Słońce powstanie znowu...

...Słońce powstanie znowu, i źrenica chora

Chce wierzyć, że nie będzie to słońce czekane:

Odmłodzona straszliwie, zbyt znana aurora,

Której się nie spodziewam, której czekam jeszcze,

Ta, co miłością karmi piersi głuchych ranę!

Na próżno: wiem; okropna pewność mnie pożera,

Szlochy, zdumienie, żądze, wszystko jest stracone

Po ostatnie zwątpienie: wiem. Ach, wiem to z góry,

Z jakiego punktu tryśnie piórem ruch wichury,

Co jutrznię wyprowadzi na kręgi zielone.

Wiem. Znam każdy szczegół tego widowiska,

Znam chwilę najdokładniej, gdy legnę w ekstazie,

Jak znam krzyki, którymi warga twoja pryska

Pod pieszczotą mej dłoni, o, bóstwa obrazie,

Miłowana, naczynie pijaństwa, urody,

Której wszystkie pęknięcia znam na pamięć, młody!

— O, ty, słońce odmienne, cóż wiesz! — Głupia pycho,

Mądrości, o, sumienia żalu, żywa żmijo:

Zamilknij! Pragnę oto głód nakarmić licho,

By go oszukać sercem; wybladły, bez wiary,

Naiwnością bezbronną kształtuję koszmary,

Buduję rusztowania fikcji niedorzecznej,

Lecz rozumnej: na szczycie trwam, błogi i sprzeczny.

Niech źrenice rozszerzę, odemknę powieki!

Biedne dziecię! Wydąłem mózg mój, jak pęcherze,

Oglądam go miłośnie, jak balon daleki:

Śliczną kulę na niebie! I przez chwilę wierzę,

Że to cały jest wszechświat, odmłodzony, nowy!

Zasklepiam się w nim (oto rojenia) i pęka

Wszystko i zmywa głupio swą plugawą falą

Mą wielką duszę, która wraca i przyklęka,

Woń rozpoznając wody, zakutej w okowy.

Światło, światło niebiańskie, jak twe blaski palą!...