Od mroków nocy do białego ranku...

Tak! — ja się modlę, chociaż się nie ścielę

Twarzą do zimnych marmurów w kościele

I krzyżem piersi mej nie znaczę ręką.

Lecz ja się żegnam serca mego męką,

Modlę się myśli obłąkanych drżeniem,

I tym wewnętrznym mej istoty bojem,

I całym moim ogromnym zwątpieniem,

I całej duszy mojej niepokojem...

I tę modlitwę sprawiam bez ustanku,

Od mroków nocy — do białego ranku!

Tak! ja się modlę — całą mą rozpaczą,

Że wyjść nie można z zakreślonych granic

I że żałować próżno tych, co płaczą,

Bo i ta żałość, i ten płacz ich na nic,

Bo i uśmiechy, i łkania ich gardła —

To wszystko zejdzie w jedną zgniłą trumnę...

I że to wszystko jest takie rozumne!

I że w rozumie tym litość umarła!...

I tę modlitwę sprawiam bez ustanku,

Od mroków nocy — do białego ranku!

Tak! ja się modlę, kiedy tarczą złotą

Księżyc wypłynie z gwiazd łzawych namiotu,

To ja się modlę szaloną tęsknotą.

Tą niepojętą, prawie bez przedmiotu;

To ja się modlę smutku mego mrokiem,

Poczuciem pustki bezmiernej ogromu,

To ja się modlę rozżalonym okiem,

Że jestem obcy w rodzinnym mym domu!...

I tę modlitwę sprawiam bez ustanku

Od mroków nocy — do białego ranku!

Tak! ja się modlę mych myśli polotem

I świadomością, jacyśmy ubodzy,

I tym wysiłkiem, z którym, myśląc o tem,

Muszę me myśli wstrzymywać na wodzy,

Aby nie pękło rozumu ognisko!...

I straszną trwogą śmiertelnej agonii,

Żem jest przepaści obłędu tak blisko,

Gdzie ster rozsądku pryśnie w mojej dłoni!

I tę modlitwę sprawiam bez ustanku

Od mroków nocy — do białego ranku!

Tak! ja się modlę mym spod serca śmiechem

Nad nędzą świata i nad nędzą własną,

I pałającym modlę się oddechem

Starganej piersi, gdzie łkania nie gasną,

Gorącą żądzą nieznanej pieszczoty,

Harmonią pieśni zaklętej w wyrazy,

Całym szaleństwem namiętnej ekstazy,

I dysharmonią mej własnej istoty!

I tę modlitwę sprawiam bez ustanku

Od mroków nocy — do białego ranku!

Tak! ja się modlę i modlić mam prawo,

Choćbym nie słuchał niekrwawej pamiątki,

Kiedy w mym sercu noszę mękę krwawą

Bólów, co przeszły, i przyszłych początki,

Kiedy się modlę własnej krwi pożarem,

I krzykiem skargi, która płynie ze mnie,

I myśli moich rozpętanym gwarem,

Które mi szepcą, że wszystko — daremnie!

I tę modlitwę sprawiam bez ustanku

Od mroków nocy — do białego ranku!