Piosenka ochlapanego
„Może zmajstrujemy jakiegoś malutkiego Orcia?”,
pytam, skoro już stoi obok
i nie chce odejść, a jej spodnie i koszulka
zachowują się tak, jakby na niej schły,
chociaż ma parasol i raczej przestaje padać.
Dzięki kroplom deszczu na moich okularach
wszystko dookoła chyli się ku upadkowi;
niewiele tego, ale i tak będzie niezły huk.
Od strony chylącego się ku upadkowi szpitala
nadjeżdża chylący się ku upadkowi autobus,
wzbogacając to moje wszystko o trochę czerwieni.
Jeżeli nic, poza jej ubraniem, nie chce
ze mną rozsądnie pogadać, to znaczy,
że nie czytała. Albo nie lubi. Trudno,
pójdę całować żaby gdzie indziej.
Złorzeczę i podchodzę do krawężnika, myśląc
o nieodpartej potrzebie czynienia dobra,
zmuszającej nas do robienia różnych głupot,
i błogosławię twarze po drugiej stronie,
bo za chwilę pojadą całować traktory.