczkę ze szkoły, mówiła:
— Chciałam wyrzucić te dwie róże, ale Ryfcia nie daje, bo pani kazała hodować to paskustwo...
— Jak można nie wiedzieć, co to jest jaśmin! — dziwiła się Esterka.
— No, ja dzięki Bogu żyję czterdzieści lat na świecie i karmię ze swej pracy troje dzieci, chociaż nie wiem, co to jest ten twój jaśmin... — odpowiadała Chaja.
— Bo tutaj u was nie ma jaśminu — wzdychała Esterka — a mnie za nim tak tęskno...
— A za dzieckiem ci nie tęskno? — pytały urągliwie sąsiadki.
— Za dzieckiem także mi tęskno — odpowiadała poważnie Esterka — ale ja jeszcze wciąż myślę, że będę miała dziecko.
— No, a kto ci zrobi to dziecko? Chyba nie twój niedojda Chaim. On ma pojęcie o takiej robocie jak... ja o tym twoim jaśminie... — mówiła Chaja.
A Esterka odpowiadała z niezmąconą powagą i słodyczą:
— Dziecko Pan Bóg mi przyśle.
Kobiety wybuchały śmiechem, stwierdzając po raz niezliczony głupotę Esterki. Postanowiono bowiem nieodwołalnie, że Esterka jest najgłupszą kobietą w miasteczku. A Chaja Rybiarka mówiła wręcz, że Esterka ma głowę jak... wstyd nawet powtarzać takie ordynarne porównanie!
Esterka zjawiła się pewnego dnia u krawca Pinkusa zupełnie niespodzianie. „Spadła z deszczem”, jak mówiła, wzdychając, pani Pinkusowa.
Weszła do sklepu, pocałowała w ręce oboje Pinkusów i powiedziała spokojnie i poważnie:
— To ja, Esterka ze Żgowa. Tatuńcio umarł i przed samą śmiercią rozkazał, abym pojechała do wuja Pinkusa. Mój nowy kuferek jest przed sklepem, taki śliczny zielony kuferek, a tu jest mój posag.
I podała wujowi Pinkusowi swój, pożal się Boże, posag, dwieście rubli, otrzymanych ze sprzedaży gratów i towaru „tatuńcia”. Sprzedażą zajęli się dobrzy ludzie, bo Esterka, jak sama oświadczyła, nie ma dobrej głowy do interesów.
Cóż mieli zrobić Pinkusowie? Musieli przyjąć sierotę, bo i przed ludźmi byłby wstyd i sumienie człowiek także ma, więc jakżeż inaczej?
Wezwali na trzeci dzień szamesa, drugiego, po panu Gawronie, w naszym miasteczku swata i polecili mu wystarać się o narzeczonego dla Esterki.
— Narzeczonego ja już mam — odpowiedział Szames — syn Kujalnika, pisarza przy tartaku Chaim. On jest dla niej akurat, jak na miarę!
— Ech, taki szlemil23! — zaoponowała nieśmiało Pinkusowa.
— Szlemil?! — zapienił się szames. — A ona co?! Córka wędrownego kramarza? I ten posag... dwieście rubli... to tak samo, jakby nic nie miała.
— No, zawsze ładna z niej dziewczyna.
— Gdzie to jest napisane, że Żydówka powinna być ładna? Ona powinna być albo bogata, albo mądra, żeby umiała czymś handlować i coś zarobić! Ale wasza Esterka ze Żgowa to istne cielę! Na twarzy ma napisane, że cielę!
— Za mądra ona nie jest... — przyznała z westchnieniem Pinkusowa.
— No, więc widzicie. Pisarz bierze synową do siebie, będą u niego mieszkali i jedli i on nauczy syna, żeby był po nim pisarzem.
— Niczego on tego osła nie nauczy... — mruknął Pinkus.
— No, ale pieniądze pisarz ma, bo obławia się w tartaku i na właścicielu, i na kupujących.
Urządzono dla formy „kik”24.
Pisarz przyszedł tedy ze swoim synem Chaimem do Pinkusów w sobotę po południu na herbatę.
Konkurent pił w milczeniu herbatę, przegryzając ciastem, a pisarz gadał jak najęty za siebie i za syna.
— Mój syn nie jest taki ślamazara, jak się wydaje — mówił — jest tylko nieśmiały, ale on ma swój rozum.
I zaczął opowiadać różne historie, świadczące o nadzwyczajnym, choć ukrytym sprycie jego syna.
Podczas gdy pisarz gadał, konkurent ani razu nie spojrzał na Esterkę, natomiast patrzał tak uporczywie na czekoladową babkę, stojącą pośrodku stołu, jak gdyby właśnie z tą babką miał zamiar wstąpić w związek małżeński.
Pisarz szelma wytargował u Pinkusa dodatkowe 50 rubli i złoty zegarek zamiast srebrnego dla narzeczonego, po czym odeszli.
Po tej wizycie, również dla formy, zapytano Esterkę, jak jej się podoba konkurent, a ona odpowiedziała: