Palma

Wyrosła tak wysoko, jakby ujrzeć chciała,

Jak się żółta pustynia szeroko rozlała,

Jakby głowę tęskniącą chciała ukryć w niebie

I rzadkim gościom — chmurom, miała coś wyszeptać...

Jakby piasek pustyni uprzykrzywszy deptać,

Dużo wiatru, tam, w górze, chciała schwycić w siebie.

Na jałowej pustyni stoją palmy drżące.

Opuściły na wiatry bujnych pęki włosów

I czekają, czekają z pustyni odgłosów...

Jak dusze na pustkowiu tej ziemi tęskniące.

Czekają. Coś się zbliża... To wiatr pędzi z dala

Tuman piasku i niesie cichy jęk szakala.

Zresztą nic. Do zachodu słońce kładzie głowę

I uśmiecha się słodko na dobranoc ziemi,

Niebiosa się tiulami pokryły złotemi

I cienie wypełzają w góry szmaragdowe...

Słońce jeszcze raz blaski jasnymi sypnęło

I na skraju pustyni w piaskach zatonęło.

Beztreściwa pustynio! twoje wyschłe łono

Wydało wielkie palmy, gdzie trawy nie rosną,

Gdzie wiater kwiatów bladych nie zaniesie wiosną;

Wystrzeliła pod niebo zieloną koroną

Tęsknota, córa pustyń, widoczna z daleka

Jak sztandar opuszczony — i czeka, i czeka.