Gruba tańczy
Rodzicom
Gruba tańczy
Kilimandżaro
Zanurkowałem w wannie
i wynurzyłem się z gorącego źródła.
Bez plecaka, mając tylko ręce
zwracałem się do ludzi.
Bardzo powoli jedli.
Nocą mówili o wojnach i huraganach.
Czasem pytali o ciebie, ale bez nacisku,
a ja pytałem, co jest za tą wielką górą.
Dobrze po
Zacina.
Kobieta w wiatrówce i z psem
mówi — dopiero co włamanie było.
Jednak obcy wydaje się sympatyczny.
Pobrudził się o zardzewiałą kratę.
Wieczór, pękaty kawał kłódki.
Nie bardzo późno, ale dobrze po.
Wilczur obserwuje mokre krzaki.
Dopiero co mieliśmy włamanie.
Poprawia kaptur. Rękę ma
zajętą smyczą. Czy ma
chusteczki? Nie ma chusteczki.
Filk1 forever
Kiedy już wylądujesz, kup śrubę i spójrz,
w którym kierunku nawija się gwint.
Na ogół pierwsi nie podają ręki. Spójrz na gwint.
W końcu zmuszą cię, żebyś z nimi uklęknął.
Nim się przeżegnasz, spójrz na gwint. Ich mezony2,
od ich mezonów, jak wiesz, siwieją ich katedry.
Spójrz na gwint, gdy wsiadasz w samochód, i uważaj,
komendant straży lubi być blisko z burmistrzem.
Spójrz dwa razy na gwint, nim coś napiszesz.
Najlepiej dojdź do wprawy w wodzeniu palcem
po gwincie. Możesz żyć z muzyki albo geometrii,
ale sport im lepiej zostaw. Dotknij gwintu
sięgając po gitarę. Szanuj ludowe gusła,
jak „dystans do siebie” czy „moim własnym zdaniem”,
Niech płyną rzewne dźwięki! Unikaj gazowników!
Uzmysłowienie
Wczorajszy wieczór nie miał w ogóle kształtu.
Głodne kawałki z konsoli. Miłość w kawałkach.
Dwóch wpadło przed klabingiem3, żeby się napić
po ludzku. Siedzieli w czapkach. Kontuar wlókł się
lewym pasem jak niedzielny kierowca.
Miłość w kawałkach. Potykałem się, stroiłem miny.
Dojrzałem i przekwitłem, bo sobie uzmysłowiłem,
że, gdy jest cieplej, piersi lgną w środkach lokomocji
do podkoszulek. Poeta mówi: żyjemy nad przepaścią.
Jeżeli o mnie chodzi, to żyję głównie w cieniu
wczorajszego wieczoru; jakby mi zachodziło światło
za wczorajszy wieczór. Głodne kawałki. Powiedziałem
— podjedźmy, nim się rozbiorą i wsiądą do tramwaju —
i poprosiłem — wyhamuj. Lecz nie wyhamowałeś.
Wszyscy się posunęliśmy. Miłość w kawałkach.
Warszawa wolna od narkotyków
Dochodziła godzina 17.00,
gdy wywiadowcy patrolujący rejon
na Ursynowie zauważyli Peugeota czterysta pięć,
którym jechało dwóch młodych mężczyzn.
Samochód cały czas zmieniał pas, a jego
pasażerowie nerwowo oglądali się za siebie.
To wzbudziło podejrzenie funkcjonariuszy.
Postanowili zatrzymać auto do kontroli.
Kolejne zdarzenie miało miejsce
przy ulicy Domaniewskiej. Około
godziny 19.00 patrol zauważył zaparkowany samochód.
Z kolei uwagę patrolu przy Rzymowskiego
zwrócił młody mężczyzna: nerwowo
rozglądał się. Gdy się do niego zbliżyli,
próbował odejść.
Wiersz dla Johna Nasha4
Próbowali nawiązać ze mną kontakt
już w podstawówce, na kontroli wzroku.
To znów nie chciałem spóźnić się na
koncert kolegi i w końcu byłem gotów
do wyjścia zbyt wcześnie. Nie można
długo się wahać, trzeba podjąć decyzję
natychmiast, w kurtce, w butach: wyjdź
lub zapal światło w przedpokoju.
Czy można powiedzieć o życiu, że jest
obskurne? Groziło mi okrutne załamanie.
Znów próbowali nawiązać ze mną kontakt.
Leżałem na podłodze koło Mikołaja
i dumałem o łyżeczkach „no splash effect”5.
Czy przyniosą mi miliony?
(Chodzi o zdarzenie w zlewie,
kiedy nieopatrznie puścisz strumień.)
Próbowali nawiązać ze mną kontakt,
a ja pragnąłem tylko jednego: być
najlepszym na zachodnim wybrzeżu.
Kiedy mnie pobili, obszedłem jednostkę
po grzbiecie ogrodzenia jak po linie.
Czułem, że jeśli dobrze się naprężę,
zobaczę długą liczbę pierwszą
goniącą wśród wielkiego pierza.
Moja żona prała, potem słuchaliśmy
na leżakach, jak kapie „Rivers of Babylon”6
z jej bluzki, szortów, stanika, na beton
przed bramą, jak woda spływając do ścieku
plącze się niemożliwie, „Rivers of Babylon”,
jak się drze i pruje cała masa wody
przed wjazdem do garażu, koło ogrodzenia,
jak się język wody wykoleja z wiru.
Moja pierwsza syrenka
w krzakach niedaleko torów
rdzewieje moja pierwsza syrenka
chodziłem do niej po części
i jeszcze długo potem
gdy była już doszczętnie wybebeszona
2004/2005
Ustalmy fakty: pewien gość, który mnie czytał,
nie odmówił kielonka i zapaliliśmy
w kuchni, choć się nie paliło. I była gitara,
majonez na jajach i widok na przepompownie.
W sąsiednim pomieszczeniu oddawano się rozmowom.
Ustalmy fakty: zmieniłem pomieszczenie
i oto ktoś walczył z wieżą: „spójrzmy prawdzie
w oczy, ta wieża jest do chuja”, a kto inny chłonął
jego trafne słowa i rozwijał warsztat.
W sąsiednim pomieszczeniu oddawano się rozmowom.
Ustalmy fakty: Kuba przyszedł pod krawatem
z dziewczyną w chustce na głowie, rozejrzał się,
zdjął krawat i zmienił dziewczynę na bez chustki.
Za to jak postępuje, chciałem iść z nim na solo.
W sąsiednim pomieszczeniu oddawano się rozmowom.
Ustalmy fakty: wszyscy wyszli na klatkę
i wrócili. Tańczyłem z Kamilą, potem z palmą.
Poszedłem do toalety, żeby się poprawić.
Miałem pomysł na traktat i zasnąłem.
W sąsiednim pomieszczeniu oddawano się rozmowom.
Meblościanka
Drzwiczki, które trzeba szarpnąć, puknąć, do których trzeba przemawiać,
lub podważać je nożem, drzwiczki, co się ich więcej nie otworzy, nie zamknie,
te otwierające się nagminnie i te, co gdy je zamknąć, inne się otworzą,
i jeszcze jedne — lubiące skrzypnąć rzewnie punkt dwudziesta czwarta.
Szuflada, jej wykolejenia i blokady, domniemywania i manipulacje szufladą.
Sekretarzyk — gilotyna, wrażliwy szczególnie na ruch głową w pobliżu.
Dwie półki za przeszkleniem, dobre wyłącznie na smutną kolekcję kryształów,
podbite lustrem, w nim na zawsze zastygłe.
Mebel w obcym formacie: nie zainstalujesz na nim
butelki, lampki; książki musiałbyś chyba kupować z linijką.
Zapomnij o nośnikach danych, może nośniki danych Marsjan.
I w żaden sposób, na skos czy na upych, nie ukryjesz w nim trupa.
Gruba tańczy
gruba tańczy mówią
szturchają zobacz zobacz
rozpieramy się na sofie
gruba tańczy ale jazda
wracamy orzeszkiem
a w pewnej chwili wchodzę w żywopłot
gruba tańczy podobno
nic do mnie nie dociera
gruba tańczy okręca się
heja heja gruba tańczy
łączy połówki grejpfruta
te z powrotem się zrastają
Głęboko w sercu mym...
Beato, lecisz nad dobrym jeziorem w ładnym
samochodzie o drzwiach rozpostartych jak skrzydła.
Płyniesz po cierpliwej wodzie aż do trzcin
na drugim brzegu i dalej, cierpliwą nocą,
do wioski, uliczkami tej ładnej
cierpliwej wioski, aż spotykasz
Beatę, która się wydobywa z pubu.
Przyglądasz się jej, bo jej od razu nie poznajesz,
taka jesteś znużona tym ładnym kawałkiem
drogi, po czym wchodzisz w dobry nastrój,
ładnie zmieszana. Wrzawa, dym i alkohole
cierpliwych wieśniaków i ładnych turystów;
bywa że ktoś podnosi się z miejsca, cierpliwie,
wtedy prowadzisz go do dobrej furtki ładną ścieżką.
Minerał
Gdy uznać za oddalone tartak i wodospad,
okaże się, że w niektóre miejsca jest dalej na skróty;
z drugiej strony, gdy przyjąć, że przez szynk nad groble
jest nie po drodze, rypnie się tamto i kto wie, czy
nie będziemy zarazem w tartaku i w szynku.
Swoje życie przywiozłaś w plecaku, niosłaś
w tornistrze, żaby czaiły się w trawie do skoku.
A ja — czym się zajmowałem? Przemierzałem place,
piłem w szynku, marzyłem o córce cieśli,
wychodziłem z twojego życia do drugiego pokoju
podlać kaktus, przestawić minerał na półce.
Co mogłaś, gdy krążyłem między tartakiem a groblą,
ty ze swą wiarą w odległość, mająca w zanadrzu
urodę, gniew, awantury, lecz coraz mniej sił do mnie?
W ciemnościach ten minerał świecił się, przybliżał.
Więźli się, wyplata...
Dziadek uczył: sznurek
(lepiej żeby dłuższy)
na supeł, przełożyć przez dłonie
(obie dłonie) i gramy
(trzeba dwóch).
Mop
Gdy po raz pierwszy usłyszałem o tym,
że ktoś wynalazł mopa, miałem dziewczynę i pracę.
Mop. Po co mi to było? I zaraz jak z plaskacza
— mopa wynalazł ktoś! Nie było czasu się przestraszyć.
Mop. Kręcąc głową jak pod natryskiem,
niekontent, dostałem znów, pod innym kątem.
Mop, istnieje ktoś — nie ja! — kto go pomyślał.
A jak pomyślał, zrobił. Mop. Nie było łatwo.
Ten facet — czy to facet? — kombinował jakoś tak,
po co wyżymać szmatę? Mop. Po co na klęczkach,
kiedy można prosto? Czułem, jak stąpa
po którymś z kontynentów. Wrzało!
Dziewczyna — ja albo mop! Szef w pracy — mop?
co mam przez to rozumieć? Wróciłem do domu
i przejechałem mopem podłogę, każdy zakamarek.
Droga wolna. Mop. Chodzę, chodzę.
Piko
Cybernetyko! armio didżejów z offu
gmerająca w układach! Podłączyć się
do stolika, przy którym by do mnie mówiono
„ten w plażowej koszuli jest obleśny”.
No ale gość jest zwyczajnie lepszy, w dźwięki i w piłkarzyki
i trzeba z tym żyć na stojąco. Bezpiecznik?
Tak tylko pytam, bo mi zapachniało
kolejką piko, co mnie kiedyś kręciła, a
ciebie? O winylowa płyto, wszedł nawijacz! Wolność
porymowane końce, i również w palemki. Będzie
bum? Wpiąć się do cyberwzmacniacza i czadu!
Ostrożnie, są ze śrubokrętem.
Wykroczenie
Nie może tak być, żeby mnie trzymało
od piątku do piątku to, że ona jest,
wieczorem przechodzi przez jezdnię
na czerwonym z butelką i z wyraźnym
zamiarem spożycia tego alkoholu
w parku po drugiej stronie jezdni.
Nie może tak być, żeby ją bez reszty
pochłaniała rozmowa, bowiem jest na jezdni
ruch drogowy zarówno, gdy coś jedzie,
jak i gdy nie jedzie, a tylko by mogło
mając stosowne uprawnienia i pojazd,
albo i bez uprawnień, użytkować jezdnię.
Nie może tak być, by jej celne zdanie
na temat podjęty jeszcze na chodniku
nie mogło zaczekać, aż zejdziemy z jezdni,
by nie mogła przenieść — tak jak niesie sobie
torbę na ramieniu i butelkę — zdania
na drugą stronę jezdni.
Palce Łużyna7
Wszystko się pani wysypie.
Jednak to on zgubił chustkę.
Strach mówić: budzi w nas pewne uczucia.
Lepiej się z tym załatwmy od razu, nasłuchiwał
kroków, w dwóch lakonicznych zdaniach, żeby
mieć to już z głowy. Mama nie bardzo się czuje,
lecz już jej lepiej, już czuje się całkiem dobrze.
Co jeszcze zgubił? Gładki plastikowy krążek
do gry (na tej brodzie już się przejechaliśmy
w drodze do inicjacji i matury) zostawmy
w jego kieszeni. Monetę, którą mu wydali
za mało reszty z papierosów, aż się poturlała
w zarośla. Jednak przede wszystkim musiał przesuwać.
Cokolwiek, choćby końcem buta grudki żwiru. Wszelka
aktywność jest przesuwaniem, powiada Russell8 i grzeszy
brakiem umiaru, lecz mamy go akurat pod ręką. Jak prędkie
są iskry rozładowań! Pracował nad akordem. Nie kochała go.
Stawiennictwo
Ochroniarz oprowadza go wzrokiem po samie,
radiowóz zrównuje z nim tempo.
Dzielnica domków z ogródkami pamięta:
szedł tędy jeden dnia tego i tego.
Sztachety parkanów są na serio ostre.
Zęby psów zdrowsze są od jego zębów.
Listy, które dostaje, zaczynają się numerem
paragrafu, a kończą: „w razie niestawienictwa...”
Jego menu zależy od ostatniej z monet.
Utknęło w podszewce dwa czy pięć groszy?
Przechodnie piekielnie spieszą się do pracy,
ponieważ ciężko pracują, rzecz jasna.
Ławki są dla tych, którzy mają gdzie spać,
degustacje zwrócone są do mniej głodnych.
Dzieci idą do szkoły, słońce świeci im w twarze.
Robotnik bierze młotkiem dobry zamach.
Życie z cieniem
Na wydziale sprawdziłem pocztę:
dziekanat, samorząd, krokus od Piotrka,
mamy zaszczyt, promocja, chętnego
do zbioru ogórków. Zacząłem krążyć
po wyludnionym budynku jak dozorca.
(Kowalski twierdził, że piszę średnio).
Automat wydał mi resztę miedzią
i podzwaniając, z kubkiem lury
poszedłem w miejsce, w którym mnie zwęszył
lotny esemes operatora:
darmowe minuty, jeśli coś tam.
(Kowalski twierdził, że piszę średnio).
Woźna zbeształa ślepe stado
idące mym śladem po świeżo umytej
podłodze do labu9 i przyszła zerknąć,
jak się dobijam, bo lab był nieczynny.
Zgubiłem ogon wsiadając do windy.
(Kowalski twierdził, że piszę średnio).
Schodziłem biorąc za dużo stopni,