Noc była

Głęboko w mroku duszy naszej ryje

nieznany nam, drapieżny dziki bies.

Bywa, znienacka tułów rozprostuje,

naszego świata słonecznego dno

maca po ciemku, wstrząsa kolumnami

i łeb ognisty wystawia przez szparę.

Ale się kurczy, światłem dnia oślepion,

i znów opada w siebie, niepobity.

Noc była. W długiej i dusznej komnacie

stałem, gdzie umierano. Schrypłe jęki,

rzężenia jeno słysząc. Pasma sine

przez okiennice rzucał drwiący księżyc

długim szeregiem poza cień pilastrów.

Te ukrywały łoża: były ciemne,

rozpoznawalne przez palców dotknięcie.

Schylony blisko, nagle się zatrząsłem

obłędnym śmiechem — oplątany w całun,

bielejąc, wystąpiłem z gęstych mroków

w światło jaskrawe, w nadto widny poblask,

i, jak duch śmierci, skinąłem ku chorym.

Wrzask rozdarł wargi, ów wstecz się odrzucił,

a tamten w febrze drgał, dreszczem agonii

miotany, czkając. I tak umierali.

A ja przez ciemność z wolna się skradałem,

na czoła kładąc dłoń, aktor nikczemny,

czekając skurczu ust, wzbicia się jęku.

I znów stąpałem. Oni, wrzeszcząc, marli.

Aż wreszcie z krtani zdławionej mej runął

krzyk ponad wszystkie — to wrzeszczało piekło.

Wtedy zbudziłem się w szczebiocie ptaków.