Dolna Wilda

[Dedykacja]

dla Marka

Egzotycznej rybie z akwarium w Café 2000

Gdybym mógł, przełożyłbym cię z obcego

albo napisał od początku we własnym języku.

Za grubą szybą ty i ja mamy przyciężkawe sylwetki

wyciętych z kartonu kukiełek.

Ja pracuję bardzo nad sposobem widzenia,

podglądam świat przy sąsiednich stolikach —

przystojnego Studenta, Wojaka-brzuchacza

i dwie lesbijki, z których jedną znam

od dziecka — ty podglądasz nas.

Jesteś grubą szarą kiełbaską z wyłupiastymi oczami,

co chwila przylepiasz się do szyby

otworem gębowym i zsuwasz się w dół.

Właściwie nic ważniejszego ponad to.

Chociaż to obce, obce, obce.

Nijak się tego nie da oddać tutaj.

Wojak-brzuchacz już za chwilę zaśnie

i będzie ginął pod Sarajewem, rażony

sztucznym choinkowym ogniem,

Student wymieni spojrzenia z Barmanem

i dwie lesbijki, z których jedną znam,

zasną wtulone w siebie na kanapie.

Rondo

Zapisuję zdarzenia

zimy są rodzajem wodospadu

i nie brzmi to absurdalnie.

Złodzieje wydają się

nieruchomym stawem, w którym

znikają przedmioty. Ale słowa

dzieją się tak źle jak oni,

zgarniają nas i na pętli

muszę ci odpowiedzieć:

nic nie mam, zniknęło.

Idziemy do domu, który zbudowano

na miejscu ogrodu.

Pamiętam wiatr,

co wyginał gałęzie, gdzieś zapisałem

ten wiatr i teraz plącze się w umyśle

drgająca witka leszczyny,

ruchliwa jak oszołomiony węgorz.

Zamiast podłogi gałęzie,

konar zamiast sufitu, sypialnia

pełna zimnych i wilgotnych liści.

Teraz jest tu pusto, dom stracił zęby

dziąsła rozmiękły i mięśnie drżą,

rosa osadza się na niezdrowej skórze.

Linoleum traci połysk za dnia,

budzi się nocą, kurcząc i pękając.

Dzielnica jest zła i złe są urzędy,

zła pogoda i źle dobrane słowa, by

opisać ten stan — krzyk orlika

nagrany przez ornitologa, jego

głos jak szron.

Mam suchy język i nie chcę

klepać modlitw. Nawet nie

dochodzimy do furtki, kiedy

zmieniam plan. Lepiej zostać

tutaj. Patrzeć jak na sąsiedniej

parceli kopią fundamenty.

Czarna owca — lotki

W jej dłoni to nie żadna broń,

a jednak zręcznie ciśnięta, dałaby nam

zagadkową śmierć i parę nagłówków w gazetach.

Zresztą nie jest sama.

W tej części sali oddzielonej nami jak murem

one dominują. W głosach rozpoznaję

psie warczenie i werble, niejasno przypominam

sobie mit o rozszarpaniu, to dobrze

być tak rozszarpanym?

Pomiędzy nimi eteryczne porozumienie,

ruchy ciał zsynchronizowane ze sobą

i na myśl przychodzi studzienka

z zapałek, a właściwie ostatnia

faza budowy, gdy wstrzymuje się oddech,

by wszystko nie runęło i właśnie

w takiej chwili pojawia się gość-idiota,

niepewny ruch niweczy wszystko.

Niwecz — to właśnie słowo tak nęci,

gdy patrzę jak odchylają ramiona

i rzucają w tarczę.

Nie kojarzę tych cieni z niczym,

są własne.

Małe liturgie

Teraz, kiedy palimy ubrania i papiery

i jest minus dziesięć stopni — wciskamy się

w tę biel, jakby była ogromną poduszką.

Dla patrzących z góry (jeśli są tacy),

musimy być wrednymi stworkami, które

tworzą czarną plamę, płaczą nad nią —

i dokładają do ognia, żeby czerń była

jeszcze czarniejsza.

Trochę to nielogiczne dla nich,

woleliby pewnie wszystkie te ptasie

ruchy na drążku, przewracanie oczami,

wypieki na policzkach, stroszenie piór

i wieczorny lament; a tu nic z tego,

przedstawienie jest ascetyczne jak

liturgia zen. Czerń, biel, dłoń i szmaty.

Gdzieś na zachodzie wielki czerwony

Budda Amithaba uśmiecha się i szepcze,

że wszystko jest kwestią umysłu.

Pozbywamy się zbędnych przedmiotów,

po prostu. Po prostu, ale przedmioty,

uczucia, całe to życie to jeszcze nie to.

Jest jeszcze pamięć

i „całe to bagno z pieniędzmi”.

Piszemy operę

Zima i wszystkie z nią związane kurwy

zbliżają się do nas z tamtej strony nieba.

Chodzi być może o rachunki za prąd,

grube ubranie i możliwość grypy.

A z tamtej strony nieba jest ciepło,

są dalekie kontynenty i nowe wrażenia.

Mieliśmy pisać z Prochaską operę,

lecz na razie brzmi tylko uwertura.

Nie do uniknięcia jest zły człowiek

na scenie i jego śmierć w ostatnim akcie.

Materiał jest na razie jak piasek,

a potrzebne są tajne obrzędy.

Będziemy udawać śpiewaków, którzy

udają, że nie są prawdziwi.

To właśnie dziwi: prosty zbiór dźwięków

powtarzanych bez końca, tak pięknie.

Pokoiki do wygaśnięcia

„Odczuwamy bezkształtny strumień powietrza”

i sen jest formą echa. Wewnętrzny głos

a w jego nurcie inny jeszcze, jakby rdzeń?

A z czego się składa ta piosenka,

to akwarium tonów, ten sklepik cichy

po szesnastej w niedzielę na Podolanach?

Rozluźniam mięśnie grzbietu i słucham,

z którymś oddechem przyjdzie zrozumienie,

wtedy jeśli powiem jasno, to będzie to

powiedziane.

Rozprasza mnie myśl, że poza słowami

istnieje jeszcze tyle „tonów składowych”,

w ciele budzi się ochota, by się zachłysnąć,

zapowietrzyć i błysnąć jak magnezja,

ale to niemożliwe.

Upchnąć się całkiem

w słowach i wysłać, to jest marzenie,

aż pod powiekami przemyka cień i żyłka

drga w oku jakby chciała pęknąć,

lecz nic się nie dzieje:

„Mały jadowity ludek

pracuje spokojnie i drąży głębokie tunele,

rzeka podnosi się i zalewa wszystko,

tylko w świecie widać jej piękno”.

Dzień dobry dźwięku

Walickiej piwnica zawaliła się latem.

Podmyło dom bezustanne gadanie.

Sam brałem w tym udział, siedziałem na schodach

i opowiadałem sny erotyczne

z tobą na scenie.

To znak?

Czy już trzeba by przemilczać niektóre

frazy?

W kolejce do ucieczki pierwszy

czuje się trochę głupio, tyle tu cząstek i drobinek,

ceremoniałów i obrządków, które żal opuścić —

wszystkie te rybie fantazmaty, pokrętne

i powymyślane historyjki,

czysta źródlana fikcja —

czy będą trwały bez treści puste foremki?

Czy dotknie czule ktoś, kto miejsce przejmie

i rolę?

Wszyscy chcą się bawić w październik

i wygnanie z raju.

Za szelestem liści

słychać dźwięk domowych pianin.

Pierwsza piosenka

Puch, zapach, pamięć nieskomplikowana.

Skorupka winniczka zgnieciona pod butem.

Dzwonecznik z utopioną muchą.

Kamień nad Kwisą. Jajecznica rankiem.

Ręczna robótka przy samochodzie,

jazda bez świateł po wąskiej ulicy.

Szelest tej kurtki, znajomy tak bardzo,

że o pomyłce nie może być mowy.

A jednak to tylko nerw pod powieką

drga bezradnie i dręczy.

Noc w ramach zemsty nie przychodzi wcale.

Kantyczki pana Sommera

1

Szaleję za tym momentem w ciągu

dnia, gdy ruch już przygasa

i czas zdaje się lekko utykać

(jak ten brudny chłopiec) w biegu.

Wszystko jest złudzeniem, nawet

seans w podziemnym kinie,

gdy po południu zamiast dialogów

słychać warkot motorów, szum szynowych

pojazdów i słuch defloruje kilkuset

przyjezdnych, znęcających się

na dworcowej hali nad planem miasta.

Gdzie iść, zdają się pytać te oczy

w otulinie z soczewek kontaktowych —

czy jakakolwiek ścieżka jest własna?

Cokolwiek powiedzą, baczny wzrok

Kasjerki rejestruje ich twarze,

całkiem jak przemysłowa kamera.

Choć pozornie podstemplowuje bilety,

prześwietla ich i ich mrok.

Znam ją doskonale i bez potrzeby

nie podchodzę do kasy. Wolę

trzymać się z daleka, niech inni kupują

bilety, ja w końcu mogę poczekać.

Półślepy wychodzę na zewnątrz

i w trawę rzucam niedopałek.

Nad Odrą

Dziadek Barczuk umierał na raka

w Kostrzynie nad Odrą. Tam było pełno mew

i dlatego to są martwe ptaki.

Dni już nie pamiętam, ale są ścieżki,

znaki wydrapane w małym kamieniu.

Na przykład studnia, którą czyścił,

a do której ja wrzucałem śmieci i zabawki.

Pulchny jak laleczka, w zielonym sweterku,

buła z plasteliny, wrzeszczałem

kiedy wyszedł z niej w gumowym ubraniu.

Chciałbym powiedzieć: cały

w wodorostach, z wodnym bogiem we włosach,

z błyskiem w oku, jakby odkrył

tajemnicę, którą — wiecie — przekazał mnie.

Lecz nie powiem, był suchy i miał

szeroką szczękę, żółtą skórę

i sękate dłonie.

Dotykam drzewa — tak myślałem wtedy

i nie myliłem się wcale.

Prokofiev Andante Sognando

Przyszło nam Marku mieszkać na dnie morza,

bez snu i jedzenia, w kącie, tam przy desce,

gdzie krab wśród jabłek szyderczo porusza

nierealnymi szczypcami, bo jabłka są tu wszędzie,

tak jak i ludzie tu wszędzie, i wszystko jest

ludzkie w zasadzie, nawet krab i dno i piasek,

w końcu nawet woda Marku jest tu czymś człowieczym.

Mieliśmy mieszkać gdzie indziej, lecz ponury

schemat otulił nasze ciała i wylądowaliśmy.

Teraz twarz twoja jest bąblem powietrza, można

na nią patrzeć z boku jak na wykrzywioną maskę.

Chce mówić, ale z ust płynie strumień wody,

ryby wokół zbierają się, by patrzeć, coraz ich

więcej wokół twoich ramion.

Senne saneczki

Czy mnie potępisz, śpiący między szynami

liściu łopianu,

kiedy się głucho odbijają od ciebie

pomruki pierwszych przechodniów?

Gdybyś się nagle uniósł, mógłbyś całkiem

zakryć tę wiatę na Kórnickiej,

gdzie czekam na szóstkę i wymyślam, co

powiem szefowi, gdy zapyta, dlaczego

tak późno przychodzę.

Mógłbyś mnie otulić i zwinąć się jak cygaro,

tak, żebym mógł przeczekać atak mgły

i ten chłód, który się wzmaga i rodzi

podejrzenie, że nie zatrzyma się wcale.

Mógłbyś też (wcale nie żartuję) stać

się tym tajemnym zielem, które daje

przez chwilę wrażenie, że jest się bez ciała.

Ale ty jesteś postrzępiony i żółkniesz

w kilku miejscach naraz.

Jeszcze kilka

dni i nie zobaczę cię tu wcale — senne saneczki

będą ześlizgiwać się z pagórka,

dzieci ugniotą śnieg, wdrapując się pod górę,

będę wsiadał na innym przystanku.

Deszcz na Czajczej

Gdyby to była ulica

prowadząca w dół,

do oceanu, wystarczyłby

rozbieg, potem skok

i leżąc w chłodnej wodzie

patrzyłbym jak mewa

krąży ponad plażą,

(zawzięta idiotka).

W końcu ukazałby się potwór

z wody w płucach

i pod powiekami,

chwila grozy starczyłaby

by uciec do domu,

gdzie zawsze się pali

żółte elektryczne światło.

Lecz to, co tu jest,

to ledwie kałuża po

deszczu i samochód, który

ochlapał mnie właśnie.

No i myśl, że jest coś

religijnego w tym zimnie

i błocie ściekającym

z twarzy tak powoli

że można zrozumieć

język-szum.

Zgłoski zlepione

galaretowatym wdziękiem.

Tę chwilę przed następną

falą błota,

między osobówką a tirem.

Wiersz osobisty

Niech Buddowie i Bodhisattvowie

błogosławią mojego Marka.

Jego oddech płytki i szybkie spojrzenia,

dźwięk przełykanej śliny i lęk przed czasem,

taki jak mój.

I jego tętno i taniec nad ranem przy Św. Marcinie

i też taksówkę, jazdę bez trzymania się zasad,

zbite szklanki, skaleczenia nocą,

wychodzenie przed czasem z najlepszej imprezy.

Tę drogę w dół, która każdemu z nas znaczy

twarze i dłonie, stopy i usta, bez której bylibyśmy

jak porzucone przez ptaki gałęzie,

ciemniejsi o ton

i mniej obecni niż teraz, kiedy stoimy

przy kiosku i patrzymy na tych, co dzwonią

i tych, co przechodzą.

Niech błogosławią, kiedy wszystko jest

odległe i dzieje się teraz, dzwonek tramwaju

i syk opon, puszkę po farbie, którą wiatr popycha,

lecz ona obraca się wokół własnej osi,

unieruchomiona przez kamień.

Drukarenka głodu

1

Pisze się duże, głębokie litery,

głębokie jak jeziora, nerwowe jak rzeki,

pospieszne jak masturbacja w łazience

ekspresu, który sunie przez środek Europy.

Z tych liter nic nie wynika, żaden kwiat,

jemioła albo złamana łodyżka,

tajemny sok, trucizna lub napój miłosny,

który podaje jedna kurwa drugiej.

Wszystkie te teatralne spowiedzi,

te lalki umazane szminką, umiłowani

w Bogu sąsiedzi, wszystko zatapia się

w powodzi sinego światła.

2

Nie spodziewałem się pęknięcia, więc

nie uniknąłem zrywanych zasłon, wrzasku,

racy na niebie, krwi w przedsionku serca,

no i tego dziecka znalezionego zaraz potem.

Co za historia z tym dzieckiem, wyplatanym

z żył i ścięgien, z bolesnego kiczu, jak fotel

z wikliny, żeby tylko usiąść, pobujać się i spaść.

Spieszę się kochać, bo śmierć mnie dopadnie

nagiego, w pościeli, sepleniącego do poduszki,

że mogłem zadzwonić, zadzwonić, lecz

nie miałem siły i teraz natura wlewa się tu zewsząd.

Ptaki wieszczą śmierć, a mechanizm utyka,

muzyka dociera, lecz matowo i głucho.

3

Pisze się głębokie, czarne litery, i krzywi,

na myśl, że w druku wyjdą inaczej.

Trucizny dziś mało kogo obchodzą

a śmierć jest podlejszego gatunku.

Dziś, gdybym miał telefon komórkowy,

dzwoniłbym do ciebie, prze całą drogę.

Powiedziałbym: przygotuj sobie zęby,

przygotuj stopy i dłonie, ulecz sutki

i zimno na wargach posmaruj maścią.

Niech twoje uda będą blade i drżące

jak wtedy, gdy nad jeziorem zatapiałem

w nich wzrok i myślałem o topielcach.

Jak im się wiedzie pod wodą, jak?

Ci, którzy zawsze pozostają na brzegu

w żółtych sztormowych kurtkach —

chciałem być jednym z nich dla ciebie

niezatapialnym, w gumowych butach

po brodę. Patrząc w resztkę kawy

drżącą w kubku, gdy pociąg hamuje,

widzę ich właśnie:

dziecinnych jak wycinanki poławiaczy.

4

Tik-tak, pamiętam błoto i kamyk,

lustro i sznurek, tabletkę, tapetę, i ułamek zęba.

Drukarenkę, na której z gumowych liter

układałem twoje i moje nazwiska.

Tysiące nazw własnych, głodnych, niespożytych,

całe psalmy radosne, wysadzane

w powietrze korkami kupowanymi na strzelnicy.

Zdjęcia korzeni o dziwacznych kształtach

i gałęzi splątanych tak, że przypominały twarze.

Butelkę po mleku, w której schowaliśmy skarb;

inicjał wydrukowany na skórce, która zeszła ci

z pleców. Woreczek z kurzem zebranym

z podłogi, ścinki włosów, spermę we fiolce.

Zakopałem to wszystko pod drzewem, myśląc,

że nie umrę dopóki ta drukarenka będzie

jak tama bronić przed wywarem rzeczy,

które uroniłem, a o których śnisz ty.

5

Połowa mnie w tobie, a druga odchodzi

tym wąskim chodnikiem, obryzgana błotem.

To błoto jest ważniejsze od innych obrazów,

ściekające wolno po błękitnej nogawce,

tak wolno, że rejestruję zmiany, utykam

lekko, żeby nabrało dramatyzmu

to proste, bez fabuły, przedstawienie.

I pojawia się błazen i doktor, i kobieta

w foliowym płaszczu, obojętna jak drzewo.

Przechyla głowę, rozgląda się ptasio,

odchodzi zostawiając płaskie mokre ślady.

Piszę głębokie, mokre litery, truciznę

dla suchej powierzchni, zdzieram opuszki

palców, wydrapuję kamyki, żeby było gładko.

Estella

M. G.

Co chciałbyś nam powiedzieć

mały filozofie, kruszynko światła?

Popatrz, mam takie wąskie usta,

kiedy się śnisz, przechodzę przez bramę.

Czy myślisz, że któregoś snu utknę

na zawsze, jarząc się przez chwilę

jak brutalnie zalane wodą ognisko,

skierki unoszące się w powietrzu?

Czy może zostanę jak popiół?

W drobnych dłoniach będziesz

mnie trzymał i w ptasi sposób

podglądał, czy ta szarość oddycha?

Może przesadziłem z dłońmi,

trzeba było powiedzieć o powietrzu,

o lotności, o linoskoczku. Śmierć

trzyma nas wszystkich w garści

i potrząsa, jakbyśmy byli srebrnymi

solniczkami, w restauracji Estella,

i ma twarz pana kelnera, kiedy

na tacce podaje rachunek. Gdy

wychodzimy, uśmiecha się i znika

za ciężką czerwoną kotarą.

To scena? Takie się rodzi pytanie,

a potem obłoczek pary w powietrzu

znów zamienia się w twoje oko,

o którym znajomy buddysta powiedział:

piękna mandala, piękna.

Coś chciałoby się usłyszeć, choć

jesteś przypomnieniem, kanarkiem

w klatce, karykaturą widoku.

Lecz być może nie można inaczej,

trzeba mierzyć palcami odległość

i oczekiwać świtu, półdrzemiąc

na ławce przy ulicy Mostowej.

Wiersze na głos i perkusję

Wszystko zależy od Zety i kasy,

deszcz nawet, który wywrócił

donicę na werandzie. Rododendron

ze swymi bezradnymi liśćmi

nasiąka teraz chemikaliami, coś

brudnego czai się za tym obrazem.

Liczę w myślach pieniądze,

bębni jednak intensywnie. Gdyby

wystawić na ten deszcz perkusję,

byłaby z tego niezła muzyka,

naturalny automat. Krople spadając

na blachy wprawiałyby je w drżenie

i szelest łączyłby się z płynącą

strugami wodą. Tak, za tym obrazem

drzemie coś brudnego, choć

błyskawica tu nie przybędzie

by rozjaśnić mrok. Co najwyżej

odetną prąd i doliczę się tych

rzeczy, na które mnie nie stać.

Ciemności kosztują tyle, co światło.

Ci faceci w czółenkach

tkających na wodzie wzór nie do odczytania,

pracują wszystkimi mięśniami.

Nawet ich szczęki prują wodę jakby darły

tkaninę z napisem „Malta 2001”.

Siedzę tuż przy jeziorze i myślę,

że też jesteśmy z wody. Wielki ocean

wylałby się z nas wszystkich tu zgromadzonych.

Przepłynął kajak,

smuga po nim znika — piana się jeszcze

kołysze, lecz następna fala ją niszczy.

Dziecku obok pęka balon i spiker

ogłasza koniec mistrzostw świata.

Kantyczki panna Sommera

2

Przed chwilą dzieci pytały mnie

o literaturę i, wiesz, stałem się jak zegar;

chodzę w tłumie, ale to nie jest wskazanie,

to tylko błąd przyzwyczajenia.

Mogłem stać się rybą, wazonem

lub czystą sentencją, język

złapałbym na gorącym uczynku,

mógłbym powplatać się w rzeczywistość

tylko czy komuś potrzebny gobelin?

Glob i owszem, ludzie lubią okrągłe.

Boją się płaskiego, no i szczelin,

stamtąd zawsze może wyjść przyczajony

konduktor i zażądać biletów,

co drugi ich nie ma i szczerzy zęby,

ale taryfy ulgowe nie istnieją.

Wszystko to ładnie wygląda, stół,

karta dań i to, że jest wybór;

osnuwać słowami chwilę,

to wydaje się kuszące, a potem jak

pająk wyssać ją i pusty kokon

zostawić dla pamięci.

Niech dziecko tam chodzi i uderza,

niech wierzy, że dźwięk jest pełen znaczenia.

W końcu po to ustawiłem w tej ciszy

ten niemożliwy instrument.

Kriegsmarine1

Wyrzuciło nas na plażę między

Niechorzem a Rewalem.

Zatonąłem jak łódź podwodna kapitana Hirscha.

Kriegsmarine byłaby dumna, widząc jak idę na dno,

jak odmierzam dno, jak dnem się staję między

brzaskiem a dniem, wpadając ci w oko

w światłach dyskoteki, gdy pytasz mnie,

jak się czuję w tej koszulce oblepionej

wodorostami i czy mogę ją zdjąć.

Chcesz rzucić okiem na tors, na nogi, na uda,

na jądra kołyszące się jak dzwony,

na to skwaszone podniebienie.

Chcesz mi usta językiem, taką wielką mową,

większą niż mowa najświętszego ze świętych,

otworzyć, żebym mógł mówić,

żebym mówił wiele, żeby z tego

mówienia zrodziło się istnienie.

Lecz nic nie zdjąłem, nie pokazałem,

nie ruszyłem się z miejsca.

Patrzyłem jak asfalt paruje.

Jak się woda-ptak zrywa ku niebu.

Z miną obojętnego onanisty

położyłem się na placu, gdzie

przed chwilą kołowały najnowsze

wielkie samochody.

Słuchałem jak dudni.

Słuchałem jak dnieje.

Drzewo bez gałęzi widziałem

pod powieką.

Wariacje listowe „Vischer odchodzi”

1

Wskaż drogę żałobie, jeśli sama jej nie zna.

Inaczej ugrzęźnie i na jednej częstotliwości

będzie nadawać swój program z ponurego

studia.

Na deskach werandy swą werystyczną

mordę położy jak wyleniała suka, w jej uszach

dźwięk fletu będzie bezustannym żalem.

Och i żadnego tao ni nirwany, żadnych

fajerwerków w gwiazdkową noc, tylko

ta chwila wyłuskana jak groch brzęcząca

w upiornej grzechotce.

Poznałem ten cytat z nagich gałęzi;

to zimowe jabłko oblodzone całkiem,

na tle bezchmurnego nieba.

Błysk zrozumienia przed nagłą śnieżycą.

2

Kim jesteś Vischer

to niejasne i twoje idylliczne

życie też jest ciemnością.

Stadko synogarlic

nawołuje cię lekko

i trznadle pazurkami

chwytają nieobecność.

Smog też chce pewności,

że jesteś gdzieś w pobliżu

węszy, ale nie znajduje.

W gnieździe wilg

twój wilgotny ślad

Mahler forever

O Röschen roth2! Tak mistrzowie

posługują się cytatem. Stoję na

progu i myślę jak dźwięk

przenika twoje ciało. Czy jest

jak niebieskawe płomyki gazu?

Jak ta pianka na wodzie,

gdy pod ciśnieniem wypływa

z kranu? Boję się myśleć o mgle

wśród żerdzi, na których

opierają się krzaki pomidorów;

czy dźwięk jest jak ona, czy może jak

te krzaki — odnogi w różne strony

niesymetryczne łodygi i liście?

Czy mógłbym dźwięk przełożyć

na dotyk? Rankiem to dobre pytanie,

gdy stożkowate dachy poniemieckich

domków zaczynają się rozjaśniać.

Ulica jest jeszcze zamroczona,

ale przecież jest nisko, nisko, tak,

że nie słyszy mojego pytania.

Czy to nie głupio uklęknąć i brukowi

szeptać do kamiennego ucha?

Czy to nie głupio tak straszyć

Biegańską,

która podgląda ze swojego okna?

Ona już biegnie tutaj i poły szlafroka

furkoczą jak flagi. O ten dźwięk nocą

chodziło, w zamierającym akordzie;

na jego tle

ostatnie w perkusji taneczne akcenty.

W starym stylu

I oto umarła nam kompletnie.

Martwa jest noga i szorstka pięta.

Zgięcie w kolanie też świeci pustką.

A z ciepła brzucha pozostał popiół,

czarna saszetka wypełniona puchem.

Nawet papieros, ten nędzny motyl,

złączenie płuc, trucizny i oddechu,

jest tylko napisem na słupie ogłoszeń,

który nic nie mówi przechodniom.

Bo martwe są usta, którymi on włada.

I nawet ja, leżący przed południem

w zatęchłej już nieco pościeli,

jednorazowy jak strzykawka, nasiąkam

jak wacik i ciemnieję wewnątrz.

Choć chciałbym rozjaśnić się i ufarbować,

zmienić ton i przebieg rozmowy,

to jednak głos pozostaje głuchy

na inne brzmienia poza własnym brzmieniem.

Alfabet prywatny

W powietrzu na Mogileńskiej

nie ma żadnego żywiołu, snuje się

i popycha balon, który pozostał tutaj

po niedawnym sylwestrze.

Ciągnie za sobą także

książeczkę świadków Jehowy,

która otwarta grzbietem do góry

karmi się śniegiem z pobocza.

Jest jak w kasynie, do końca nie wiadomo,

która litera puści farbę.

Tuż za nią torba fistaszków

szamocze się w krzaku, ekscentryczna

jak kanarek, z otwartej paszczy

wysypuje łupiny i to jest rodzaj

śpiewu, chrzęst i chrobot ledwie

wyczuwalny w melodyjnych poświstach.

Nic mnie nie łączy z cyrkiem chwastów

do połowy przysypanych śniegiem,

poruszam się w drugą stronę i mijam

ich bezruch. W taką pogodę trzeba

krążyć i własne ślady opatrywać

milczeniem. Miła jest ta logika kroku,

te repetycje dodające otuchy,

chrzęst i znak na śniegu.

Malta

Tu kończy się bajka. Zamykam

więc oczy i już nie trzeba się oczyszczać.

Wiersz jest jak zespół luster, obraz

odsyła do obrazu, błyski pojawiają się

na zewnątrz, gdy ktoś odpala papierosa lub

świeci latarką w ziemię wokół kwiatów,

szukając rosówek, które połkną ryby,

które pan kucharz i wiadomo co dalej.

Naczynia się łączą w delikatnym seksie,

naczynia na umysł, śmierć, życie, herbatę.

A strych i piwnica to są labirynty

i kości czaszki służą jak materiał

do zwieńczenia makabrycznego żartu.

Będziemy pili z własnej czaszki, jeśli

tylko zręcznie i chyżo wypowiem zaklęcie.

Lecz milczę, patrząc jak wpisujesz

w rubryki cyfry i łacińskie nazwy,

obserwuję rękaw twojej koszuli

i diabeł mnie kusi, by pisać o nim,

jakby w ten materiał wcieliła się potęga

wszechświata, lecz cytat, tytuł znany

z dzieciństwa, w jakąś fałdkę mózgu

zawinął się niegdyś i właśnie zbudził;

jest tylko rzeczywistość i właśnie jej nie ma.

Powtarzając tę mantrę, wychodzę na balkon.

Burza nadciąga od strony Malty.

Mat o brzasku

Wypiliśmy trochę, więc zaszło słońce.

Przed przejazdem kolejowym ustawiona szachownica.

Dróżnik jak kot. I gubiłem się w zakurzonej szybie,

sądząc, że ty się odbijasz, nie ja.

Resztę milczenia we mnie otwierał ten widok:

taksówki ciągnące pod górę, wyjące jak w procesji,

przy każdym zakręcie.

Mówiłem ci:

święto ciała zaczyna się o tej porze,

włosy stroszą się i elektryzuje skóra.

Kto posłał te metalowe chrząszcze, ażeby błądziły

po wąskich drogach? To jedynie cię zajmowało:

ruch skoczka i przegrana, za pierwszym razem

przełknięta jak zimna herbata.

Tego się spodziewałem.

Ryku silników, powolnego dudnienia, kurzu na wargach.

Mówiłem: jadą z pobliskiego miasteczka,

mówiłem: oczyść się, rękawem przetrzyj, albo

wstań i umyj.

Odpowiedź zawsze była ta sama.

Świecisz w ciemnościach chłopcze,

masz mata.

11 lutego 2002

Pamiętam śniegu,

żeby cię pozdrowić,

kiedy jest poniżej zera.

Kończysz się

w wyższych temperaturach,

tak jak ja na skutek

myślenia, ale

zatrzymać się nie da;

rój głosek w mózgu

wciąż się powiela

i przebija przez

chęć, by zapomnieć.

W czymkolwiek

się roztopisz, zawsze

nadejdzie pora,

że coś z ciebie wróci

na trawnik przy bloku,

mnie też nie leczy

ta myśl — stoję

po kostki w tobie.

Jest świt.

Książeczka dla Marka

Wiersze nie mają tytułów

i firany wybrzuszają się też niezatytułowane,

dobrze by było, gdyby żadnych nazw

nie wytrawiał na płytce podstępny lokator;

lecz nie ma wyjścia — zaryglowani

siedzimy w tym puchu, ja, ty i tych

paru facetów, z którymi cię zdradziłem.

Z kuchni dobiega dźwięk — to Tomasz

parzy herbatę — dźwięk wielokrotnie złożony

jak zdanie, przypomina o dwugłosie:

w najdoskonalszej

konstrukcji przychodzi moment, gdy

nie ma stykających się ramion.

Więc nie stykamy się, no i nie mówimy,

z dzióbka czajniczka leje się woda

ja, ty i tych paru facetów — też pewnie

zdradzanych — słuchamy przez moment;

dzyń łyżeczki kończy rozmyślania,

skrzypienie drzwi przekreśla je całkiem.

Druga piosenka

Nieszczelne okna i kiepska pogoda,

stare gazety wciskam w szpary,

a i tak świszczy i zawodzi.

Nieszczególny jest ten okienny prorok

i mówi, jakby nie chciał być zrozumiany.

Wyłączyłem telewizor, pralkę i lodówkę.

Jedno słowo złapać w ten sposób

to sukces, dwa to mistyka; zdanie

byłoby jak objawienie. Napisać później

komentarz i dać tytuł „Opowieści szczeliny”,

przez moment wierzę, że może się udać,

i to wystarcza, żeby poczuć zdziwienie.

Blizny

Już bielutkie jak nitki strzępiące się

na prześcieradle,

zapamiętałem, tak jak nosowe mon frère.

Śnieg też utkwił w pamięci,

kawał lodu właściwie,

można by się w nim przejrzeć,

gdyby tak nie zniekształcał.

I okno — to ważne — całkiem otwarte.

Zapamiętałem gołębia na sąsiednim

parapecie, o którym pomyśleliśmy,

że jest kamerą i śledzi nas mozolnie

i przaśnie, wysyłając do gołębiego

nieba co pikantniejsze kawałki.

A ptasi widzowie pomstują

na nasze zezwierzęcenie

i to, że w ich oczach jesteśmy martwi,

przywiązani do siebie i nadzy;

później deszcz go spłoszył

i wybuch wulkanu w telewizorze.

Byłoby dobrze gdyby został,

ślad byłby wyraźny, a tak z pamięci

wyłaniała się strużka potu,

kamień, co przeleciał przez rynnę

z wielkim rumorem, i pranie łopoczące

jak flagi przy państwowym święcie.

Szum wody, już później w nocy,

myśl o kukiełkach i kukurydzy,

wszystko namalowane na tekturze,

pornograficzny komiks pod powieką.

Kalekie kontynenty

Wąska uliczka Jaskółcza lub Kozia,

domy jak gdyby pną się ku górze.

Mam wrażenie, że to tunel,

który jest przełykiem węża.

Opierasz się o ścianę

i mówisz: niemożliwe.

A przecież nie da się wykluczyć,

że jesteśmy drobinkami jadu

i rośniemy, by zatruć te cegły, okna, dachy,

że istniejemy, by psuć drzwi wewnątrz węża,

by jego żebra brać za mosty i skakać z nich

w rzekę jego zimnej krwi.

Elegia sucholeska

Gdybym krzyknął, nie usłyszałby mnie nikt,

anielskie zastępy to sztuczne włosy — peruczka

kiedyś przyciskana do serca przez starszego pana,

która musiała umrzeć, choć jeszcze się stroszy,

tu na wysypisku.

Przerazić się tej „rzeczy” to wstyd,

beznamiętnie podziwiać też nie można — jej kolor

pękł i pękają też rzeczy wokół niej, jakby

zadomowiła się tu jakaś istota, wirus albo

owo beznamiętne „coś jeszcze”, czynnik iks.

Zadomowić się tutaj to niemożliwe, chociaż są

mieszkańcy — ptasi jazgot unosi się nad

kępkami traw, które pokryły już stertę ubrań

i puchną od mchu kraciaste koszule i spodnie,

jakby na nowo — po porzuceniu — wypełniało je ciało.

Ale tu nie da się kochać, bo język jest bezradny

wobec fragmentów szczątków i zapożyczeń:

twarz tutaj, to jest ślad po rozmowie, głos

usłyszany, gdy przez szczelinę w resztce muru

przepływa powietrze

i śpiewa ów nikt będący tu wszędzie.

Gdybym krzyknął, nawet gdybym to zrobił,

to co usłyszałby ów słuchający, bohater bez cienia

i możliwości podróży?

Gdzie w słowie „pragnąć” giętkość się odzywa,

w którym miejscu błyska możliwość zrozumienia —

nie wiem, między zgięciem kolan (żeby tu usiąść)

a chłodem od ziemi jest tylko widok.

Kochać

to dużo, żeby nie powiedzieć za wiele. Ten widok —

peruczka u stóp — dostarcza wszelkich wyjaśnień.

Jej pleśń od wewnątrz i połysk, gdy słońce oświetla,

to jest język nie do przełożenia — onieśmiela i kusi,

żeby wyciągnąć dłoń i dotknąć. Lecz niczego nie zmieni

ten gest. I pozostanie pusty.

I nic, żadnych wieści, telefon głuchnie w dłoni,

chociaż jest zasięg, granica jest dalej.

Zmienić trzeba przyzwyczajenia i dróżki, bo można

spotkać własną zdradę, a wtedy zaświeci ci w twarz

i będziesz musiał opowiedzieć, a nie ma żadnej historii,

są dzieci błąkające się bez celu po Szewskiej

i Wronieckiej — gdzie już nie możesz chodzić.

A płonie coś, płonie na dłoniach, jest zaśpiewem ptaków,

choć słyszysz to od ludzi, pod bramą

na Różanej, gdzie rosną drzewa morwy.

Klucz, który

otwierał drzwi mieszkania, leży przy źdźble trawy,

trawa wypełnia twoje myślenie,

toczy się trwanie jak kulka śniegu, ciągnie za sobą

i mnie też nie zna, jak wszystkich przede mną,

żadnego przestoju, zmiany taktu czy rytmu:

to płonie tak, płonie ta dłoń.

Zmowa dzielenia

Nie was mieliśmy na myśli senne grubaski,

rzucając szklanką w ścianę obok — to szkło

wykrzywiło mi policzki, a jemu zacisnęło usta.

Żadna myśl o was nie przeszła przez

zranioną czaszkę i jego zimne oczy na was

nie spojrzały, w żaden sposób.

Gdybym miał dłonie wędrujące samotnie

po sali pełnej ludzi, też by was ominęły —

w waszej drzemce nie ma miejsca

na chłodny sen o zdradzie,

a takie jest dziś widowisko.

Światła, gdy przygasną, też dadzą wam spokój —

śpijcie spokojnie w swych czarnych koszulach.

Autobus czerwony

Piękny chłopiec.

Piękny mocny.

Piękny a śmiertelny.

Ludzie w autobusie

patrzą na niego.

Pełno jest spojrzeń,

które go taksują.

Kobiety i mężczyźni,

dzieci i martwe przedmioty.

Och, one szczególnie.

Pełen martwych przedmiotów

jest ten autobus, który

wiezie chłopca.

I wszystkie spojrzenia

są jakby jednym spojrzeniem,

może dlatego, że jest tak realny,

za długa jest koszulka

za duże są buty?

Spojrzenie ma rozbiegane

szczególnie na przystankach,

jakby czekał i wypatrywał

przy kolejnych wiatach

kogoś, kogo zna lub

kogoś, kto zna jego.

Lecz dojeżdża sam,

i nie zamienia

z nikim ani słowa.

Piękny chłopiec.

Piękny mocny.

Piękny a śmiertelny.

Pełne są jego spojrzeń

nasze nerwowe spojrzenia.

Powiedziałem:

to musi być dziura pod mapą,

przez którą tu wchodzą, a kiedy już

rozprostują skrzydła, jest za późno — katastrofa.

Z pokoju socjalnego na pewno

nie dochodzi żaden podejrzany dźwięk.

Wiem, że gromadzone tam papierowe kubki

już dawno odbiegły od normalności.

To pomieszczenie z każdym dniem

coraz bardziej przypomina kościół

obwieszony dewocjonaliami,

więc wchodzą przez tę dziurę,

żerują na twoich zdjęciach, urządzają sobie

swobodne przeloty tam, gdzie byliśmy sami,

przynajmniej do czasu, nim ktoś

swoje kroki zaczynał odliczać

na pustym korytarzu.

I nawet rzutnik, folię z wykresami,

stosy papieru, grzbiety książek, stare

długopisy, a także ruloniki, kalki,

przerysowane długie zwoje, gliniane coś,

leżące na biurku, spinacze, torebki

z tajemniczym pyłem — opanowały.

Wszędzie ich ślady, podłużne smugi.

Musiały znaleźć szczelinę w betonowej płycie;

gdzieś na spojeniu jaskiniowy uskok,

w budynku przypominającym kontynent.

I rzeczywiście nie mam nic do powiedzenia,

brzęczenie otumania, wpadam w trans

nad kartką, podczas gdy one zakreślają

coraz mniejsze koła — lśniące w popołudniowym

słońcu dwa wielkie szerszenie.

Sześć politycznych wierszy

Ten chłopiec, którego poderwałem w Café,

mówił, że umarł, uwierzyłem, choć uwierała

jego dłoń pod moją głową.

Dlaczego ją podpierał, nie potrafię sobie

przypomnieć, jak strączek fasoli,

niczym martwa pacynka opadała po prostu

w sen.

A śniło mi się, że pisałem

sześć politycznych wierszy. Ktoś pisał

esej o nich i na murach rozlepiał

manifesty.

Dlaczego to był pies i jak się znalazła

magiczna kula potrzebna, by wybuchł

ogromny telewizor,

nie potrafię wyjaśnić.

Pamiętam już po przebudzeniu,

gdy jedliśmy śniadanie, drobinki kurzu

wirowały w słońcu. Nie wiem, czy

ma to jakieś znaczenie, że kiedy się zderzały

leciały w dół, tak właśnie, leciały w dół.

Festiwal teatrów kukiełkowych

1

Malutkie postacie pod Multikinem

kołyszą się przy barierkach i nagle wybuchają,

confetti spada, a każdy płatek papieru ma krople krwi.

Klaszczę i opadam na krzesło, by po chwili

znów się zerwać. Stoję przy oknie, chwieję się

jak pijaczek nad brzegiem basenu, ach woda,

ta najczarniejsza z metafor, znowu zwierzęco

wypuszcza macki i otula goryczą, trudno

zmartwychwstać, to zdarza się bohaterom

wodewilów, kiedy z morskiej toni całych

i zdrowych wypluwa ich wieloryb.

2

Mój mały Mefisto, własne odbicie

w połyskliwej resztce kawy, szepcze i,

choć nie rozumiem języka, wiem, że nim

włada doskonale. W świecie odbić

tylko takie przypuszczenie jest właściwe.

Choć momentami, kiedy dłoń mi drży,

ta twarz wygląda jak pogodowe fronty.

Masy powietrza pędzą przed siebie

i nie obchodzi ich małe przedstawienie

dziewczynek z sąsiedniego bloku. Masy

powietrza mają za nic historię foki

i jej fiolki, i bezradność z jaką patrzymy

na schody, przewidując słusznie, że,

gdy stoczymy się lub nas zepchną, jakaś

kość w małym światku nie wytrzyma.

Lecz na razie potrafię utrzymać filiżankę,

obracam ją i przyglądam się jak

odmienia mi perspektywę. I wiem, że

w końcu ktoś wypowie to zdanie:

„jesteś w szklanej kuli i patrzę na ciebie,

przewidując przyszłość z twoich

ruchów gdy leżysz na starym tapczanie”,

czy przejdzie mi wtedy przez myśl,

że wszystko zależy ode mnie?

3

W oknie odbija się cień, ale on sam

jest cieniem wyciętym z kartonu.

Gdyby się uprzeć, karton to cień drzewa.

Pomiędzy światłem i jego brakiem

można krążyć bez końca. Z chłamu

chwil rejestrowanych bez ustanku,

zostaje osad, ochra, doskonała do barwienia.

Barwa jakoś scala te wszystkie obrazki,

bierze je pod skrzydła jak kwoka pisklęta

i chociaż pijane to wszystko i niedorobione,

to jednak ten potok jest własny i gdy

wiotczeją mięśnie, to on właśnie spycha

nas delikatnie w głąb oceanu.

4

Największy holograf na świecie,

pomiędzy kośćmi twojej czaszki, gdy leżysz

w bezkształtnej pościeli, wyświetla

reportaż z Festiwalu Teatrów Kukiełkowych,

jesteś tam wielorybem i wodą jednocześnie;

panem księgowym z papierosem za uchem,

panią menadżer ze złotym łańcuszkiem,

który wprawia cię w trans, gdy kiwa się na

jej szyi. Masz trochę czasu, nim spektakl

nabierze rozpędu, możesz pozwolić,

by przyklejona do szyby twarz zostawiła

karykaturalne odbicie. Nie chcesz noży

na scenie, zastąpi je grad. Kukiełki

mrą, mrucząc swoje kwestie i migoczą

przez chwilę. Widzowie patrzą uniesieni,

świecą ich oczy i drgają wargi.

Później gdy sam gaśniesz, oni gasną z tobą.

Towarzysze podróży

bez zgody na odwrót.

Zagranica

Tajny kodzie zagraniczny, Sroko,

pierzasta raco, rozdwojona jak księżyc

na te tam ciemne strony, w których

morza, łodzie, algi i wodorosty,

o których nie umiem powiedzieć wprost,

że mnie urodziły, ale coś jest

w tym ciemnym zakątku ich pamięci,

że kiedy cię widzę, prawie natychmiast

widzę twoje gniazdo. Niebezpiecznie

widoczne. Kupkę gałęzi zrzucanych

z góry, na wylepioną błotem ziemiankę,

gdzie siedzisz, błyskając oczami. I ja

też siedzę, jak mnich w medytacji,

chcąc zrobić ci zdjęcie. Ale powstrzymuje

mnie ta rzeka obok, śmierdząca

i cicha. Jakie to ma znaczenie — ten ruch

pośród gałęzi, ten pozamiejski życiorys,

szmery i szumy, dochodzące tu skąd?

Pewnie że tak jak jest, jest najlepiej,

lecz lepić ten czas, uznać klęskę?

Poskładać wszystko w monogram rysowany

na ścianie dobrym sprejem. Zostawić

ślad, tak samo kruchy, obcy, zagraniczny;

jak twoje skorupki, niebieskawe

i pęknięte, lustra, szybki, drzazgi, pamięć,

z której wykołysało się następne

istnienie? Siedzę tu. Siedzę i nawet

tego nie potrafię dobrze opowiedzieć.

Kantyczki pana Sommera

3

Powstaje pytanie. Gdzie?

Na krawędzi. Między świtem

a samochodem rozpryskującym błoto,

zadają je mleczarze, gdy

na białej karteczce drobnym pismem

piszą: śmierć wywęszyła kwaterę,

pozostałem wierny.

A później smok zaczyna

swój rytualny taniec. Na masce

samochodu brudna maź

i rysunek anatomiczny „pana i pani”,

gdy już znudzeni klasyczną pozycją

zmieniają ją na ekstrawagancką,

tańczą jak krążowniki na

żółtym morzu.

Właściciel samochodu ględzi

tak, że słychać go aż tutaj, gdzie siedzę

i zastanawiam się, jak powstaje pytanie.

Czy obrasta jak kość topielca

wodorostami? Czy może

przypomina wir w Warcie?

Jałowe te przypuszczenia i suche

jak jajecznica, którą zrobili mi rankiem.

Nim wyjechali, wyciągnęli z lodówki

sterty jedzenia, między szynką

a cebulą pyszniły się jajka, oto miara

grozy — gdy inni widzieli je całe,

ja dostrzegałem skorupki.

Przedbiegi

Ta... jestem trzydziestoletnim

facetem i leżę. Wychodzi mi to lepiej

niż wszystko inne. Gromadzę się nad ranem

w okolicach kawy i obserwuję

jej pianę na brzegach kubka.

Zawsze ci mówiłem, że to jest powietrze,

a teraz zmieniam zdanie i gdy przychodzi

sąsiadka, jej pomarszczone ciało studiuję tak,

jakby była lekcją układania bukietów.

Chociaż rosnę, to inaczej niż przedtem.

Jej głos może stać się twoim głosem.

I całe moje zwierzę wychodzi naprzeciw

sączącym się zza okna pomrukom ulicy.

Być może jeszcze czuję różnicę,

skrobiąc pysk żyletką, żałując czasami,

że nie mogę wraz z warstwą włosów

zdjąć wydarzeń, które, o tak, chciałbym bardzo,

mogłyby spłynąć w korzenie kanalizacji.

Ale nie da się „zrobić początku”.

Zawsze jest letnio i bez drgawek.

Powszednieje wiadomość podawana co rano:

będziesz upadać.

Naśladownictwo

Wysuszeni, nadzy i wątpiący, tacy

są nasi lokatorzy. Fen ich drażni i wątpią w Boga,

patrząc na wzgórza i płacząc na Cytadeli,

w dzień zaduszny wspominając angielskich lotników.

Czy chce się nam wymieniać wszystkie te zmarłe

nazwiska?

No i ich lustra, nie zapominajmy

o pieśniach powleczonego rtęcią szkła,

o tygrysie pod powieką, który się wyzwoli,

wyzwoli, gdy będziemy dużo czytać.

(Tak co dzień rano widzę ich w koszulach,

słyszę te szepty, później głośne śmiechy).

Moja muzyka jest muzyką ciała,

gdy chcę wydobyć dźwięk, to stukam

płaską dłonią o rozgrzany kamień,

dźwięk jest jak postać ledwo co widziana,

powidok czegoś, co się utkało w umyśle,

a umysł jest tkaniną, która nie ma granic,

bo gdzie granice tego, co tka się bez przerwy?

Ale czy oni mają muzykę? Chłopiec,

co wąskie stopy natarł olejkiem do opalania,

jego kochanek, który już śpi od południa,

i przyjaciele i znajomi palący się w słońcu,

Ci przyjechali z Treviru, tamten z Akki,

wiem, że widzieli Krzyż Południa i zazdroszczę

chłosty w ciemnym pokoju na Via Nuova,

tych opowieści słucham drugi tydzień,

a jednak nie mogę usłyszeć muzyki.

Może to zresztą tak być musi,

stoję z patykiem w dłoni skrępowany,

bielszy niż mur, o który się opieram,

słyszę, że chłopiec czyta, patrzę tylko,

wiem, że o nic go nie spytam.

Wszystko mi jedno

teraz to będę pisał smętne

wiersze o smoku Fafnerze,

o dziurce od klucza i zgrzycie,

jakaś pieśń z tego wyjdzie,

sznureczek znaków na kartce,

gdzie blask i czerń zlewają się

w jeziorko, nad którego brzegiem

podejrzane panienki szepczą

o muzyce.

A Ty będziesz

w dalekim mieście planował

następne dni. Przy rozmowie

wspomnisz coś o śmierci

i jak byłoby dobrze spotkać

się znowu. Zwłoka jest zła,

nie zwlekajmy, zróbmy to

natychmiast.

Odległość jest dla odrzuconych.

Rozciągnięcia

Wieczór jest zwyczajnie soft,

czarno-białe nasionka rośliny leżą na watce

i kiełkują, nikt w domu nie zna jej nazwy

ani nawet nie wiadomo, skąd przybyła,

a jednak kiełkuje.

Najwyraźniej ta wiedza skąd, dokąd, dlaczego

jest jej zbędna. Z sąsiedniego pokoju dobiega

delikatny scratching, Marek na tym tle

mruczy swe medyczne mantry — nazwy leków

jak imiona odległych planet.

Wszystko wydaje się jak na holenderskim

obrazku, połyskliwy werniks oddala

w oszałamiających refleksach myśl,

że, ona urośnie, dojrzeje i zniknie,

zostanie pestka.

Kość obrana z tajemnicy,

właściwie sama tajemnica.

Książeczka do pokrewieństwa

Nad czym się pochylam, gdy myślę o Tobie?

Nad studnią, strumieniem czy strupkiem na dłoni?

„Jest jakaś krew w tym ciemnym żargonie

ktoś ciągnie wagon po tym bocznym torze”.

Czy jest rym do gorzkiej książki, którą tu czytałeś?

Kto nas opisał:

„mówią, że jak zwierzęta

tarzali się w pościeli

i Bóg na nich patrzył, święci i anieli”?

Senariusz

Jehowa przyszedł i zawirował w pokoju.

Przypominał pływaka żółtobrzeżka,

gdy spokojnie unosi się w toni,

trzymając martwego ciernika.

Chciałem uratować, lecz osad

z głębiny podniósł się i przeszkodził,

jedyną broń, moje usta,

zamknął pieczęcią z gliny.

Kim byłaś rybo, że szarpałem się

przez pół nocy, by wyrwać cię z uścisku?

Nawet nie znam ostatecznego wyniku,

sędziowie rozsypali się jak konstrukcja

z domina, sędziowie też osobliwi —

trzciny i kłącza w zupełnym mroku.

Katalogi

Koszulka Marka na poręczy fotela.

Zniszczony parasol.

Ciemna plama spodni.

Pełnia w zamieszkałej klatce

ptaka bez gatunku i nazwy.

Niejasne sprawki z portfelem.

Brak kasy na wyjazd.

Wybite z rytmu, nieme urządzenie,

krztuszące się, gdy powinno buczeć.

A gdy pod wodą zaczyna się taniec,

ono zupełnie szaleje.

Ten dźwięk niszczy tkankę

innych dźwięków.

Zupełnie jak wtedy, gdy przewieszony

przez balkon, tuż przed pierwszą kawą,

patrzę na twarze zmieniające się w potok.

Ciągły cykl przemian nuży,

powracam do świata, gdzie jak zwykle

każdy skok z dziewiątego piętra

poprzedza rozmową wyrozumiały zestaw

sprzętów codziennego użytku.

Jaskrawa żyletka na tle zacieków mydła.

Ten tępy kranik plujący się jak facet

po piątym piwie, bodajże wczoraj,

na schodach przy rynku.

W końcu jakoś płynie, jak każda woda

na tej planecie, poranek bez nazw,

mroków i półcieni:

wielkie święto jak każdego roku.

Dowód

Jurne jarzeniówki ciągle świecą, nie przeszkadza im nic.

Chciałbym się nawrócić na to jasne sprzężenie, ale milczą.

Czegoś tragicznego domyślam się w tutejszym powietrzu.

Jurek ma raka? Czy może puściła go kantem.

Zmiana warty przybędzie nad ranem, blady chłopiec zastuka w drzwi

i powie: odchodzimy, i smagnie batem psy, popędzimy w śnieg,

o to chodzi, żeby w końcu trafić na biel.

Ale chłopiec i bat? To dwuznaczne.

Przyglądam się ścianie, pod się jak człowiek przyłapany na kłamstwie.

W czym kłamie ściana? Czy jest kapelan

od ścian, czy psycholog czuwa z kartką?

Dlaczego blady chłopiec, a nie na przykład Murzyn,

albo konkretnie Wojtek, ten który strzelał kiedyś do gołębi i drżał,

gdy ścigała go osa? Skąd to skojarzenie światła i seksu,

czyżby port był blisko?

A w końcu gdzie dąży to drżenie, gdy już ujdzie z ciała?

Jest jakieś niebo za horyzontem, rozległy sad

i ani jednego jabłka?

Sklepik

Skrzela ryb jak piwonie już w rozkwicie

chociaż patrzących mało.

Facet zarabiający na życie

ich sprzedażą

stuka w szybkę akwarium i uśmiecha się skrycie.

Coś okrutnego jest w tej wodzie o zielonkawym

zabarwieniu,

nawet tępe bzyczenie much wyraża niepokój.

Wentylator wysiadł i nie kręci się wcale

i powietrze tężeje jak kisiel.

Gdy wychodzę, towarzyszy mi dzwonek

i rechot papug, nagle zaniepokojonych ruchem.

Wynieść

śmieci jeszcze przed północą

i w momencie, gdy głuchy dźwięk kontenera

rozbije nieustanny szmer owadów,

zastanowić się jak wracać.

Czy okrężną drogą, długi spacer spowolniony papierosem

i wymianą spojrzeń z sąsiadami pod trzepakiem, czy może

inny wariant — ten krótki skok przez wykop w bok od betoniarki

i skręt przy workach z wapnem w prawo

i jest się pod drzwiami domu — nie wiem.

Na razie wędruję w myślach po ślepnącej mapie,

brzegiem czegoś, co trudno jest określić jako jakiś

uchwytny moment.

Ty właśnie rozpoczynasz obrzęd zasypiania, a ja

staram się nadać sens skokowi przez wykop.

Są jeszcze wersje mniej drapieżne, jakaś śmierć

w poczekalni, idiotyczny film o trzeciej w nocy.

Autobus zwany „Coś Innego”, z którego

zawsze się korzysta przy święcie niepewności.

Oczywiście w końcu wstaję i wynoszę,

przed wpół do pierwszej, zabawiając się

wyborem schodka, którego nie dotknę.

Mała medytacja

Miska z wodą emaliowa i mydliny

brudne od rdzy z czyszczonej blachy.

Idę wynieść to na dwór i wylać pod drzewo

spienioną masę czegoś, co nie żyło,

choć może nie do końca, ta woda

mogła być częścią czyjegoś ciała,

żelazo też, a nawet mydło —

właściwie wszystko kiedyś wszystkim.

To mnie onieśmiela i delikatnie ją kładę.

Potem patrzę w okno. Ciągle schylone

cienie snują się po kuchni, z dwóch

lamp pada światło. Lep pełen much

kołysze się miarowo na kinkiecie —

sam środek świata i wiedzy o świecie.

Pani Michałowska

Pani Michałowska umarła we wtorek.

Nad ranem znaleźli trupa, nad ranem.

Jej pończocha wisiała za oknem, podarta

i zacerowana, i znowu podarta — wzory

skłębionych myśli odciśnięte w powietrzu.

Kiedy ją wynosili, pies zawył i kawa

wylała się na obrus. Z okrutnej sierści

jest ten świat utkany. Taka myśl krążyła

jak mucha nad kanapką, w czaszce pustej,

białej, przesiąkniętej pleśnią.

Potem prześcieradło wdarło się na pierwszy plan.

Zagrało scenę z wiatrem, sznurkiem, z upadkiem

na ziemię. Już wieczorem było szmatą

i następnego ranka nie istniało.

Rozdzielone na włókna,

przyczepione do drutów, do drzew,

których gałęzie sięgają aż tu, wysoko,

do pokoju, gdzie ona umarła, we wtorek,

nad ranem, podobno przed czwartą.

Puch

Miasto niczym punkt programu w kiepskim przedstawieniu.

Nieobecne już od godziny w monologu faceta z piwem.

Jednak już za chwilę będziemy je mieli, proste jak kazanie

o niegodziwym koledze kradnącym kurtkę z szatni szkoły,

do której chodziliśmy dniem i nocą, dniem i nocą bez ustanku.

Oszukując za każdym razem, gdy wywoływano nas do tablicy.

Mam tylko nazwisko bez ciała i jestem ciałem bez imienia.

Tlenionej nauczycielce w kusej spódniczce, która skromnie tańczyła

na każdej imprezie, to właśnie mówiłeś, aż przecierała oczy,

aż na jej twarzy wykwitał uśmieszek, jak pleśń zabarwiająca kawy,

które sto lat temu zostawili rodzice w filiżankach białych jak puch gęsi,

delikatnych jak śmierć, mocnych jak gęsta rzęsa na jeziorze. Słowem:

żadnego nowego wrażenia, tylko ten plastik szczęśliwy i gadzi

uśmiech, złoto zabawiające się z rajfurem, błękitny kryształ

w piździe kochanki. Nie pamiętam kiedy otworzyła drzwi

prosząc nas: spadajcie.

Nieważne są te rzeki i strumienie, w których ukrywa się ciernik,

z gniazdem ze śliny, puchu i kamieni, ani błoto wysychające na podeszwie

buta, którego już nie włożysz, bo wkradł się demon, pękły szwy,

poszło w cholerę całe lustro. Jedynie pociąg, pocięte siedzenia, skaj i trawa

palona w półmroku i postać w rozkroku, która za chwilę cię uderzy.

Usta z sączącym się monologiem, wszystkie świąteczne słowa, zagadki

i pytania, których nie zadałbym wcale, gdyby nie okno, zakurzona framuga,

pył naprowadzający stale na jedną i tę samą metaforę, opadającą

jak świetlisty refren, kadencje w muzyce.

Akord bez początku.

Wszystko co brudne zmieniające się w czyste.

Nieskończone okna

Nieskończone okna. Puszka z farbą

przy rolce tapety. Remont osiągnął

etap, w którym przemienia się w teatr.

Trzy złote brakuje do rozpuszczalnika.

Wszystko, co gęste, w tym upale

staje się jeszcze bardziej nierealne.

Dla mieszkańców sąsiednich okien

przestaliśmy już być widowiskiem.

Już nie pytają o podłogę zasłaną gazetami

i o to dlaczego późną nocą czytasz je,

chodząc na czworaka i skąd ten napis,

wielki tak, by wszyscy widzieli:

moja skóra kończy się nocą.

Rano

Dziura w piersiach po przebudzeniu rankiem

zalana kawą z trzech łyżeczek, nie bardziej

doskwiera niż strupek po komarze.

A jednak jest pusto. Wieczorem czytana

gazeta już zsunęła się ze stołu

i niczego nie wypełnia, płasko opadła

na podłogę i trwa tam jak flądra na dnie.

Nie chcemy się zauważyć nawzajem.

Ciśnienie pewnie spada, bo sen nie

odkleja się od świadomości, tylko

ciągnie ku sobie, jakby chciał przeciągnąć

linę na piknikowym konkursie.

Gorąca kawa wygrywa, choć

ciągle jest jeszcze tępo, płasko i brudno.

Ostatnie zdanie ze snu ciągle nęci,

choć jest tylko strzępkiem:

„ulica Nieszawska w prawo i przez krzaki”.

Reszta jest zamazana, dziury, luki, braki.

Porno

Wieczór. Na ławce ostatniego

papierosa dopala się szybko.

Jakiś skate śmiga po placu.

Wygina ciało a popiół opada

na trawę. Seks z tą „ciszą”

jest zupełnie niemożliwy.

I ja także jestem niemożliwy.

Nerwowo biorę ostatniego

macha i otumaniony ciszą

przenoszę się szybko

na drugą ławkę. Skate opada

na zimną glazurę placu,

jakby był panem placu.

Wydaje się niemożliwy

ten ruch, gdy lekko opada.

Kiedy tu byłem ostatniego

razu, nie robił tego tak szybko.

Tak czy inaczej jest ciszą,

która jest irytująca, ciszą

pochłaniającą przestrzeń placu,

jak pustynia, tajemniczo i szybko.

Choć nie jest niemożliwy

scenariusz, w którym do ostatniego

znikają domy wokół, opada

kurtyna, właśnie tak, opada

powoli obciążona ciszą

i spojrzeniami widzów, ostatniego

widza. Tymczasem na placu

następny piruet, niemożliwy

do powtórzenia. Wykonany szybko

wabi jak porno, by szybko

go utrwalić. Lecz jego ciało opada,

jest w tym ten niemożliwy

rys, szczelina wypełniona ciszą,

tak, że zamieramy na tym placu,

oglądając pierwszy raz coś ostatniego.

Szybko się męczy, opada z sił,

i leży na placu jak niemożliwy teraz śnieg.

Do ostatniego ścięgna wypełniony ciszą.

Żegnaj Plastusiu

Drobniutkie sacrum idzie pod prysznic,

pogasło w nim coś raz i drugi, przed

lustrem sprawdza opryszczkę na wardze,

nie można ufać opryszczce, trzeba zawsze kąsać.

Choć światło żarówki zwęża źrenice,

końcówki włosów trzeba przystrzyc,

to co nowe też patrzy uważnie,

chociaż we mgle jest jeszcze i żebra nie wyjął,

aby wykołysać ciebie. Ale ruch już się zaczął,

na krzywych nóżkach kuśtyka dookoła,

nic konkretnego w blasku oka.

Żart na niepogodę

Ryba chowa pocałunek

i mała piaskowa burza zasłania listek

wodorostu, który leżał

przy sztucznej muszli. Światło

też jest sztuczne tutaj i sztuczne

są sposoby myślenia o tym, po co

jedną rybę trzymać w tak wielkim

akwarium. A co jeśli uderzy piorun,

wśliźnie się cicho i spali nas nagle?

Co jeżeli zatrzęsie się ziemia?

Będziemy mieli komorę grobową

z indonezyjską rybką, której łuski

iluminują w ciemnościach?

Kto ją nakarmi rozwielitkami,

kto będzie patrzył jak śmiesznie

porusza pyszczkiem i stukał w szybę,

mówiąc: zdenerwuj się, nastrosz,

już pora?

Przypisy:

1. Kriegsmarine (niem.) — marynarka wojenna. [przypis edytorski]

2. O Röschen roth — fragment wiersza Johanna Wolfganga Goethego wykorzystany w II symfonii Mahlera. [przypis edytorski]