Dolna Wilda

[Dedykacja]

dla Marka

Egzotycznej rybie z akwarium w Café 2000

Gdybym mógł, przełożyłbym cię z obcego

albo napisał od początku we własnym języku.

Za grubą szybą ty i ja mamy przyciężkawe sylwetki

wyciętych z kartonu kukiełek.

Ja pracuję bardzo nad sposobem widzenia,

podglądam świat przy sąsiednich stolikach —

przystojnego Studenta, Wojaka-brzuchacza

i dwie lesbijki, z których jedną znam

od dziecka — ty podglądasz nas.

Jesteś grubą szarą kiełbaską z wyłupiastymi oczami,

co chwila przylepiasz się do szyby

otworem gębowym i zsuwasz się w dół.

Właściwie nic ważniejszego ponad to.

Chociaż to obce, obce, obce.

Nijak się tego nie da oddać tutaj.

Wojak-brzuchacz już za chwilę zaśnie

i będzie ginął pod Sarajewem, rażony

sztucznym choinkowym ogniem,

Student wymieni spojrzenia z Barmanem

i dwie lesbijki, z których jedną znam,

zasną wtulone w siebie na kanapie.

Rondo

Zapisuję zdarzenia

zimy są rodzajem wodospadu

i nie brzmi to absurdalnie.

Złodzieje wydają się

nieruchomym stawem, w którym

znikają przedmioty. Ale słowa

dzieją się tak źle jak oni,

zgarniają nas i na pętli

muszę ci odpowiedzieć:

nic nie mam, zniknęło.

Idziemy do domu, który zbudowano

na miejscu ogrodu.

Pamiętam wiatr,

co wyginał gałęzie, gdzieś zapisałem

ten wiatr i teraz plącze się w umyśle

drgająca witka leszczyny,

ruchliwa jak oszołomiony węgorz.

Zamiast podłogi gałęzie,

konar zamiast sufitu, sypialnia

pełna zimnych i wilgotnych liści.

Teraz jest tu pusto, dom stracił zęby

dziąsła rozmiękły i mięśnie drżą,

rosa osadza się na niezdrowej skórze.

Linoleum traci połysk za dnia,

budzi się nocą, kurcząc i pękając.

Dzielnica jest zła i złe są urzędy,

zła pogoda i źle dobrane słowa, by

opisać ten stan — krzyk orlika

nagrany przez ornitologa, jego

głos jak szron.

Mam suchy język i nie chcę

klepać modlitw. Nawet nie

dochodzimy do furtki, kiedy

zmieniam plan. Lepiej zostać

tutaj. Patrzeć jak na sąsiedniej

parceli kopią fundamenty.

Czarna owca — lotki

W jej dłoni to nie żadna broń,

a jednak zręcznie ciśnięta, dałaby nam

zagadkową śmierć i parę nagłówków w gazetach.

Zresztą nie jest sama.

W tej części sali oddzielonej nami jak murem

one dominują. W głosach rozpoznaję

psie warczenie i werble, niejasno przypominam

sobie mit o rozszarpaniu, to dobrze

być tak rozszarpanym?

Pomiędzy nimi eteryczne porozumienie,

ruchy ciał zsynchronizowane ze sobą

i na myśl przychodzi studzienka

z zapałek, a właściwie ostatnia

faza budowy, gdy wstrzymuje się oddech,

by wszystko nie runęło i właśnie

w takiej chwili pojawia się gość-idiota,

niepewny ruch niweczy wszystko.

Niwecz — to właśnie słowo tak nęci,

gdy patrzę jak odchylają ramiona

i rzucają w tarczę.

Nie kojarzę tych cieni z niczym,

są własne.

Małe liturgie

Teraz, kiedy palimy ubrania i papiery

i jest minus dziesięć stopni — wciskamy się

w tę biel, jakby była ogromną poduszką.

Dla patrzących z góry (jeśli są tacy),

musimy być wrednymi stworkami, które

tworzą czarną plamę, płaczą nad nią —

i dokładają do ognia, żeby czerń była

jeszcze czarniejsza.

Trochę to nielogiczne dla nich,

woleliby pewnie wszystkie te ptasie

ruchy na drążku, przewracanie oczami,

wypieki na policzkach, stroszenie piór

i wieczorny lament; a tu nic z tego,

przedstawienie jest ascetyczne jak

liturgia zen. Czerń, biel, dłoń i szmaty.

Gdzieś na zachodzie wielki czerwony

Budda Amithaba uśmiecha się i szepcze,

że wszystko jest kwestią umysłu.

Pozbywamy się zbędnych przedmiotów,

po prostu. Po prostu, ale przedmioty,

uczucia, całe to życie to jeszcze nie to.

Jest jeszcze pamięć

i „całe to bagno z pieniędzmi”.

Piszemy operę

Zima i wszystkie z nią związane kurwy

zbliżają się do nas z tamtej strony nieba.

Chodzi być może o rachunki za prąd,

grube ubranie i możliwość grypy.

A z tamtej strony nieba jest ciepło,

są dalekie kontynenty i nowe wrażenia.

Mieliśmy pisać z Prochaską operę,

lecz na razie brzmi tylko uwertura.

Nie do uniknięcia jest zły człowiek

na scenie i jego śmierć w ostatnim akcie.

Materiał jest na razie jak piasek,

a potrzebne są tajne obrzędy.

Będziemy udawać śpiewaków, którzy

udają, że nie są prawdziwi.

To właśnie dziwi: prosty zbiór dźwięków

powtarzanych bez końca, tak pięknie.

Pokoiki do wygaśnięcia

„Odczuwamy bezkształtny strumień powietrza”

i sen jest formą echa. Wewnętrzny głos

a w jego nurcie inny jeszcze, jakby rdzeń?

A z czego się składa ta piosenka,

to akwarium tonów, ten sklepik cichy

po szesnastej w niedzielę na Podolanach?

Rozluźniam mięśnie grzbietu i słucham,

z którymś oddechem przyjdzie zrozumienie,

wtedy jeśli powiem jasno, to będzie to

powiedziane.

Rozprasza mnie myśl, że poza słowami

istnieje jeszcze tyle „tonów składowych”,

w ciele budzi się ochota, by się zachłysnąć,

zapowietrzyć i błysnąć jak magnezja,

ale to niemożliwe.

Upchnąć się całkiem

w słowach i wysłać, to jest marzenie,

aż pod powiekami przemyka cień i żyłka

drga w oku jakby chciała pęknąć,

lecz nic się nie dzieje:

„Mały jadowity ludek

pracuje spokojnie i drąży głębokie tunele,

rzeka podnosi się i zalewa wszystko,

tylko w świecie widać jej piękno”.

Dzień dobry dźwięku

Walickiej piwnica zawaliła się latem.

Podmyło dom bezustanne gadanie.

Sam brałem w tym udział, siedziałem na schodach

i opowiadałem sny erotyczne

z tobą na scenie.

To znak?

Czy już trzeba by przemilczać niektóre

frazy?

W kolejce do ucieczki pierwszy

czuje się trochę głupio, tyle tu cząstek i drobinek,

ceremoniałów i obrządków, które żal opuścić —

wszystkie te rybie fantazmaty, pokrętne

i powymyślane historyjki,

czysta źródlana fikcja —

czy będą trwały bez treści puste foremki?

Czy dotknie czule ktoś, kto miejsce przejmie

i rolę?

Wszyscy chcą się bawić w październik

i wygnanie z raju.

Za szelestem liści

słychać dźwięk domowych pianin.

Pierwsza piosenka

Puch, zapach, pamięć nieskomplikowana.

Skorupka winniczka zgnieciona pod butem.

Dzwonecznik z utopioną muchą.

Kamień nad Kwisą. Jajecznica rankiem.

Ręczna robótka przy samochodzie,

jazda bez świateł po wąskiej ulicy.

Szelest tej kurtki, znajomy tak bardzo,

że o pomyłce nie może być mowy.

A jednak to tylko nerw pod powieką

drga bezradnie i dręczy.

Noc w ramach zemsty nie przychodzi wcale.

Kantyczki pana Sommera

1

Szaleję za tym momentem w ciągu

dnia, gdy ruch już przygasa

i czas zdaje się lekko utykać

(jak ten brudny chłopiec) w biegu.

Wszystko jest złudzeniem, nawet

seans w podziemnym kinie,

gdy po południu zamiast dialogów

słychać warkot motorów, szum szynowych

pojazdów i słuch defloruje kilkuset

przyjezdnych, znęcających się

na dworcowej hali nad planem miasta.

Gdzie iść, zdają się pytać te oczy

w otulinie z soczewek kontaktowych —

czy jakakolwiek ścieżka jest własna?

Cokolwiek powiedzą, baczny wzrok

Kasjerki rejestruje ich twarze,

całkiem jak przemysłowa kamera.

Choć pozornie podstemplowuje bilety,

prześwietla ich i ich mrok.

Znam ją doskonale i bez potrzeby

nie podchodzę do kasy. Wolę

trzymać się z daleka, niech inni kupują

bilety, ja w końcu mogę poczekać.

Półślepy wychodzę na zewnątrz

i w trawę rzucam niedopałek.

Nad Odrą

Dziadek Barczuk umierał na raka

w Kostrzynie nad Odrą. Tam było pełno mew

i dlatego to są martwe ptaki.

Dni już nie pamiętam, ale są ścieżki,

znaki wydrapane w małym kamieniu.

Na przykład studnia, którą czyścił,

a do której ja wrzucałem śmieci i zabawki.

Pulchny jak laleczka, w zielonym sweterku,

buła z plasteliny, wrzeszczałem

kiedy wyszedł z niej w gumowym ubraniu.

Chciałbym powiedzieć: cały

w wodorostach, z wodnym bogiem we włosach,

z błyskiem w oku, jakby odkrył

tajemnicę, którą — wiecie — przekazał mnie.

Lecz nie powiem, był suchy i miał

szeroką szczękę, żółtą skórę

i sękate dłonie.

Dotykam drzewa — tak myślałem wtedy

i nie myliłem się wcale.

Prokofiev Andante Sognando

Przyszło nam Marku mieszkać na dnie morza,

bez snu i jedzenia, w kącie, tam przy desce,

gdzie krab wśród jabłek szyderczo porusza

nierealnymi szczypcami, bo jabłka są tu wszędzie,

tak jak i ludzie tu wszędzie, i wszystko jest

ludzkie w zasadzie, nawet krab i dno i piasek,

w końcu nawet woda Marku jest tu czymś człowieczym.

Mieliśmy mieszkać gdzie indziej, lecz ponury

schemat otulił nasze ciała i wylądowaliśmy.

Teraz twarz twoja jest bąblem powietrza, można

na nią patrzeć z boku jak na wykrzywioną maskę.

Chce mówić, ale z ust płynie strumień wody,

ryby wokół zbierają się, by patrzeć, coraz ich

więcej wokół twoich ramion.

Senne saneczki

Czy mnie potępisz, śpiący między szynami

liściu łopianu,

kiedy się głucho odbijają od ciebie

pomruki pierwszych przechodniów?

Gdybyś się nagle uniósł, mógłbyś całkiem

zakryć tę wiatę na Kórnickiej,

gdzie czekam na szóstkę i wymyślam, co

powiem szefowi, gdy zapyta, dlaczego

tak późno przychodzę.

Mógłbyś mnie otulić i zwinąć się jak cygaro,

tak, żebym mógł przeczekać atak mgły

i ten chłód, który się wzmaga i rodzi

podejrzenie, że nie zatrzyma się wcale.

Mógłbyś też (wcale nie żartuję) stać

się tym tajemnym zielem, które daje

przez chwilę wrażenie, że jest się bez ciała.

Ale ty jesteś postrzępiony i żółkniesz

w kilku miejscach naraz.

Jeszcze kilka

dni i nie zobaczę cię tu wcale — senne saneczki

będą ześlizgiwać się z pagórka,

dzieci ugniotą śnieg, wdrapując się pod górę,

będę wsiadał na innym przystanku.

Deszcz na Czajczej

Gdyby to była ulica

prowadząca w dół,

do oceanu, wystarczyłby

rozbieg, potem skok

i leżąc w chłodnej wodzie

patrzyłbym jak mewa

krąży ponad plażą,

(zawzięta idiotka).

W końcu ukazałby się potwór

z wody w płucach

i pod powiekami,

chwila grozy starczyłaby

by uciec do domu,

gdzie zawsze się pali

żółte elektryczne światło.

Lecz to, co tu jest,

to ledwie kałuża po

deszczu i samochód, który

ochlapał mnie właśnie.

No i myśl, że jest coś

religijnego w tym zimnie

i błocie ściekającym

z twarzy tak powoli

że można zrozumieć

język-szum.

Zgłoski zlepione

galaretowatym wdziękiem.

Tę chwilę przed następną