Kamień pełen pokarmu

Książkę tę dedykuję

mojej kochanej Marii

Kamień pełen pokarmu

Nenia i inne wiersze

I

w moim małym domu zamieszkała niewiara

jak nierządnica zamieszkała w moim małym domu niewiara

bardzo zła kobieta z którą mamy jednego Pana

powiedziałem jej moje ciało męskości

jak i moje ciało zniewieścienia

wszystkie moje ciała

których jest co niemiara mają jednego Pana

więc po co do mnie przychodzisz wciąż naga

II

przysięgam schizofrenia jest jak pies bez kości

który z żołądkiem moim ma do czynienia

i z żołądkiem moim czyni sobie zadość

co to jest samotność

jak schizofrenia samotność zamyka mnie

przysięgam ona zamyka mnie kiedy jestem ze Zbigniewem

Ingo i kiedy nie jestem ona mnie zamyka

w domu Zbawiciela a potem wyprowadza z domu

nieskazitelności ona mnie zawsze prowadzi

z domu nieskazitelności popod czyjeś okna

III

w moim małym domu zamieszkała skrucha

myślałem że płacze we mnie dziecko a nie starucha

przecież ona nie zamieszkała w domu starców

która może odmłodzić jednym grzechem mniej

powiedziałem ty mnie możesz

jeszcze odrodzić w moim pustym domu

ty mnie możesz jeszcze uczynić

dzieckiem w zmarszczkach dzisiejszego grzechu

IV

schizofrenia to ten ptak wczoraj

i ten ptak dzisiaj niejasnego upierzenia

jaki jestem jaki będę jeżeli pokonam tę śmieszną przestrzeń

między jednym a drugim niejasnym słowem

które wypływa albo nie wypływa z ciemności

najpierw zachorowała matka jaka jesteś

pytałem się wczoraj i dzisiaj

czy jak ten ptak oszukany pod niebem

przez wszystkie płazy ziemi.

V

Panie ja nie odbiegłem

ja nie porzuciłem Twojego domu

we mnie tylko wilk Dobry Pasterzu wbił swoje zęby

a ja mu powiedziałem to nie są zęby które się na mnie zawezmą

Panie ja nie usłyszałem

bo byłem głuchy Twojego głosu

nie wchodź w paszczę zwierzęcia bez jednego

zęba abyś nie był samotny

VI

1

gwiazdo niespełna rozumu ziemskiego

zacznij od nowa czerpać w ciemnościach świata tego

gwiazdo niespełna rozumu ludzkiego

zacznij od nowa w ciemnościach mojego ciała marnego

najjaśniejsza gwiazdo niespełna rozumu i niespełna zamętu

zacznij na nowo od chaosu moich wnętrzności

a potem od swojego wozu

i pociągnij mnie w przepaść

najjaśniejsza gwiazdo niespełna rozumu

czy ty byłaś matką czy ty byłaś matką odebraną komuś

gwiazdo niespełna rozumu gwiazdo najjaśniejsza

za którą idziemy do domu obłąkanych

2.

czy ty byłaś zamknięta jak Dycka

w oślepiającym świetle schizofrenii

gwiazdo przeklęta czy ty się wzięłaś

z mojej matki Stefanii

o światło prosząc

czy ty się uskarżałaś na nią ze mroczna

to tylko my nie rozumiemy

co ona pragnie nam przekazać nie przekazując

owocu z pestek treści

co ona pragnie nam ofiarować nie ofiarowując

ona nam Pana Boga niosła

i w drodze osłabła jakby zobaczyła diabła

gwiazdo najjaśniejsza czy ty się wzięłaś

z mojej matki w ciemnościach

czy ty byłaś zamknięta jak Dycka

w oślepiającym świetle schizofrenii

VII

moja matka kościół innowierczy

niech będzie pochwalony Jezus Chrystus który cierpi

innowierców a nie zsyła na nich śmierci

innowiercą jest kto matczyne opuścił serce

moja matka kościół bluźnierczy

bluźniercą nie jest kto imienia Pana nie znajduje

lecz który się chełpi że posiadł

imię nowe i że się zowie nowo narodzony

niech będzie pochwalony Jezus Chrystus który cierpi

bluźnierców a nie zsyła na nich śmierci

VIII

krzyk jest powrotem do matki

choćbyś nie chciał

krzyk jest powrotem do matki

pierwszym źródłem macierzyństwa

i choćbyś nie chciał ostatnim zakorzenieniem

krzyk jest po to ażeby nie opuścić siebie

żeby w łonie matki nie było skonania i ust

zaprzepaszczenia w ciszy zawiązującego się poranka

IX

piasek to sypkie ssące usta śmierci

ustom tym nie wymkniesz się choćbyś z deszczem spadał

choćbyś z deszczem w głąb innych ust

obsuwał się szczęśliwy że piasek nie istnieje

powiadam wszakże piasek to usta

śmierci nie zacieśnione na deszcz i kamień

szczęśliwy kto uwierzył w piasek i usta

napełnił swe a potem jeszcze raz zapragnął

piasek to sypkie ssące usta śmierci

które wciągają w drżenie martwych

powiadam wszakże ani deszcz ani kamień

nie spocząłby w nas wątpiących w samotność

X

mój przyjaciel jest chory

i otoczył się jak niemowlę bólem rodzenia

jego ciało w którym jest nadzieja na moje ciało

jest już w drodze jak kwitnąca gałązka jabłoni

daje o sobie znać i jak gałąź owocująca nic nie znaczy

mój przyjaciel jest chory i drży ciało jego

mój przyjaciel jest umierający i niosę mu zmęczenie

sen nie odparty żadnym tchnieniem

XI

w niedzielne popołudnie pracowało trzech półnagich żołnierzy

Pan Bóg w ich ciałach nie ukrywał swojego roztargnienia

i na nowo tworzył kosmos początku i końca podczas gdy oni

oślepieni słońcem wypoczywali na wznak

Pan Bóg myszkował w ich ciałach zdziwiony swojskością potu

Pan Bóg myszkował w ich ciałach złakniony

wracał do swoich źródeł i stawał się

kroplą brudu bez której nie bylibyśmy sobą

XII

moja siostra Wanda przynosi ze spaceru lilię

a ja piszę wiersz o śmierci

a ja znowu ten wiersz piszę od początku

i nie umiem skończyć

ani przerwać w połowie tak żeby się zachwiał

jak lilia śmiertelnie kiedy szukam dla niej

najodpowiedniejszego słowa

zamiast garnuszka wody

XIII

lilia zepsuła się w garnuszku wody

pytam się oczu co widziały i gdzie były

lilia zepsuła się jakby zniechęcona po ludzku sobą

pytam się swoich oczu gdzie sczerniały

lilie za którymi poszłyby do grobu

a one nie wiedzą i jak cudze na mnie patrzą

więc znowu piszę ten stary wiersz o śmierci

i wciąż jeszcze nie wiem od czego zacząć

XIV

moi przyjaciele piszą wiersze

a woda nad którą stoją nie czeka

tylko słowo istnieje które jest początkiem stworzenia

rzeczy niewymownych źródłem rzeczy niemych

przepływających obok nas własnym drążonym krzykiem

mówią że istnieją słowa przed którymi

zamykamy się do nadspodziewanych objęć wierszy

i w których prosimy żeby nam wybaczono milczenie

albowiem słowa przepływają obok nas własnym drążonym krzykiem

XV. Do A(...) N(...) pod jego bytność w przemyskiem

powiem ci że cmentarz lubaczowski nie ma granic

wprawdzie ma swoich zmarłych ale nie ma granic

pokażę ci groby Argasińskich Dyckich Hryniawskich

ale nie zakreślę granic których od nich oczekujesz

mogę cię zaprowadzić do ich przeszłości z której wyrosłem

nieco skostniały w ogóle zauważ jakaż ta teraźniejszość z kości

zmarłych Dyciów i jakaż przyszłość z naszych prędzej z naszych

kości aniżeli z naszego dzisiaj zapomnienia

jak ci powiedzieć że cmentarz lubaczowski ma swoich zmarłych

nawet w tobie który wszedłeś do rzeki ażeby wynurzyć się innym

nie ma granic ałe ma swoich zmarłych

nawet kiedy stanąłeś na brzegu Sołotwy ażeby do nich nie wrócić

XVI

w lubelskich domach publicznych moich przyjaciół

nikt nie zapyta skąd się wziąłem w ten czas

i skąd się wezmę jutro z jakich wypłynę ciemności

i w jakie ciemności na powrót pokracznie

ach mamo w ciemnościach bez ciebie pokracznie

jak i w oślepiającym świetle dnia

zarówno do ciemności jak i do oślepiającego światła dziś

dołóż drwa choć naręcze dołóż swoich ust tchnij

XVII

w lubelskich domach publicznych moich przyjaciół

materace na których spał Leszek i wielu innych

których jeszcze pamiętam i już zapominam

jeszcze pamiętam wilgoć w miejsce języka

oczu myśli a już zapominam

a nagość ich była jak dziwna bajka

już zapominam z kim spał Leszek z kim spałem

zanim przyszła śmierć Leszka

i jeszcze pamiętam chłód jego ciała

kiedy jechaliśmy z trumienką za miasto

jeszcze mnie pamięć nie myli chłód jego ciała

drzemał we mnie jak styczniowe słońce

XVIII

w lubelskich domach publicznych moich przyjaciół

materace jak dawniej gdy byliśmy tu z Leszkiem

dla potęgi nocy oto jest śmierć

mówił Leszek gdy po nocy nastawał dzień i w naszych oczach

krzątały się kości wirowały jak wiatr

któremu dawaliśmy niekiedy chwilę wytchnienia

materace do których przyciskaliśmy wiatr naszych członków

i wnętrzności Leszek mówił

rano znowu znajdziemy się w szczerym polu

oto jest śmierć mówiłem gdy po nieprzespanej nocy

wdrapywaliśmy się na szczyt naszych członków

i wnętrzności jeszcze pamiętam

trumienkę z którą wyruszyliśmy za miasto

chłód jego ciała uderzył mnie zaraz w domu

kiedy pomagałem go ubrać kobietom spoglądającym

niedorzecznie w swoje ciepło

skisłe jak kluski

XIX

znienawidziliśmy miasta do których przyjeżdżaliśmy

w piątek po południu albo w sobotę rano

a zwłaszcza dworce na których spędzaliśmy resztę dni

ludzi z którymi nie zamieniliśmy słowa

na pustych zakazanych placach

choć to oni pieścili nasze ciała w swoich szeleszczących skórach

choć to oni pochylali się nad nami w zmarszczkach

bez cienia intymności

niekiedy bardzo śmieszni a zawsze bardzo starzy

w szeleszczących skórach którą zatykaliśmy sobie uszy

ażeby nie słyszeć ich dalekiego oddechu

i którą jak zielskiem przykrywaliśmy swoje oczy zielone

jak bielmem

XX

umyśliłem pisać wiersze o twojej śmierci

i o tym jakie są teraźniejsze dzieje

wyszedłem na łąki na których zawsze byłem dzieckiem

ażeby początek wiersza tchnął mleczem

zamknąłem się we wszystkich twoich listach

wysłanych i nie wysłanych nigdy do mnie z daleka

w widokach wiedeńskich postkarte przecież pisałeś

jak wtedy z Placu Karola

że dzieli cię dzień od samobójstwa od urzeczywistnienia

rzeczy przyszłych i żebym przyjechał przeżyć przestrzeń

jakiegoś nowego ładu którego jeszcze nie rozumiesz i pozostał

z tobą aż po wypełnienie się chaosu w moich przerażonych kościach

XXI

zamykanie oczu to kłamstwo

bowiem od widoku samobójczej śmierci Recki

Ruszkowskiego nie uratuje cię czarna powieka

zatem patrz jak wtedy gdy zatriumfowały w nim

wszystkie furie powietrza naraz

czyniąc zeń igrzysko

pakułę gdzieś poza ludzkim kręgiem

albo w ludzkich wnętrznościach

i kiedy dźwigałeś tę pakułę a jeszcze bardziej

kiedy nie mogłeś dźwignąć niczego

oprócz wymiotującego brzucha

wymiotującego z przerażenia iż jest

i że starcza za wszystko

XXII

zanim odkryłem twoją śmierć w pokoju

na dziesiątym piętrze i ujrzałem ją w zdziwieniu

twojej nagości i zanim odkryłem śmierć jako coś

co następuje po śniadaniu obiedzie i kolacji

przekonałem się że ten który leży przede mną

w zeszłonocnej pościeli i ten który leży w lilijkach

to mój przyjaciel to moja fizjologia to nade wszystko

mój przyjaciel i moja fizjologia

coś co jest święte

XXIII

od nocy do świtu ćwiczenie pamięci

jak czarnej skóry niewolnika

w dniu w którym umarł ćwiczenie pamięci

i w dniu w którym przygotowywaliśmy się do pogrzebu

ćwiczenie pamięci jak czarnej skóry zbiega

a potem raz po razie

ażeby umarły był wciąż jak żywy

ażeby żywy był jak umarły

i nie ważył się przychodzić z widownią ciała

ażeby przychodził jak pustelnik tylko

do swojej duszy pełen miłości ku niej

i pełen zwątpienia że miłość do jednej rzeczy

jest związaniem przy rzeczach wielu

ażeby przychodził jak pustelnik tylko

przesiąknięty wiatrem i piaskiem

przełamać się ze mną codziennym chlebem

XXIV

gdybyś choć otworzył oczy zobaczyłbyś

jeszcze nie wiem co ale ujrzałbyś jako my widzimy szkielet

może gdybyś uniósł powieki wszystko byłoby

jasne jak pierwszy dzień narodzenia

a tak stoję oślepiony przenikaniem świata

nawet myślę że przenikanie świata jest wszystkim

co potrafię może gdybyś język wyplątał

z otchłani mowy przemówiłbyś

błogosławiony który idzie ku mnie a nie ociąga się

na widok słońca jakie zabiega mu drogę

błogosławiony albowiem dnia pewnego znajdzie go ciemność

w wielkich mękach widzenia

XXV

jeszcze nie dzisiaj jeszcze nie jutro

przyjdę do Ciebie wiem zgasisz światło

ażeby droga nie była wypełniona szukaniem

po próżnicy jak wtedy gdy błądziłem na osobności

przyjdę do Ciebie nie wcześniej aniż skończy się dzień

i nie później aniżeli nastanie noc która wyda z siebie jad

tylko mnie uchroń aniele mój gdy będę spał

przed wężem który obudzi się na moich ustach

XXVI

przyjaciele nie umierają w ramionach obcej kobiety

którą widzieli raz w życiu powiadam ci chłopiec

jakiemu było na imię Leszek nie mógł odejść z kobietą

tylko dlatego że nigdy dotąd nie spotkał jej na swojej drodze

to prawda że wtedy kiedy umierał byłaś ze mną

a ja nie umiałem ci dać tego co on umierając

teraz jesteś zazdrosna o czyjeś ramiona w których umierał

kiedy byłem blisko ciebie tak blisko że to mogłaś być ty

XXVII

oto złożyliśmy trupa do trumienki

i ponieśliśmy przez chore miasto

w którym mężczyźni uprawiają nierząd

i nikt jeszcze nikogo nie uzdrowił

pocałunkiem a przecież

pocałunek jest od Boga

który nie rozstaje się z ludźmi

więc co czynią twoje usta

pośród setek tysięcy chorych

ani jednego do którego by przyszedł

i ani jednego którego by opuścił

choć wielu z nich będzie miało otwarte rany

XXVIII. Pan Gemlaburbitsky

4.

śmiejesz się że jestem nagi

śmieję się choć w to nie wierzę

nie wierzę że obok mnie leży

dżdżownica na łodyżce kwiatu

uważasz że łodyżka kwiatu nie pochodzi ode mnie

śmieję się choć w to nie wierzę

łodyżkę kwiatu masz od boga nicości

który cię dotknął gdy byłeś jeszcze czysty

5.

śmieję się że przychodzisz do mnie jak robak

który znikąd przychodzi i zostaje na wieki

wracasz w nocy i pewnie myślisz

kim jestem że czekam

śmiejesz się że czekam jak robak z tym ciałem dla ciebie

z ciałem o którym Leszek mówił że jest od Boga na przeszpiegi

potem biegnę do księdza Horocha wypytać się o ciało

które jest od Boga na przeszpiegi kiedy człowiek idzie górą doliną

XXIX

znowu przyjechałem w przemyskie

pełne bogów polskich i ukraińskich

rodzina kurczy się coraz bardziej

a ja rozrastam w samotności

jestem jak poganin który nie ma

domu pośród swoich zmarłych

dzień rozpoczynam od krzyku

nieodrodny syn tych co poumierali

XXX

w domu naszych matek była miłość

mleko było miłością najpierwszą i najpełniejszą

gdy wyrośliśmy na chłopców nasze matki jak wiedźmy

wyszły z domu i nigdy już nie wróciły

wyrośliśmy na pięknych chłopców i bardzo nieszczęśliwych

nasze matki wyszły z domu i nigdy nie wróciły

do pełni władz umysłowych ktoś je widział

jak uciekały w kaftanie bezpieczeństwa unosząc nas z sobą

XXXI

młody mężczyzna idzie przez cmentarz

gdy tak idzie nie spiesząc się ma coś ze zmarłego

ma coś z ciebie który umarłeś

i gdy za nim patrzę wcale nie tracę cię z oczu

myślę że właśnie wtedy mogę z twego ciała

czerpać gdy idzie na spotkanie swojej zmarłej

i nazbyt starannie dobiera słowa modlitwy

to właśnie wtedy mogę do ciebie zagadnąć

wyzbyć się języka dziecka i przemówić

po męsku jak zmarły do zmarłego

jak być powinno wyzbyć się śmiesznej obawy

że nie zrozumiesz gdy zamilknę

XXXII. Na pogrzebie A(nny) S(uchożebrskiej)

to tak wyglądają palce 45-letniej nieboszczki

a tak usta jej 22-letniego syna

jakże pogodzić dwa obce i zmęczone sobą ciała

i jakże odejść od ust chłopca do trumiennych szczelin

to tak wyglądają palce 45-letniej nieboszczki

a tak usta jej 22-letniego syna

któremu jeszcze dzisiejszej nocy zechcesz powiedzieć

to tak wyglądają palce zmarłej

drapieżne od niemożności zabrania się stąd

Kamień pełen pokarmu

XXXIII. Oczy

mogą poprosić o miejsce pod martwymi powiekami

a kiedy odmówimy bo podobno nie jesteśmy

martwi pójdą przodem nas a kiedy

w drodze zbłądzimy wezmą do siebie

jak dwoje samotnych staruszków

spodziewających się śmierci

nawet ciało jest im dane inaczej aniżeli nam

poruszającym się niby to po swoim a jednak

a jednak boimy się że weszliśmy w szkodę

Panu Bogu na tych kilkadziesiąt lat nie więcej

a oczy mają wgląd we wszystko i poświadczą

że weszliśmy daleko w szkodę jak świnie

XXXIV

i nic nie pozostaje pewnego z nas

może właśnie jedna niepewność

jak kość kiedy mówimy że nie będzie

kości na panowanie długie

i krótkie tylko nie wolno zasnąć

albowiem śpiącym ubywa snu a panowanie

ciąży jak zmiażdżenie rzeczywistością o świcie

nawet tobie który wziąłeś za królestwo kamień

i nie pomyliłeś się nigdy

i nie pomyliłeś się wówczas gdy kamień poszedł

w niewolę innego kamienia i gdy dopiero wtedy

poczułeś ból

XXXV. Szpital św. Klary

1.

w rzeczach czystych niechaj będzie Twój dom

a w rzeczach nieczystych moje umieranie

do Twojego domu przyjdą pokłonić się Tobie

a w moim dobrze uczyni kto pozna się na kościach

i wyda o mnie sąd jako o zmarnotrawionym

a w rzeczach nieczystych moje umieranie

tak wielkie w nieczystości moje umieranie

że gdybym miał z martwych powstać

to tylko przez człowieczy brud

3.

nie wiedziałem że w nieczystości chodzę

od domu do domu a zawsze wygnany

kto mnie opatrzył ten się zlitował

bo tylko litość godziła się na mnie

kto mnie owrzodził ręce umywał

i rozpowiadał że owrzodzonego widział na mieście

jak szedłem za nim do domu jego wnosząc owrzodzenie

w samych już powiekach nie wiedziałem

XXXVI

ludzie obnażają ciało i mówią

a to jest brzuch doskonały na każdą

okazję głodu a tamto są genitalia

doskonałe na każdą okazję zaspokojenia

zbliżają się do siebie i powodują

miłość białą kruszynkę

która nie wytrzymuje z bólu

i rodzi nikt nie wie po co

XXXVII. Inskrypcja

na lubelskim cmentarzu

jest tak 26 listopada

1985 roku zmarł młodzieniec

młodzieniec ten miał imię

ze snu a kto

ma imię ze snu

temu się nie dłuży

rozmowa z Panem

Peregrynarz

XXXVIII

1.

schizofrenia jest domem

bożym odkąd zachorowałem

raz drugi i przebudziłem się

w gorączce miłości

zaiste niewiara jest jak okowa

i obręcz płomienista

w której wstydziłem się siebie

choć to nie wstyd przymierzać się

do istnienia a światła duszy

nie zmarnowałem i wykrzyknąłem Panie

niewiara jest cudownym miejscem

które opuszczam codziennie

2.

schizofrenia jest domem

bożym odkąd zachorowałem

raz drugi i przebudziłem się

w gorączce miłości

Panie wykrzyknąłem oto już jestem

gotów do umiłowania rzeczy

intymnych i bezgranicznych

jak pies się wróciłem

do Ciebie do rzeczy intymnych

i bezgranicznych których nigdy

nie miałem więc pewnie dlatego

trzymano mnie tutaj tak długo

XXXIX. Piosenka

w wielkich miastach używamy

dużo kosmetyków na zdziwione pryszcze

na wielkich dworcach skąd nas zabierają

udajemy dzieci przyssane do płaczu

i rozstające się z płaczem jak nikt jeszcze

na wielkich dworcach skąd nas zabierają

udajemy chłopców wyrzuconych z baśni

bez łatwego powrotu do rzeczywistości

a w wielkich miastach używamy

dużo kosmetyków na wyciśnięte krosty

udajemy chłopców wyrzuconych z baśni

bez pamięci do nazwisk starszych panów

XL

nigdy nie chcieliśmy tej miłości naprawdę

nigdy nie chcieliśmy zamknąć w niej powieki do końca

Leszek rzekł nadzy znienawidziliśmy nagość

tak jak karzeł odrzuca swoją domniemaną wielkość

z której się począł Leszek rzekł chciałem

żebyśmy wyszli z tej miłości jak księżyc zza chmur

i zawędrowali pokąd wiatr a nie drżenie liści

zawsze pragnąłem żebyśmy wyszli z tej miłości

jak wiatr do ludzi

XLI. Awantura z powodu listy obecności

mój przyjaciel jest martwy

i znikąd nie ma jego przyjścia

martwe są członki które oglądam

poruszony tym że znikąd

znikąd jest ciało Leszka

które oglądam poruszony tym

że martwe jest martwe nawet

w moim sennym oku

a z sąsiedniego pokoju

krzyczy twoja matka żebym się

zbierał na uniwersytet

bo mnie z zajęć skreślą

XLII

od tamtego dnia słońce wschodzi

i zachodzi bardzo nieporadnie

od tamtej nocy księżyc gaśnie nieporadnie

jakby miał zasnąć z wszystkim na dniach

a gaśnie jak gdyby się mocował

całe życie z dniem

od tamtego czasu słońce nie pokazuje się

w południe wielki błazen któremu plunę pod nogi

niech ma błazen wobec którego wszelka

śmieszność wydaje się bezradna

wielki to błazen przed którym tańczę kilka

kości odsłoniwszy gdy noc zapadnie

XLIII. Do studentki UMCS w Lublinie

przyjaciele nie umierają

na raka odbytu

Pan Bóg znowu będzie musiał

usunąć kawał ślepej kiszki

abyśmy trafili prosto do nieba

przyjaciele nie umierają

w kilkumiesięcznych odchodach

na raka odbytu

które matki straciły z oczu

tych co umierają w kilkumiesięcznych

odchodach matki tracą z oczu

i biorą na powrót do siebie

XLIV. Dławiąc się sobą, idzie prosto do nieba

stocz ze mną wojnę a będziesz zwycięski

każdego dnia będziesz zwycięski

i każdego pokonany gdy tylko zawołam

na pomoc umarłych

to moje ulubione zajęcie przywoływanie zmarłych

i nie znam innego pośród dni moich

wschodzi słońce i jest mi najłatwiej o krzyk

słońce zachodzi o krzyk się proszą wszystkie moje kości

jakbym był tylko rozgrzanym szkieletem

i nawet łatwiej być mi rozgrzanym szkieletem

aniżeli cielskiem porośniętym w przerażone mięso

które dławiąc się sobą idzie prosto do nieba

XLV. Waleta1

przez pięć kolejnych dni

nie usłyszą o mnie albo będą mówić

jako o umarłym i cieniem moim

bawić się przy świecach

przez pięć kolejnych dni będą opowiadać

jak bardzo byłem nieprzystępny za życia

i że broniłem się przed śmiercią w ciepłych

ramionach starców z Farbiarskiej

to będzie smutna opowieść o chłopcu

ze skradzionym słonecznikiem i szesnastu

tego dnia skradzionych książkach

i o tym jak się ów chłopiec rozmiłował

w słoneczniku gdy przyszła noc

po swoje ziarno

XLVI

najpiękniejszych chłopców spotykam

w szpitalu i nigdzie indziej

jak tylko w ich umysłach

kanię pełną deszczu

zachowują się agresywnie

lecz jakie piękno obchodzi się

bez agresji nawet ja który jestem

tu od wczoraj biję głową o lustro

kiedy zamykam się

w wc dla personelu

czuję jak brzydnę

a chciałbym stąd wyjść

XLVII

szliśmy za trumienką lubaczowską

drogą i szliśmy na spotkanie

śmierci przydrożnej śpiewając pieśni

o kościach nieboszczyka w zielonej dolinie

o kościach nieboszczyka śpiewaliśmy

i o zielonej dolinie pełnej ptaków i rozkładu

o ciele zmarłego śpiewaliśmy pieśni

i przypominały się nam ciała przodków

o kościach nieboszczykowskich i o kościach

naszych spotkanych na lubaczowskiej

drodze jak stado gęsi powracających

z łąk bardzo późnym wieczorem

XLVIII. Piosenka wieczorna

teraz nikt nie wydrze ci słowa

wiatr cię ominie bo cóż wiatr

staruszek nienadążający za tobą

w śmiesznych podrygach liści

widziałem go wczoraj i przedwczoraj

w warkoczach dziewczyn i statecznych

niewiast płaczących nad bezżenną

ciemną wodą o zachodzie słońca

XLIX

nie pójdziemy na cmentarz pod Lipkami

dzisiejszego dnia ani jutrzejszego gdy drzewa

znieruchomieją na mrozie i gdy twoje kości

otworzą się w nocy jak liście

nie pójdziemy do twoich kości dzisiejszego

dnia ani jutrzejszego jak do liści

w których nie umiemy potem zgnić

choć w liściach jest nam dana długa noc

nie pójdziemy do twoich niespokojnych liści

na cmentarz pod Lipkami wraz z pierwszym

wiatrem dzisiejszego dnia ani jutrzejszego

gdy mróz przyciśnie i gdy bez twoich liści

przybiegnie szkielet nocy i wilcy

L. Stypa w domu pani R(uszkowskiej)

poprosiliśmy by zasiedli wokół

twojej trumienki i zapłakali

by do twojej trumienki rzucili

trochę suchego piasku spod powiek

potem poprosiliśmy żeby wyszli

już czas moi mili abyśmy zamilkli

mój syn też potrzebuje śmierci

powiedział tak do mnie wczoraj

potem poprosiliśmy do stołów

proszę rozgośćcie się państwo

i wybaczcie że mój syn zabrał ze sobą

wszystko co najlepsze również we mnie

Młodzieniec o wzorowych obyczajach

LI. Na miasteczku uniwersyteckim

podszedłem do niego gdy zwymiotował a był

w moim wieku może trochę starszy i zapytałem

skąd biorą się gwiazdy które robią

to samo gdy późno wracamy do domu

gwiazdy robią to od lat w dół urwiska

kiedy idziemy z drugiego końca miasta

przemówiłem gdy rzucił się przeklinać

konstelacje których nigdy nie widział

a mieliśmy w oczach piętno jednej

i tej samej gwiazdy kiedy na mnie spojrzał

podszedłem by mu powiedzieć iż gwiazdy

od lat robią to za każdym razem z kim innym

II

pijemy alkohol na żydowskim cmentarzu

a potem siusiamy w zaroślach

Leszek nie kryje się z tym co ma w spodniach

i to robi wrażenie na zmarłych

każdy z nas zauważam siusia w znacznej

odległości od obecnych i nieobecnych

natomiast Leszek chwali się tym co mu

wystaje ze spodni i to robi wrażenie

na zmarłych jestem jednym z nich

więc jestem jednym z nich odkąd dwie dziewczyny

i trzech chłopaków załatwia się

wśród grobów jak u siebie w domu

LIII

pijemy alkohol na żydowskim cmentarzu

tłuczemy szkło o wysoki mur

za którym ciągnie się getto nasze matki

bracia i siostry nasze wszy

tłuczemy szkło o wysoki mur lękamy się

stąd wyjść i to robi największe wrażenie

na zmarłych jestem jednym z nich

to także robi wrażenie na mojej chorej matce

gdy jej opowiadam co wykrzykiwaliśmy

„Dziewczyny kochajcie łyse pały i długie

włosy” a która teraz z upodobania

do niezwykłych słów powtarza to samo

LIV. Areszt

postaraj się o jeszcze jedną samotność

w tej godnej pożałowania samotności

żebyś miał więcej drzwi prowadzących

do siebie i zamykających się przed tobą

niechaj nie waży się wejść ciemność

i światło dwaj mali złodziejaszkowie

abyś nie był ogołocony ze wszystkiego

co się świeci powierzchownie

no więc otwieraj te drzwi donikąd

żebyś czuł straszne przeciągi

chociaż to tylko dwaj mali złodziejaszkowie

którzy razem ze mną będą siedzieć w duplu

LV

w tej części świata nie mieszkam

kiedyś mieszkałem na samej górze

w tej części świata piją usta ulicznych

chłopców i ja przyznaję kręciłem się

po placu z tymi którzy mówili że jestem

jak księżyc w posiadaniu wariatów

przeto jak księżyc w posiadaniu

wariatów wędrowałem z rąk do rąk

coraz bardziej nierzeczywisty wrzodziejący

zostawiłem kartotekę odciski palców i donosy

na Leszka kiedyś mieszkałem na samej górze

dzisiaj zaledwie na siódmym piętrze

LVI. Piosenka dla Funi Bełskiej

umarłem dnia wczorajszego

i chociaż nikt nie podał mi ręki

spotkałem po tamtej stronie rzeki

milczących i śpiewających braci

choć żaden z nich nie podszedł do mnie

ani nie przemówił na progu domu wciąż jeszcze

niewidzialnego a już przestrzennego jak każdy

dom na uboczu który trwa dzięki temu iż pobielany

i że bełży się z daleka umarłem dnia

wczorajszego umarło moje ciało i wypłynął

ze mnie grzech jak ropa moimi

ustami gdy stanąłem do pocałunku

LVII. Piosenka utracjusza

powiadają iż teraz sprzedaje chryzantemy

i świeczki pod murami lubelskich cmentarzy

wieczorem przepija wszystko co zmarli

wytargowali dla jego handryczących się chłopców

więc przepuszcza wszystko co zmarli wyciągnęli

od przechodniów (przechodniu nie daj się prosić)

dla jego pewnie zmarłych chłopców choć tylko nieliczni

wierzą dzisiaj w światło które zostawiamy po sobie

wtedy też śpiewa piosenkę na Placu Litewskim

którą tutaj zechcę powtórzyć: „o Leonardo o Leonardo

nie wstydziłeś się chodzić z czerwoną kokardą

we włosach i bawić się ze mną jak z pieskiem”

LVIII. Piosenka o jarmarcznym kogutku

w złotej klatce byłeś

ptakiem nastroszonym

pięknopiórym jarmarcznym kogutkiem

w złotej klatce tańczyłeś

z ogniem zadawałeś się i z popiołem

niejedną noc aż przyszedł złodziej

i wykradł ci zęby a powiedziano iż cię

wyruchał tańczyłeś ze złodziejem

który cię na ostatek porzucił wtedy też

przyszedł jego wspólnik i wykradł ci włosy

powiedziano przeto prawdę iż tenże cię

wyruchał kiedy nie miał co ze sobą zrobić

LIX

niechaj będzie przeklęty

który do naszych wnętrzności

rzucił ogień choroby i piach

i wypełnił nas czym chciał

po stokroć przeklęty który nazajutrz

ognia nie stłumił swoim oddechem

ani się nas nie pozbył i znowu cisnął garść

piachu lecz nie na ugaszenie owych chorób

po stokroć przeklęty który zwał się

chłopcem a prowadził jak rozdziapisko

tenże to rzucił do naszych wnętrzności kilka szmat

gorejących lecz nie na ugaszenie owych chorób

LX. Nosiciele na schodach katedry

trędowaci oddali swoje ciała

najpiękniejszym z nas

niechaj żaden nie zdradzi przekleństwa

i niech nie waży się żyć

w otchłani innej aniżeli życie

choćbyś zgnił pierwej niż ten

który już nie zgnije od szemrzących

traw w twoich martwych ustach

trędowaci oddali swoje ciała najpiękniejszym

spośród nas pamiętaj narodziłeś się by żyć

w otchłani pełnej mrocznych plag

której nie wyczerpie nikt kto z tobą nie zasypia

LXI. Bojkot radia i telewizji w latach osiemdziesiątych

mój przyjaciel jest martwy i w ustach

jego ta ciemna woda co w ciemnościach

i w oczach ta ciemna woda co w bulgotaniu

gwiazd kiedy wybiegają nad miasto

z ust jego wyrywa się krzyk a zatem

bardzo ciemna woda która bulgocze

gdy się dobrze wsłuchać w sen i w komunikat

wydobyty ze snu o jaki trudno w radiu

i w ustach jego ta woda co w ciemnościach gada

wielkie rzeczy o jakie znowu trudno w radiu

iż wyłoniliśmy się z jednej sadzawki która jeszcze

dzisiaj śmierdzi w nas po wypiciu dykty2

LXII

przyjechałem do Lublina ponieważ tu jest

moje legowisko gdzie indziej również

mam siennik jeszcze nie wytrzęsiony po Leszku

i zapukałem do drzwi mojej dziewczyny

to dobrze przynajmniej znajduję

jego siki kiedy przyjeżdżam znikąd

zatem nie ulotnił się zapach moczu

odkąd uwierzyłem w świętość plam

przyjechałem do Lublina ponieważ tu jest

moje legowisko gdzie indziej również

znać plamy na materacu w które wierzę

kiedy wracam znikąd i chce mi się żyć

LXIII

od dwóch dni sposobię się

do drogi coraz więcej

węzełków i przerażenia tym

co kryją papiery

od dwóch dni zawiązuję i rozwiązuję

coraz więcej przerażenia

kiedy potykam się o coś niezbędnego

a to są znowu kamienie

tylko bym dźwigał wszystek dobytek

wyimaginowany i utracony zaś rękopisy z miejsca

na miejsce przenosił i przeglądał z dala

od ciebie i ognia: nic bym nikomu nie zostawił

LXIV. Piosenka dla burmistrza

przyszła śmierć do naszego miasteczka

i zatrzymała się z kancelarią w ruinach

piastowskiego zamku albo na błoniach

lecz dla takich jak ja brakło nawet ugoru

przyszła śmierć do naszego miasteczka

i zatrzymała się dla chłopców na piastowskim

zamczysku zaś dla dziewczyn na pastwiskach

by przypomniały sobie wszystkich mężczyzn

zakradła się śmierć do naszego miasteczka

i nie chciała z nami rozmawiać o telefonizacji

i gazyfikacji odsyłając nas znowu do burmistrza

lecz dla takich jak ja brakło nawet ugoru

LXV

czas jest ślepy i ślepe są wnętrzności

moje które wybiegają w przyszłość

czas jest bez przyczyny i ja jestem

bez przyczyny odkąd zachorowałem

który uwierzyłem iż zobaczę ciemność

w jej początkach i jasność

zarania na szpitalnym łóżku: „tutaj,

gdzie obracam swoje wnętrzności

jak młyńskie koło, mimo iż wybiegają

przed siebie, i nie wzywam pomocy”

czas jest ślepy i ślepe są wnętrzności

moje odkąd pozbyłem się choroby

LXVI. Elegia in obitum3

tę książkę czytał stary Bęski

który wczoraj został pochowany

ach Bęski Bęski coś ty czytał

zanim poszedłeś na Powązki

ach Bęski Bęski coś ty czytał

kiedy się ciemny wicher miotał

teraz leżysz na Powązkach

i nachylasz ku sobie gałązki

nachylasz ku sobie śpiew ptaków

zgarniasz listki papierki i piórka

ach Bęski Bęski czyś ty nie zdurniał

od tej jednej przeczytanej książki

Liber mortuorum

LXVII. Odpowiedzialność

mój przyjaciel jest martwy

i z martwych nie wstanie dzisiaj

mimo iż jest gotów

do dźwigania rzeczy utraconych

jutro znowu pójdę za nim

w głęboki oczodół tego samego

co ujrzałem wczoraj

i jeżeli zaniewidzę to dla garstki

łachmanów w których już go nie zobaczę

jutro znowu będę źrenicą

obróconą strasznie na siebie jak wtedy

kiedy się rodził i kiedy umierał

LXVIII. Nagły deszcz

martwy jest mój przyjaciel

a mój oddech z niego

a moje kości i moje ciało rozszczepione

nawet gdy nie wychodzę z domu

i nieprzygwożdżone są ręce moje

do rąk jego wysupłanych stamtąd

kiedy się chwytam braku powietrza

i nieprzygwożdżone będą fruwać

jak zapomnienie będą kaleczyć

moje ciało kiedy pójdę precz

i odczepiły się kości moje od kości

jego wpojonych w nagły deszcz

LXIX. Wycieczka do lasu

jak przyjedziesz od umierającej matki

(teraz mam usta pełne poziomek)

jak wreszcie wrócisz do swojego umierającego

gdzieżeś był zawołasz w progu domu

przez te wszystkie dni kiedy chorowałeś

(teraz mam usta pełne poziomek) więc gdy już

wrócisz uwalniając się od szpitalnych

prześcieradeł matki w które spowijałeś siebie

gdzieżeś był zawołasz kiedy moja matka

chorowała: będę milczał jakbyś mi nie śmierć

uczynił lecz świństwo tym zniknieniem swoim

a uczyniwszy nie wziął na wycieczkę do lasu

LXX. Wiadomość z ostatniej chwili

nie po to kończy się sierpień by umarła

moja matka której kupiłem perukę

nie mogę przyjechać i wierzgać przeciwko śmierci

która załatwiła sobie perukę tyle że nie nową

nie po to kończy się sierpień by umarła

moja biedna matka dla której śmierć

zechce rozczesać splot swoich niegdysiejszych

i teraźniejszych włosów jakimi porasta

powiadam iż śmierć nie przychodzi po matkę

lecz po włosy jakie nam od dawna wypadają

nie po to kończy się sierpień by wypadły nam włosy

które zresztą ile sił wpychamy sobie do gardła

LXXI. Źle skrywana wstydliwość

matka myje chore bardzo chore

nogi i mówi od rzeczy

zeświniłeś się mój synku

przeto zeświniło się

moje ciało i wycieka zeń woda

jaką we mnie wlałeś

mówi o czarnej wodzie na dnie

miednicy którą sprzątnąłem

przeto na dnie miednicy sposobi się

trochę czarnej wody to śmierć się rozbiera

i za chwilę ujawni parę żylaków

odbytu których nie lubi nikomu pokazywać

LXXII

wszystko to są rzeczy niepewne ziemia

i niebo to są wszystko rzeczy niepewne

od których uciekaj póki jeszcze

jest dokąd albowiem ta ciemność teraz

i ta ciemność potem jakiej nie próbuj

zawczasu dotknąć to zaiste dwa

przeróżne światy do których nie przykładaj

ręki jeżeli chcesz ujść cało

bo ta ciemność teraz i ta ciemność potem

to są wszystko rzeczy nie do pogodzenia

z którymi niechaj nic cię nie łączy chyba ze jest

coś o czym nie wiem

LXXIII. Na rogu Farbiarskiej i Szymonowica

na rogu Farbiarskiej i Szymonowica

sławnego lwowianina śpiewam tę pieśń

daj mi miłość korzeń wonny

jeżeli jesteś starcem i poradzisz sobie

z moimi kośćmi które są do pochwycenia

dopiero od paru lat jeżeli więc

jesteś starcem i podobam się twoim kościom

spocznij we mnie przed daleką drogą

i nic nie mów o zmęczeniu jakie cię

teraz czeka zaprawdę powiadam wam

kości tego starucha są nie do udźwignięcia na

Szymonowica i gdziekolwiek indziej

LXXIV

jesień już Panie a ja nie mam domu

kiedyś mieszkałem na Bocznej Lubomelskiej

dzisiaj zaledwie naprzeciw Przybylskiej

niechaj ją deszcz pozbawi oczu którymi wypatruje męża

niechaj ją deszcz zawiedzie do przytułku

w którym nie znajdzie dla siebie wygód

niechaj ją deszcz zawiedzie na cmentarz

i pozbawi oczu którymi wypatruje męża

kiedyś istotnie mieszkałem na dziesiątym piętrze

dzisiaj zaledwie w sąsiedztwie z Przybylską

niechaj deszcz nie da jej miejsca w przytułku

i ani jednej rzeczy z tych co dawniej

LXXV

jesień już Panie a ja nie mam domu

kiedyś mieszkałem na Bocznej Lubomelskiej

dzisiaj zaledwie naprzeciw Przybylskiej

która przybywa jeżeli skądkolwiek przybywa to z piekieł

z samych piekieł przychodzi Przybylska

jeżeli stamtąd diabeł może się wyprawić

skądkolwiek przybywa ona w moje

sąsiedztwo muszę się jednako niepokoić

albowiem nieprzyjaciel wypytuje o mnie

po ludziach zaś Przybylska nie milczy

z samych piekieł przychodzi Przybylska

znać to po jej frywolnych sukienkach

LXXVI. Po dzień dzisiejszy

groby Dyckich Argasińskich i Hryniawskich

w których nie ja jeden zresztą jestem zamknięty

i gdzie nie spojrzeć grób Helenki Bojarskiej

choć jeszcze wczoraj wykradaliśmy się do lasu

po dzień dzisiejszy zbieramy grzyby liście paproci

nade mną i drzewa z których potem będą szybkie trumny

lecz nie będzie przyjaznego cienia żebyśmy mogli pokazywać

nasze ciała nie pokazując nikomu więcej owłosionych miejsc

a teraz groby Dyckich Argasińskich i grób Helenki

zbyt ciepły aby o nim pamiętać i pisać że taki inny

pośród tamtych zbyt swojski odkąd jestem tutaj

zamknięty nie ja jeden zresztą przed samym sobą

LXXVII. Kobieta z radioodbiornikiem

można odczepić się domu ale żeby nie mieć

swojej śmierci i zmarłych z którymi daje się

zamieszkać na warszawskim dworcu

jeżeli dom podupadł albo się nie ziścił

doprawdy nie chciałabym żyć bez swoich

zmarłych dlatego codziennie przychodzę na dworzec

by porozmawiać z ludźmi którzy mają wszystko

(„nawet złote zęby nie próchniejące na wietrze

i deszczu choć podobno i złoto czarnieje gdy brak kilku

przednich”) lecz nie mają wypisanego w oczach

przerażenia sobą które im podrzucam do poczekalni

kiedy cała się uśmiecham na widok ich bagaży

LXXVIII. Niebezpieczeństwo

place są puste jak listopad

jak ty i ja i wiersze za którymi biegam

po owym placu wczoraj wziąłem

pieniądze i wnet uciekłem od siebie

wystarczy zatem na wypad

w Polskę i dobrą książkę przedwczoraj też

wziąłem za ekstrawagancję (to jest

umiem się brać za instrumenty stare i zepsute)

a więc place są puste jak listopad

i jego instrumenty stare i zepsute

mogą w zakamarkach moich rąk i nóg

przespać się do jutra

LXXIX

dawniej kiedy umierał stary Dycki

w domu twoich dziadków myślałeś

to nieprawda że w jego śmierci może być

ktoś z kim nie byłeś na podwórku

teraz zaś kiedy stygło ciało Leszka

a słońce rozpoczynało swoją wędrówkę

gdzie indziej aniżeli my skupieni

w domu żałoby wokół własnych krzyków

myślałeś to nieprawda że w jego śmierci

może być ktoś z kim nie byłeś dotąd

poróżniony bo nawet słońce szuka z tobą zaczepki

kiedy się w sobie zamyka do jutra

LXXX. Upał

płakaliśmy po osiemnastoletniej Bojarskiej

nic nie rozumiejąc z jej osiemnastu lat

pogrzebanych zbyt nagle żeby nie szukać winnych

tej śmierci na pożółkłych fotografiach

wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy iż stoimy

na lubaczowskiej drodze by pochować

Bojarską w skwarze popołudniowego słońca

które wybiegło skądiś i położyło swoje

ręce na otwartej trumience i bawiło się

sobą w uśpionych włosach Helenki

jakże wesoło bawiło się słoneczko w uśpionych włosach

Helenki i zachęcało nas do wejrzenia w głąb siebie

LXXXI. Przebudzenie

dzisiaj znowu śniłem

twoją śmierć jeżeli można śnić

na stancji pani Mościckiej

to dzisiaj znowu widziałem

twoją śmierć o ile to nie była

pani Mościcka cała w swej ozdobie

i mogłem wykrzyknąć ach to ty to ty

skąd się wziąłeś nie mówiąc

nic i skąd się weźmiesz jutro gdy się

zdziwię to ty to ty a co ty masz

do powiedzenia że mi się przyśniłeś

bez ust albo że ci z ust śmierdzi

LXXXII. Manifestacja

na dziedzińcu uniwersyteckim

mokną nikomu już niepotrzebne ulotki

choć nie dalej jak godzinę temu

studenci wznosili nieprzyjazne okrzyki

albowiem państwo jest niefortunne i grzeszy

czymś na kształt posuchy mając tyle

kości przodków i wiązkę kości profesorskich

którzy również wznosili nieprzyjazne okrzyki

kto wie czy nie najgłośniej albowiem nasze państwo

jest sprzedajne mając tyle kości przodków

a przede wszystkim wiązkę owych profesorskich

które codziennie zabieram z wykładów

i wyrzucam za siebie

LXXXIII. Nieśmiałość

to nieprawda że przyjaciele chorują

na raka i umierają w samo południe

ich twarz nie zmieni się nawet o mgłę

którą nakładamy w ślepe miejsca

przyjaciel ma zawsze usta przez które

kości jego wołają i będą wołać

może teraz gdy leżymy obok siebie

spodziewając się przyjścia kogoś

kogo nie znamy jego usta rozstąpią się

cudownie i wzbudzą we mnie

kamień głodny który jeszcze dzisiaj

rzucę w okno twojej sypialni

LXXXIV. Pieszczoch

może teraz kiedy leżymy obok siebie

spodziewając się (oprócz zmęczenia naszą

obecnością) przyjścia kogoś kogo

nie znamy: jego usta rozstąpią się nagle

więc może teraz gdy dotykamy zachłannie granic

naszego ciała które są nieskończenie

bezpieczne tylko dzisiaj w łóżku w granicach

tych dźwigając także (oprócz zmęczenia naszą

obecnością) nieobecność kogoś kogo usiłujemy

pokochać: jego usta rozstąpią się nagle

i wzbudzą we mnie kamień głodny z którym się

zabieram do pieszczot ilekroć jestem z tobą

LXXXV. Znak z nieba

śniłem deszcz jaki zwykle nawiedza

mężczyznę i kobietę gdy idą we dwoje

nie istnieli w tym śnie

lub tak bardzo związali się ze sobą

i chłonęli ów deszcz że nie mogłem odejść

nie było ich lecz wydzielali pot gubili się w czarnej

albo czerwonej roślinności dalekiego

wybrzeża u którego stałem trzy dni i trzy noce

trzy dni i trzy noce oczekiwania na deszcz (znak

z nieba by porzucić ziemię) oni zaś wyśmiewali moje

przykurczone ręce i nogi lecz rozproszyli się

zaraz gdy się przebudziłem aby im dać siebie

LXXXVI. Rekolekcje w 1988 roku

otóż poezja przypomina ci klasztor ojców

karmelitów bosych w Czernej

czystość i łagodność młodzieńców którzy tu

wstąpili by obmyć ciało

z miłości własnej i z grzechu matki

bo to grzech główny mieć matkę ziemską

którą można wysławić jednym tchem

i zgubić w tłumie niewiast co ciągnie do nieba

zatem poezja przypomina ci klasztor ojców karmelitów

w Czernej skoro karmi się tobą od początku twoich dni

gdy byłeś jeszcze grzechem w postaci czystej i to

zaledwie dotykanym przez sprośnych rodziców chrzestnych

Kamień pełen pokarmu

LXXXVII

moi przyjaciele Zbychu i Andrzej

od dawien dawna piszą wiersze

znowu więc nie zrozumieliśmy Pana Boga

który się do tych wierszy przykłada

(i to jeszcze jak) moi przyjaciele

Zbychu i Andrzej poprawiają skórę słońca

księżyca i deszczu co się mieni

na wiecznie niedoskonałym wężu w ich

ustach którego im zazdroszczę przy pocałunku

bo ich język znacznie więcej wypowiada

aniżeli mój zawsze zaśliniony i zadowolony

z siebie gdy go wpycham do nie swoich ust

LXXXVIII

moi przyjaciele Zbychu i Andrzej piszą

wiersze znowu więc nie zrozumieliśmy

Pana Boga który nie rymował ale świat

stworzył ani trochę ułomny

ani chybi ułomny jeżeli idzie o nas

moi przyjaciele Zbychu i Andrzej piszą

wiersze poprawiają zatem i to

jeszcze jak skórę słońca księżyca

i deszczu która się mieni na wiecznie

niedoskonałym wężu w ich ustach

w ich ustach pod postacią pocałunku zamieszkał

ów wąż co nas wnet gładko wyślizga

LXXXIX

powiadam wam iż zamknie się wnet

niebo jak wieko trumny i nikt

znikąd nie wyjdzie i donikąd nie wejdzie

aby pozamiatać posprzątać

jeszcze raz narobić na wypadek

gdyby było po nas za czysto

Pan Bóg natomiast niczego nie zechce

bo cóż może chcieć oprócz duszy

której nie mamy w sobie ale w Nim

i tak jest od dnia narodzin po dzień dzisiejszy

gdy każdy musi pozamiatać posprzątać

i na wszelki wypadek jeszcze raz zrobić pod siebie

XC

dopiero wypłakaliśmy oczy po tobie

Helenko i po tobie Stasiu a już znowu

śmierć prowadza się z nami

i upija nas w tej nie istniejącej karczmie

Hryniawska mówiła że „jak gadzina

przychodzi i bierze przychodzi i bierze

upija nas w tej nieistniejącej karczmie

u Żyda który również gdzieś przepadł”

doprawdy Hryniawska wie co mówi

gdy od miesięcy niedomaga i płacze

„śmierć prowadza się z nami

albo i bez nas ciągnie od karczmy

do karczmy żeby zachłysnąć się sobą”

XCI

to nieprawda że przyjaciele chorują

na raka odbytu i umierają w samo południe

gdy tylko uciekniemy w nieistnienie w krąg

własnych jeszcze mocno zasupłanych spraw

żeby odpocząć od ich nieurywanego krzyku

to nieprawda że w ich krzyku cichnie

Pan Bóg i ptaki zaglądałem do oczu umierającego

lecz udał że mnie nie widzi i ja powiedziałem

że go nie dostrzegam pośród jego ubywania

ale to nieprawda że on mnie nie widział

zza góry tego wszystkiego co już z siebie wyparł

wydalił jakby w przeczuciu innych możliwości

XCII. Wakacje

dni płyną korytarzem tylko jednej malej

rzeczki albo wszystkich rzek naraz gdy wchodzę

z tobą do wody (każdy wchodzi do swojej

Sołotwy) jestem jeszcze młody i wynurzę się kimś

kim pewnie nie będę podczas tegorocznych

wakacji gdy wchodzę z tobą do wody w długich

atramentówkach jestem jeszcze dziecinny

i nie znam smaku złej przygody i żegnam się

na widok nieczystości co wybijają z pobliskiego

szpitalnego szamba lub prędzej biorą się ze mnie

lecz ja o tym nie wiem o niczym nie wiem dopóki

dopóty nie wynurzę się kimś kim nigdy nie będę

XCIII. Przyjście i odejście

dzisiaj w przemyskiem brakuje mi ciebie

choć jestem w twoich portkach

brakuje mi ciebie i chętnie zapomniałbym

że w spodniach mam dziurkę na dziurce

choć przede wszystkim jestem w twoich portkach

strasznie zniszczonych i nie wstydzę się łat

na tyłku którym znaczę swoje przyjście i odejście

to także chodzę w twej pozaszywanej kurtce

chętnie więc nie zapinałbym rozporka

mocą którego znaczę swoje przyjście i odejście

nie tyle swoje co śmierci która wyobraź

to sobie wcale nie siusia w ciemno

XCIV

ślepniemy głuchniemy od byle poruszenia

wiatru i deszczu krzycząc nie tego chcieliśmy

nie chcieliśmy deszczu którym nasz wiersz

nie chlupie w ustach wiecznych przechodniów

choć słychać go przy każdym odplunięciu

czuć go w powietrzu zgniły zapach deszczu

biorę za dobry początek i zgniły zapach wiatru

co ciągnie od popegeerowskich zabudowań

(odrzucam bowiem natchnienie) Panie spraw

aby nasze wiersze nie męczyły się dłużej

od zepsutych jaj zgniły zapach deszczu wchodzi

we mnie przez sen budzę się nowo narodzony

i odrzucam czyste natchnienie

XCV

siedzimy trzymając się za ręce

o tak trzeba odejść i trzeba zostać

będę ją jeszcze widział

długo w zakratowanym oknie

z ulicy dam jej znak by odpoczęła

ode mnie nie mówiąc o tym lekarzowi

powiedziałem jej że przyjadę jutro

i pójdziemy na boisko będziesz niosła

swój garb niczym piłkę i naśmiewać się

z mojego nie mówiąc o tym lekarzowi i słońcu

gdyż kopią przeciwko nam jedną i tę

samą kulę ognistą ze szpitalnych szmat

XCVI

codziennie umiera ponad 1000 chorych

i jutro drugich tyle pójdzie w dym

Ty jesteś Panie w gniewie swym nieskory

i powściągliwy jest Twój gniew

Ty jesteś Panie nasza łódź odwieczna

co nas wybawi od martwego brzegu

i na wodach morskich wzywasz nas na jeszcze

większą głębię wciąż bliżej siebie

codziennie umiera ponad 1000 chorych

i jutro na drugie dwa tysiące spadnie

Twój wszystek deszcz ognia a to

nie to samo co deszcz i ogień z osobna

Przypisy:

1. waleta (z łac.) — utwór literacki będący wypowiedzią na pożegnanie. [przypis edytorski]

2. dykta — prawdop.: denaturat. [przypis edytorski]

3. elegia in obitum (łac.) — elegia na odejście (na śmierć). [przypis edytorski]