Dźwięki minionych lat
Przyjaciołom wieszcza wydawca
Póki chodził między nami, kochaliśmy go, i miłość ta codzień wzrastała; bo ileżto doznawaliśmy słodyczy i przyjemności w jego towarzystwie, a jak chciwie i z jaką roskoszą słuchało się jego pienia, które i zmysł słuchugłaszcze, i uczucie błogością napełnia, i myśl oprowadza po nieskończoności przestworze!
Od dziesięciu lat zstąpił pod ziemię..... gęśl zamilkła; i czy się kiedy ozwie, Bóg tylko wié! Dla nas tedy pociechą po stracie serdecznego druga, prócz nadziei milszéj przyszłości, jedynie te dźwięki, ale dźwięki, w których się cały ówczesny duch narodu dobitnie wyraża. Wtedy w istocie tak się czuło i tak się myślało. Źle czy dobrze, mniejsza o to teraz, bo o tém tylko poźni potomkowie nasi sprawiedliwie będą mogli wyrokować; dość, że on tylko to po swojemu wypowiadał, co wnętrze narodu w sobie mieściło, a zatém dźwięki te są listkiem z księgi dziejów życia rodzinnego.
Styczeń 1848 r.
Wstęp do pieśni z 1835 roku
Odgłos pijanéj piosenki,
Kilka powiędłych pamiątek,
Słabych jako blask jutrzenki,
Jak niewieścich uczuć szczątek,
Słabe ramię, mocne czucie,
Pienie dziecka, pienie męża,
Dziwne myśli w dziwnéj nucie,
Śpiéw słowika, szczęk oręża,
To szyderstwa uśmiéch dziki,
To męzkie pienia bojowe,
To wesołości okrzyki,
To rozgłosy pogrzebowe,
Wszystko, co boskie, piekielne,
Co istniało, nie istniało,
Co nikłe, nieśmiertelne,
Po mojém sercu przebrzmiało.
A z tego uczuć chaosu,
Z tych żywiołów różnorodnych,
Powstała pieśń bez odgłosu,
Złożona z dźwięków niezgodnych.
Lecz jak robak żyje w pleśni,
Tak myśl moja nie zwiędniała,
Zielono żyje w méj pieśni,
Cały światby objąć chciała.
Więc niech brzmią niezgodne tony,
Niech się przykrym ozwą jękiem!
Ja znowu naciągam stróny,
Będę puszczać dźwięk za dźwiękiem!
Między ziemią a rajem
O bracia! wyznać nam trzeba,
I wyrzec słowy świętemi:
«Że kształty pochodzą z ziemi,
Przymioty darem są nieba!»
Patrz! tu dźwięcznie w pustéj ciszy
Strumyk swe skargi rozwodzi,
A tu trawka, którą chłodzi,
Wiosnę czuje, skargi słyszy;
Ten poważny śpiéw strumyka,
Ta trawka, co woni majem,
Zawieszają śmiertelnika
Pomiędzy ziemią i rajem.
Bo bracia! wyznać nam trzeba,
I wyrzec słowy świętemi:
«Trawa i woda są z ziemi,
Lecz woń i podźwięk są z nieba!»
Jak anioł piękna kobiéta,
Postać jéj wiosną się śmieje,
Uśmiéch na ustach zakwita,
I śmielszy w oczach jaśnieje;
Ta postać, co nas przenika,
Oko, co śmieje się majem,
Zawieszają śmiertelnika
Pomiędzy ziemią i rajem.
Bo bracia! wyznać nam trzeba,
I wyrzec słowy świętemi:
«Że całe ciało jest z ziemi,
Usta i oczy są z nieba!»
Twórczéj sztuki arcydzieło
Duszę w objęcia ujęło,
I błyszczy perłą zapału,
Jak wiosna rosą z krzyształu;
Ta sztuka, co nas przenika,
Ten zapał, co błyszczy majem,
Zawieszają śmiertelnika
Pomiędzy ziemią i rajem.
Bo bracia! wyznać nam trzeba,
I wyrzec słowy świętemi:
«Że sztuka pochodzi z ziemi,
Zapał odblaskiem jest nieba!»
Przechadzka wieczorna
Natura, jak kobiéta ładna i światowa,
Co się w dzień napieściła pieszczonemi słowy,
Zalotnie słania ciało powabne; jéj głowa
Téż się słania, bo ziemskie jéj ciężą okowy;
Rzuciła dzienne gwary i kłamane słowa,
Z boską pogodą lica śni sen nieświatowy;
Złote oko, choć w splotach warkoczy się chowa,
Strzela iskrami życia i wdzięk rodzi nowy.
Ja jestem jako muszka natrętna, brzęcząca,
Chcąca wszystko przepatrzyć, co wlata na skronie,
I ze skroni ucieka; a gdy pierś gorąca
Ją znęci, to przylata i siada na łonie.
Lecz i pierś jest za zimna, choć ogniem płonąca,
Więc wlata na usta, i w całunku tonie!
Przechadzka przed świtem
Przyrodo! tyś kobiéta z wejrzeniem dziewiczém,
Tchnie pierś twoja niewinna boską wonią kwiatów,
Zorza cię przywitała ciekawém obliczem,
A tyś się zapłoniła rumieńcem szkarłatów!
Łza błysnęła ci w oku, a pieniem słowiczém
Tyś modlitwę posłała do Pana wszech światów!
Nie płacz śliczna dziewico, ach! nie trwóż się niczém,
Spoczywaj, luba! błogo na łożu z bławatów.
Ja twój wierny kochanek, ja nie zbudzę ciebie,
Pozwól tylko z twych ustek, z róży oddech chwytać,
Na twych piersiach łabędzich spoczywać jak w niebie,
O twoje sny milutkie Pana Boga pytać;
A kiedy z lubych marzeń powrócisz do siebie,
Słodkiém cię uściśnieniem na dzień dobry witać!
Dwie
— Tyś jest jako cedr Libański, kołysany wiatrem.
— A ty jako róża doliny Sarońskiéj, która mile patrzy.
Wschodnia powieść.
Jakże noc jest powabną, gdy w uroczéj cisze
Cały się przestwór myślą niebieską kołysze,
Jak pierś dziewicy, która piérwszą miłość marzy.
Jakże noc jest powabną, gdy cała się żarzy
Tysiącem złotych oczu patrzących tak śmiele,
Jak twoje złote oczy, mój ziemski aniele!
I ty się smutno śmiejesz z za chmur, o księżycu!
Jak słaby ziemski uśmiéch na nieziemskiém licu.
Blada pozłota nieba miga się śród fali,
Co się kręcą wężykiem i giną w oddali,
Pomiędzy gaje ciemne, gdy je noc omroczy,
Smutno, jak biała wstęga śród kruczych warkoczy.
Czarownie! jednym wielkim i mglistym obrazem
W zamąconym umyśle snują mi się razem
Strumienie, gaje, wiatry, i nieba kagańce,
Tak nikłe, jak powietrzne rajskich dziewic tańce.
Cóż, gdy słucham, jak dziwnie w powietrzu ulata
Różnobarwnemi dźwięki harmonia wszech świata!
Śród zagwiazdnego wzrok mój wlepiwszy obszaru,
Tak jak śpiewu kochanki słucham niebios gwaru.
Ja już harmonią nocy me zmysły uśpiłem,
Jam już duszę upoił ułudzeniem miłém;
I za cóż pośród morza harmonii, lubości,
Duszno mi jak po piérwszym całunku miłości?
O i dzień jest powabnym: i dzień złotolicy
Gdy się uśmiecha myślą niewinnéj dziewicy;
Włosów jasnych pierścienie ztoczywszy z wysoka,
Spogląda cudnym blaskiem niebieskiego oka.
Jak mu ładnie w zielonéj murawy sukience,
Jak przyjemnie go stroją polnych kwiatów wieńce!
O dniu! co wonisz myślą dziewiczą, niebieską,
Ty nas bawisz uśmiechem i zasmucasz łezką.
*
Jedna niebo ma w oku: jéj włosów pierścienie
Pogodném błyszczą światłem, jak słońca promienie,
Jak dzień powabna, dziwnym na nas blaskiem ciska;
A druga, jak wschodniego raju oddaliska,
Na czarném tle tysiącem świetnych gwiazdek błyska,
Jako zamrok jéj uśmiéch, jak księżyc spojrzenie.
Gdy i jedna i druga ma wdzięki aniele,
Któréj serce mam oddać? mówcie przyjaciele!
Lauretta
Jabym chciał wiecznie patrzyć w twe oczy,
Wiecznie w usta różane,
Wiecznie w lica rumiane,
I wiecznie w sploty kruczych warkoczy.
Jabym chciał wiecznie przy tobie siedzieć,
Wiecznie z tobą być,
O świecie, Bogu, ludziach nie wiedzieć,
Pocałunkiem żyć.
A tak niepomny zimnego wszechświata
Tonąć w twojém spojrzeniu,
A w niebieskiém złudzeniu
Przemarzyć słodko chwile i lata.
Chciałbym..... lecz na cóż o ideale
Jako o ziemskiéj mówić dziewczynie?
Ja nie ostygnę w miłości zapale,
Chociaż ty mieszkasz w ułudzeń krainie!
Ułamek
Ładna łąka w zielonéj sukience,
Ładne dziéwczę z czarnemi oczyma!
Łąka w kwietne ustraja się wieńce,
I rozpuszcza strumyk po sukience;
Dziéwczę okiem przywabia młodzieńce,
Wabi, więzi i w sercu zatrzyma.
Ładna łąka w zielonéj sukience,
Ładne dziéwczę z czarnemi oczyma.
Gminna ochota
Jeśli cię kiedy płaska salonów rozmowa
Lub gwar kłamany jasnych panów znudzi,
Bracie! chodź ze mną między gminnych ludzi,
Szczéry tam uśmiéch, nieobłudna mowa.
Bo gminny człowiek czy gniewem się żarzy,
Czy w przyjacielskie obejmie ramiona,
Zawsze mu widno z ruszenia i z twarzy,
Że to mówi, co myśli — co myśli, wykona.
A gminna dziewica gdy ci się zaśmieje,
I gdy przysięgę powtórzy rumieńcem,
Możesz, o bracie! mieć pewną nadzieję,
Że już się z innym nie bawi młodzieńcem;
I w chwilę potém, jak się zarumieni,
Nie drwi z twych przysiąg i z twoich płomieni.
Sylf
Ostry gdy poświst jęczy po lesie,
Hukiem zniszczenia w drzewa kołacze,
Liściem Sylf szumi, wiatrem żal niesie,
I rosą zapłacze.
Burza z wściekłością walczy i jęczy,
A Sylf znów teskno dzwoni i nuci,
Póki go żywne słońce z za tęczy
Do życia nie wróci.
Jeśli go ciężar burzy przygniecie,
Żegna ze łzami gaik kochany,
Ginie w ukryciu, jak żył na świecie,
Niewiestny, nieznany.
Jam raz podsłuchał w słotny czas w gaju,
Aż do łez gorzkich jam się zasmucił,
Gdy pieśń aniołka o ziemskim raju
Poświstom zanucił.
Mówił: «Zostawcie pląsy niewinne,
Miłą z strumykiem czystym pustotę,
Z wiérzbą mą siostrą śmiechy dziecinne,
I z różą pieszczotę.
Miękką kołyskę z mchu na posłanie,
Wierną zasłonę z drzew na wiatr ostry,
I.... już mi tylko umrzeć zostanie
Na łonie méj siostry!»
A jam pomyślał: wieszczu nieznany!
Liczne poświsty ciebie owieją,
Wyrwą z łodygi kwiatek różany,
I listki rozsieją.
Kiedy cię czarna burza owionie,
Smutny płaszcz śmierci gdy cię okryje,
Ty pieśń łabędzią zadzwoń przy zgodnie,
Ta ciebie przeżyje.
Utęsknienie
Do Frańciszka Żyglińskiego
o mi po życiu?... cięży mi życie.
Jam życie przebiegł goryczą;
Jam ciągle płakał, jam płakał skrycie,
Jam pieśń przepłakał słowiczą.
Jam myślał: życie przenucę,
Przenucę jak sen dziecinny,
I po wesołéj pielgrzymce wrócę
W kraj niebieski, w kraj rodzinny.
O! jakże w grobie błogo mi będzie!
W świecie czystym, nieskażonym,
Śnić będę lubo w miłym obłędzie,
Śnić będę snem nieprześnionym.
Wesoło zgasnę przecierpiawszy tyle,
Choć nie zostawię ni sławy, ni wieści,
I tylko wierzba przy méj mogile,
Gdy zasnę, temi słowy zaszeleści:
«Złożył tę cichą, krótką piosenkę,
Co tak w serce trafia cudnie,
Wieszcz, który widział tylko jutrzenkę,
I zgasł, nim przyszło południe.»
Dolina Mnikowska
pod Krakowem
Ztąd o dwie mile, w zachodniéj stronie,
Śliczna Mnikowska dolina
Wypieszcza kwiaty na swojém łonie,
Jak młoda wiejska dziewczyna.
Między skałami, jak łza po twarzy,
Jak wąż na posłaniu z kwiatów,
Tam przez sena gada i ciągle gwarzy
Strumień na łożu z bławatów.
A w prawo, w lewo, skaliste grody
Strumień w objęcia chwyciły:
Zamkito z głazu, herbto przyrody,
Związek harmonii i siły.
Tam w dni świąteczne w wiosennéj porze
Jadą paniątka z Krakowa,
Ażeby ujrzeć, żal się mój Boże!
Uroczą dzikość Mnikowa.
Jadą więc, jadą wygodnym koczem,
I przyjeżdżają w południe,
Przez chwilę patrzą, pochwalą, poczém
Mówią, że na wsi jest nudnie.
Więc przywiezione wypiwszy wino,
Wracają znowu do miasta;
Ach! nie dla takich, śliczna dolino!
Twe łono trawą porasta.
Ten tylko godnie wielbi twe wdzięki,
Kto pieszo zwidza twe skały,
Kto z ich wierzchołka wschodu jutrzenki
Ogląda widok wspaniały;
Kto się nie boi, żeby kamienie,
Ciernie lub urwiska skały
Rozdarły jego modne odzienie,
I białe ciało zdrapały.
Pieśń wiślańska
Szum wśród wiślańskich łamie się fal,
Cichszą już nutą zapada w dal;
Moję téż lutnią dźwiękiem Bogdana
Z lekka kołysze myśl obłąkana.
Każdy błędniejszy, niezwykły szał,
Moc czarodziejską jak gdyby miał,
Brzęczy po strónach, a głos w dolinie
Brzęczy i z Wisły nurtami płynie.
Płynie nurtami i staje tam
Myślą, gdziem często błąkał się sam,
Staje, poznaje, z przeciągłém drzeniem
Wita ostatniém kraj swój wejrzeniem.
Tamto nad brzegiem Wisły mój kraj,
Równy, zielony, ziemskito raj!
Uczuć tysiące, wspomnień tysiące,
Skacze po każdéj sciéżce i łące.
Błonie kwiecone, długie jak step,
W górze niebieski, przejrzysty sklep,
W pośród doliny Wisła, jak tęcza,