Polski strajk

...Przede wszystkim powiedzieć mu, że nie jest sam... Kassner szukał słów, liczył na palcach: musiał mówić językiem, w którym dopiero sylabizował, przed chwilą wtór tamtego pomógł mu. Ale już słyszał: NABIERZ OTUCHY!

André Malraux,

Czasy pogardy

Ofiaruję tę powieść milionom obywateli polskich pozbawionych możności ludzkiego życia i poprzez cały niewysłowiony tragizm współczesności pragnę — za pomocą tej książki — powiedzieć im słowami francuskiego pisarza: „NABIERZ OTUCHY”

Parę słów wstępu

Parę lat temu opracowałam artykuł na temat — prawdy o stosunkach pracy.

Artykuł ten roił się od liczb, zawierał urzędowo stwierdzony materiał w zakresie stanu ochrony pracy.

Dziś reportaż ten odzwierciadla również stosunki w fabrykach polskich. Obrałam tę formę literacką, żeby zawarte tu dzieje dosięgły łatwiej umysłów i serc obywateli Rzeczypospolitej, żeby silniej do nich przemówiły, niż to może zrobić suchy protokół lub opracowanie naukowe warunków pracy w Polsce.

Stosunki takie, jak tu przedstawione, napotyka się w różnych ośrodkach przemysłu polskiego. Czasem — w całej rozpiętości odmalowanego tu wachlarza dotykają jednej i tej samej fabryki (jakże wtedy upośledzonej!). Częściej występują w pewnych tego wachlarza fragmentach.

Reportaż ten jest więc równocześnie znów prawdą o stosunkach pracy w Polsce.

Czy książka ta ma na celu siać przygnębienie? Przenigdy! Każdy przecież rozdział jej świadczy wymownie o tym, że poprzez mrok i poniewierkę ludu — idzie już ku nam jasny wiew, świta lepszy dzień...

Jest to niedaleki już dzień zupełnego połączenia, dokonanej jedności robotniczo-chłopskiej.

I. Pan Majster

Fabryka pod firmą „Szpilka” była fabryką wyrobów trykotażowych. Wyrabiano tam swetry, komplety ze swetrów i spódniczek, czapek z szalami, pulowery, bieliznę z cienkiego trykotu, dziecinne sukienki, pończochy, rękawiczki. Fabryka ta należała do najmłodszych w Polsce, powstałych w latach kryzysu. Prawdopodobnie w ankietach instytucji naukowo-badawczych, zawierających pytania co do kapitału zakładającego fabrykę, zostało o niej zaznaczone: „obcy kapitał”; dziwić się też można, że po tragicznych zdarzeniach, wyrosłych ze stosunków w tej fabryce, prasa mieszczańska antyrobotnicza nie podchwyciła tego motywu: „obcy kapitał”. Tak długo, tak wygodnie, tak bezpiecznie pokrywało się bagno naszych stosunków fabrycznych ową „obcością” kapitału! Otóż kapitał w spółce akcyjnej p. f.1 „Szpilka” był międzynarodowy, jak każdy inny kapitał, różnonarodowy, mieszany: składowe części tego kapitału były: polskie, żydowskie, austriackie, a zapewne i jeszcze inne. Natomiast dyrektorem zarządzającym z ramienia spółki (jednocześnie akcjonariuszem) był Polak, Bronisław Baczyński. Baczyński był zupełnie podobny do olbrzymiej większości kierowników przedsiębiorstw przemysłowych w Polsce i poza Polską. Zespół robotników fabryki stanowił dużą grupę: od razu przyjęto przeszło 300 osób, a potem porozszerzano jeszcze niektóre oddziały i dodatkowo przyjęto kilkadziesiąt kobiet. W ogóle kobiet pracowało tu więcej niż mężczyzn.

Ponieważ fabryka znajdowała się na krańcach miasta, dokonywano werbunku robotników w znacznej mierze z najbliższych wsi. W tej też drodze dostało się tu dużo młodziutkich dziewcząt, wyciskanych z wiejskich domów rodzicielskich przez potworną nędzę chłopskich rodzin. Niedożywienie, nędzne warunki egzystencji tych rodzin powodowały widoczne karłowacenie młodzieży, tak iż szesnastoletnie dziewczątka wyglądały często (co do wzrostu i tuszy) tak, jak dwunastoletnie dziecko zamożniejszego domu. Te „smarkatki”, jak je przezywano w fabryce, obciążały życie załogi robotniczej istną plagą pełnej bezradności i bezbronności. Szły przecież do pracy na warunkach zupełnie dowolnych: przyjmowano je jakoby „na naukę” do wyrobu trykotaży i przez całe miesiące nie pobierały żadnej zapłaty. Pracować musiały natomiast tyleż godzin, co reszta robotników i robotnic i przy tym dodatkowo spełniać wszystko, co im kazał majster lub starsza robotnica.

Dziewczęta tu zazwyczaj bywały dodawane jako „uczennice” do trykotarek. Zamiatanie pracowni po pracy, przynoszenie wody do picia, inne posługi, to wszystko obarczało dziewczęta. Od nich też, od tych małych, rozpoczęła się ta swoista poniewierka kobiet, która wyrasta, jak grzyby po deszczu, na podłożu lat kryzysowych. Zaczęło się to od początku, w kilka tygodni po uruchomieniu fabryki. Właśnie wtedy rozszerzono wykończalnię, początkowo zbyt ciasną i do tej pracy w wykończalni poprzyjmowano dużo kobiet i dziewcząt.

Do pracy przyjmowali w fabryce wyłącznie majstrowie. Ich to było zadaniem i ich przywilejem. Majster wykończalni miał w portierze fabrycznym swojaka, całkiem mu powolnego. Nazywali się obaj podobnie: majster był Zielnik, a portier — Zielak. Zgodnie z widoczną między nimi umową, już portier Zielak odsortowywał odpowiedni materiał kobiecy dla wykończalni, a raczej po prostu płciowy dla Zielnika. Drobne, zachudzone dziewczyninki przychodziły bardzo często z matką lub ojcem, żeby omówić warunki. Dla tych dziewcząt ze wsi, a nawet i dla rodziców taki portier, czysto odziany, mający na tytoń, odżywiony, był „panem”. Toteż proszenie, pochylanie się do ręki itp. już tu się zaczynało. Zielak robił srogą minę, wydymał pogardliwie usta, a wzrokiem bardzo bystrym, wzrokiem „speca” lustrował dziewczynkę. Jeżeli była niebrzydka, świeża, pomimo zabiedzenia, albo miała w sobie jakiś przyrodzony pieprzyk — decydował sam od razu. Do ojca (lub matki) mówił poważnie: „No, mała wygląda do rzeczy! Może się nada do pracy, musi się przykładać. Zostawicie ją tu: przedstawię ją majstrowi do lepszej pracy. Byleby się starała, to będziemy dla niej jak ojce”... Rodzice dziękowali, kłaniali się, ocierali czasem łzy ze wzruszenia, kiwali małej surowo, żeby się przykładała; sami zaś już kombinowali mozolnie, jak potrafią podziękować panu portierowi.

Mała zostawała, pełna podniecenia, nerwów i najróżowszych nadziei. Prędko też mogła przystąpić do pierwszej, zasadniczej w tej fabryce czynności: przykładania się, nie to, żeby do pracy, ale do majstra Zielnika w wykończalni. Portier był rzetelny w podziale funkcji, obowiązków i przywilejów: pilnował swej z majstrem umowy. Robotnicy nie doszli nigdy, jaki w tym wszystkim udział miał portier, poza świadczeniami „w naturze” od wiejskich rodziców: chyba swojak opłacał go pieniędzmi. Z dziewcząt bowiem Zielakowi nie wolno było nigdy naprzód skorzystać, chyba tylko czasem po majstrze i to kiedy majstrowi nie chciało się przykładać do takiej.

Ale mała przechodziła całą szkołę całkiem planowo. Po odejściu rodziców portier kazał jej zawsze wejść do portierni i tam dokładnie ją ze wszystkich stron badał: czy zwięzła w sobie, czy nie rozklapana, czy nie brudna na karku; czy pod pachami i pod piersiami nie cuchnie. Niektóre dziewczęta na pierwsze dotknięcie odpowiadały ostro, protestem i krzykiem. Nie dlatego, żeby im o samo dotknięcie szło, bo przecież swawole zdarzały się niejednej, choćby najbardziej dziecinnej dziewczynie, w domu, na zabawie, z rówieśnikami, ale tu, gdy przyszła do pracy, zarabiać — takie coś! Niejedna krzyknęła i porwała się zaraz lecieć w ślad za ojcem, ze skargą na „cygaństwo”. Portier na ostre sposoby miał swoje ostre. Jeżeli dziewczyna była „udana”, przytrzymywał ją mocno, ręką usta zatykał, a do ucha syczał: „Ty głupia! Ty kurwa! Myślisz, że ci kto uwierzy!! Durna! Nie rozumiesz, że pracy inaczej dziś nie dostaniesz; musimy wiedzieć, czy wszystko w sobie masz w porządku, czy się też już masz na rozsypki z bękartem zasranym! Durna! Ładna jesteś i to majster może, owszem, uwzględnić, że lepszą robotę dostaniesz, ale jak ty tu przychodzisz hrabinę odstawiać, to wont i w te pędy, a już my tu tak po mieście roztelefonujemy, żebyś się nigdzie nie dostała do pracy!”

Najczęściej dziewczyna słabła w oporze, czując tę zorganizowaną przemoc i władzę tych ludzi nad całą sprawą jej pracy i przyszłości.

Portier rzadko komu o tym opowiadał, ale raz w gronie swoich przyjaciół wygadał się z tym, że mu tylko trzy dziewczyny od tego „badania” uciekły: dwie — nie przyszły więcej, ale ich nie żałował, nie było to nic nadzwyczajnego: trzeciej szkoda mu było, bo była prawdziwie śliczna, cała jak ulana i sam miał na nią wprost straszliwy apetyt.

Ta wróciła zaraz tego dnia, weszła podstępnie, niby chciała: ale za nią wsunął się jakiś drab i... Majster podał, że musiał draba obić, ale to się nie zgadzało, bo z czasu zdarzenia wypadło, że majster chodził potem przez kilka dni poharatany na twarzy: chłopak musiał go dobrze nabić. Był to dziewczyny narzeczony.

Można było jednak wierzyć portierowi, że nie zdarzyło się, na paręset, więcej niż trzy kobiety, które by postawiły z miejsca ostry opór.

Reszta była pokorna, powolna2, obojętna. Albo wiedziały już, że tak w fabryce bywa, albo im było wszystko jedno: tu i tam w życiu, w służbie u państwa czy w fabryce — wszędzie poniewierka. Często speszone młode dziewczęta poddawały się „badaniom” portiera Zielaka z zakłopotaniem, powtarzając raz po raz:

— Ale co też pan? A po co to? A czy ja tu po to przychodzę?

Przyjmowały też nieraz to za wstęp do przymusowego stosunku i rozglądały się — w lęku czy za jakąś pomocą? Często bywały to jeszcze dziewczyny, które nie znały mężczyzn.

Ale portier wyprowadzał takie z błędu:

— Nie bój się: nic tu z tobą teraz nie zacznę, bo widzisz, mam otwierać każdemu: to nie mogę!...

Tak dotrzymywał umowy ze swojakiem.

Lubił zaś takie zetknięcia z dziewczętami, pasjami to lubił, bo miał pobudliwy temperament i to było dla niego najlepsze zajęcie.

Zdarzały się też oczywiście i dziewczęta, które chętnie się poddawały. Przecież były i takie, które przez życie zostały już wtrącone w poniewierkę dorabiania lub zarabiania na życie tą drogą...

Ale większość, ogromna większość przychodziła tu tylko po pracę, z wielkiej potrzeby. Niezależnie od tego, że nie śmiała stawiać żadnego oporu, głęboko odczuwała całe postępowanie z nimi jako piekącą krzywdę. Tym więcej, że przytłaczająca większość z nich (niedożywione, zabiedzone, niedorozwinięte z nędzy, długo wyczekujące na swój period3 i dojrzałość) nie odczuwała jeszcze wcale w tym wieku żadnych potrzeb płciowych.

To u portiera — to było przecież dopiero małe preludium. Portier właściwie przyjmował dziewczynę warunkowo: czy zostanie, to powie jej po paru dniach majster.

Na zobaczenie się z majstrem dziewczyna czekała czasami w portierni przez wiele godzin. Czasem — zależnie od różnych okoliczności — majster nie mógł „rozstrzygnąć” jej sprawy przed końcem pracy. Zresztą zależało to w ogromnym stopniu od samopoczucia fizycznego i erotycznego pana majstra w danym dniu i od stopnia jego nasycenia, od stanu nerwów, a wreszcie — od stopnia urody i ponętności kandydatki do pracy. Zazwyczaj też majster znajdował prędko chwilę, żeby (po telefonie od Zielaka, że nań czekają) wlecieć do portierni „obejrzeć towar”.

Nigdy się jednak przy tych odwiedzinach przed żadną dziewczyną w portierni nie zdradzał ze swych zamiarów. Zwłaszcza — jeżeli w tym czasie mogło się znajdować w pobliżu paru robotników. Wpadał zawsze, z reguły, z miną bardzo surową, bardzo wyniosłą: nasrożone brwi, ostre spojrzenie. Ale też wzrok miał bystry: sekundy starczyło, żeby obejrzeć i dać pierwszą decyzję. W poszczególnych, szczególnie „pilnych” wypadkach decyzja taka brzmiała: „Masz zaczekać: dziś jeszcze cię potrzebuję do pracy”. Zwykle zaś polecał przyjść nazajutrz. Prawie nigdy już nie odrzucił dziewczyny: tak polegał na badaniach Zielaka, czy też pokrywał się z jego gustem; selekcja była dość dokładna. W każdym razie, czy tego, czy następnego dnia miała być dziewczyna przyjęta, warunek był ten sam. Albo w portierni — to już po godzinach pracy — po wypuszczeniu absolutnie „każdej żywej duszy”, jak mawiali — albo jeżeli pilno mu było, tego dnia podczas pracy, to u niego w kantorku.

Zasadniczo majster Zielnik, jako człowiek rozsądny, rozważny, wszystko świetnie obliczający, nie lubił robić u siebie tych spraw w kantorku i nie bywał rad, gdy go tak pilnie „przychwyciło” podczas godzin pracy. Miał wiele doświadczenia z dziewczętami — „pierwiastkami” — i wiedział, że zdarzały się między nimi „trudne” i albo krzyczeć, albo i bronić się mogły. Wolał nie ryzykować przy świadkach. Gdy już jednak tak się zdarzało „na pilno” i „w ryzyku”, to bywał naprawdę straszny: nie mogło być dźwięku „na opór”. Wpuszczał dziewczynę do kantorku, zamykał od wewnątrz drzwi i mówił całkiem stereotypowo:

— U mnie, nie wiem czy słyszałaś, nie ma dla dziewcząt pracy bez tego — i nie czekając wcale na skutek tych słów, załatwiał szybko swoją sprawę: byle na czym, na podłodze, na materiale, jeżeli się zdarzył w kantorku. Często przy tym musiał usta dziewczynie zacisnąć albo potem dobrze szturchnąć dla karności.

Portier-psycholog ostrzegał go zawsze przed tą pośpieszną i niekonspiracyjną metodą „angażowania” w kantorku „do pracy”, zwłaszcza jeżeli wyczuwał „trudny” wypadek. Radził „przesilić” się i odłożyć. „To ci nawet dobrze zrobi, bo i tak w latach jesteś, Wojtek, do czterdziestki nie masz daleko, a przecież często sobie użyjesz”...

Toteż zazwyczaj sceny te odgrywały się w portierni. Ale też bywały to sceny bardzo urozmaicone i bardzo — dla dziewcząt — dramatyczne. Tylko że dzielny majster Zielnik taki znów miał temperament, że jemu każdy dramat jeszcze więcej wigoru dodawał. I też tylko jeden taki wypadek notowali w swej sekretnej kronice „służbowego” używania, że dziewczyna stawiała dziki opór: gryzła, rwała, drapała, krzyczała tak strasznie, że majster musiał ją zwolnić, wprost wypuścić z rąk, bał się. Ale wtedy (było to już późno wieczorem) — wypadł zaraz za nią na ulicę: rozjuszony, straszny, wściekły tak, że mógłby ją za tę „niekarność” zamordować. Dopadł jej, uchwycił ją za warkocz i wlókł przez pustą ulicę do posterunkowego, ledwo żywą, drżącą, ogłupiałą. Dowlókł: wylegitymował się posterunkowemu, może włożył mu tam coś do kieszeni i choć dziewczyna, szlochając, przedstawiała już policjantowi swoją krzywdę, wcale nie speszył się i upewnił policjanta, że dziewka bezwstydnica: zarażona, po dniu napastowała ludzi wychodzących z fabryki, ciągnąc do siebie. Nierejestrowana prostytutka na pewno, bo jeszcze taka butna, pewno nie bita, a zarazę roznosi!... Przywlókł ją tu, żeby pan władza odesłał ją na jaką komisję, przecie jako majster nie dopuści takiego zgorszenia pod fabryką. Nic nie pomagały łzy i prośby dziewczyny, zaklęcia na rodziców, na swą niewinność. Policjant wprawdzie wyglądał dobrodusznie, ale jak miał jej dać wiarę? Dziewce, kiedy pan majster z wiadomej fabryki, z dobrego stanowiska tak świadczy?! Trzymając dziewczynę za rękę, zagwizdał, a tymczasem uspakajał ją: „No, nie płacz! Miałaś to z nim co, że taki zły na ciebie?! Nie płacz, wielkie rzeczy! Jeżeli nieprawda i jesteś zdrowa, to cię męczyć po szpitalach nie będą, a że zapiszą, to i tak by cię złapali!”

Tymczasem majster szybko odszedł, nie chcąc przewlekać sprawy ani do policji w sprawie tej stawać: bał się widocznie spotkania rodziców małej z portierem i takich różnych okoliczności.

Wtedy mała runęła na kolana przed policjantem i obie ręce mu całowała, przysięgając na wszystko — na duszę, na Boga, że to jej się stała taka straszna krzywda i żeby ją puścił do domu, że jutro z rodzicami tu do niego przyjdzie i oni przecież, rodzice, fałszywie nie potwierdzą... Zanosiła się tak od płaczu i tak jęknęła, że policjant pochylił się, podniósł ją i dopiero świadomie zajrzał jej w oczy. Napuchnięte od płaczu, przerażone, dziecinne, biedne te oczy targnęły mu wnętrze.

— No to idź — powiedział, odmachując ręką policjanta, który nadszedł na gwizdek — może i nie kłamiesz! Na darmo tylko, ot, fatygowałem kolegę...

Nigdy się nie dowiedział majster Zielnik, że ta dziewczyna uniknęła katowni. Ale długo wspominał z Zielakiem tę juchę, tę „cholerną hrabinę”, przez którą go pół dnia głowa bolała.

Częste, powszechne wprost zjawisko oporu miewało zapewne różne postacie, ale przeważnie dziewczęta wobec dwóch tęgich mężczyzn, gdzie jeden drugiemu sekundował, czuły tego oporu zupełną beznadziejność. Łzy zaś ich i jęki niesłychanie podniecały mężczyzn — i tego, który był aktywny i świadka. Świadek zresztą — nierzadko tuż zanosił przed władzę swą prośbę, ażeby mógł też po nim dostąpić. Zielnik jednak odrzucał to kategorycznie i bez wyjątku: argumentował zaś odmowę wprost imponująco: „Co ty sobie myślisz, że będziemy obaj tu młodą panienkę tak niszczyć! To się po mnie nie okaże! Ona u mnie dobrze będzie miała... A ty się jej masz czas jeszcze zasłużyć...” i dla pewności, wychodząc, zawsze zabierał ze sobą dziewczynę. Jeżeli bywał bardzo zadowolony z nowej znajomości, to nawet czasem dawał takiej na tramwaj albo na parę cukierków. Majster Zielnik bardzo sobie chwalił to wszystko i mawiał wśród bliskich, że jak dwa czy trzy razy w tygodniu nie ma takiej okazji, to zaczyna mu coś najwyraźniej w zdrowiu dolegać, a jak dobrze się układa, no to apetyt i dryg do pracy ma pierwszorzędny.

Taka była „organizacja pracy” w fabryce w stosunku do dziewcząt.

Odmiennie postępował majster z kobietami, mężatkami. Tu bywał ostrożniejszy, bo przecież w grę wchodzić mógł mąż. Poza tym dorosła kobieta więcej miała rozumu, mogła szkodzić. Jednak kryzys i słabe zorganizowanie załogi fabrycznej stawały walnie do pomocy Zielnikowi. Oczywiście, chodzić mu mogło zawsze tylko o młode albo wyjątkowo urodziwe mężatki. Przechodząc koło starszych albo brzydkich, niezgrabnych, spluwał tylko, a gdy już musiał takiej coś w warsztacie naprawiać, to wymyślał głośno: „Wredna baba, że tylko rzygać!... Jędza tylko do miotły”... Szczególną zaś pasję budził w nim widok kobiet ciężarnych, zwłaszcza starszych. Wprost wybuchał pasją: „Też durnia znalazła, parszywego widać kozła, że jej brzuch robił! Tfu, paskudztwo takie!” Czasem robotnica, strasznie zawstydzona, poprawiając fartuch, w pąsach na umęczonej twarzy, próbowała go opamiętać:

— Jakże to można, panie majstrze! Przecie z męża to, ślubne, pan wie!

Nie było słów, które by bardziej majstra mogły rozzłościć. Potrącało to snadź4 o jakiś jego uraz psychiczny.

— Ślu-u-bne... — wykrzywiał się nad przerażoną — to myślisz, że smaczniejsze, jak ślubne! Chyba ci mordę zawiązał, jak do ślubu poszedł!! Mnie ślubnego baba windą do siebie nie wwiezie, jak mi już obrzydła! Dla wiary i tej państwowości, to mogę księdzu do mszy wysłużyć albo datek na budowę kościółka, ale to co mam z ciała mego, to wara! To moja własna rzecz! — Długo pamiętał potem takiej robotnicy rozmowę.

Natomiast koło upatrzonej, apetycznej mężatki umiał chodzić wcale precyzyjnie. Ale dłużej tygodnia nie zgadzał się nigdy zaczekać. Zaczynał zawsze od różnych udogodnień: dobierał lepszy materiał, lepiej narychtowywał warsztat, ciągle zaglądał, jak praca idzie. Robotnice po tym poznawały już, co się święci i przyglądały się milcząco i ponuro takiej delikatnej, zwykle prędko skutkującej ofensywie.

Najdłużej trwała historia z Genką Kurzajówną, z którą potem ożenił się Władek Malczyk, robotnik tej samej fabryki. Żyła już wtedy z Malczykiem, tylko na wesele i ślub musieli uzbierać: niełatwo to księdza zadowolić, a i zabawić się potem należy! Wszyscy jednak w fabryce wiedzieli, że to już jest małżeństwo i tylko tyle, że oficjalne nazwisko miała jeszcze własne, panieńskie: no i nie mieszkali jeszcze razem, bo i on, i ona stali5 u ludzi kątem. Genka była na podziw urodziwa: jasna blondynka o włosach jak kopa cieniutkiej złocistej przędzy, a cerę miała jakby brunetki: śniadą i ogorzałą, w lecie, i w zimie. Do tego jeszcze miała uroczy uśmiech i oczy prawie czarne, a strasznie bystre: oczy te widziały jakby poprzez całą fabrykę, daleko, daleko, w świat. Tylko biedna była bardzo, bardzo źle ubrana, cała zcerowana i złatana. Zarabiała w tygodniu 6–8 złotych, więc na miesiąc wypadało to jej poniżej czterdziestu złotych: jak było wyżyć? A jednak nic od nikogo nie przyjmowała, nikt jej nic nie kupował. Niejeden do niej się przed Malczykiem zabierał, ale twarda była, surowa, odpaliła każdego.

— Ty! — mówiła. — Ty sobie pożyjesz i pójdziesz dalej, co? A ja zostanę z dzieckiem przy swoich zarobkach... Jeszcze na to mam czas! — Młoda była, nie miała dużo nad lat dwadzieścia, nie lgnęła do chłopów: miała czas i wybór mogła mieć.

Tylko Malczyk, jak nastał do pracy, tak prędko ją sobie pozyskał. Był cichy, nie śmiał się, nie żartował, w przejściu za nogi nie łapał, ale swoje sposoby, swoje sekrety musiał mieć, a może tak mu się nad wyraz udała. Widziano ich tylko parę razy pod fabryką na rozmowie i już zaraz potem można było ich zobaczyć na ulicy pod rękę. Niebawem schodzili się rano przed pracą, czekali na siebie, a rozstając się, całowali długo, mocno i serdecznie.

Z tego, jak patrzyli na siebie, każdy prędko poznał, że już ze sobą żyją. Wiedział o tym i majster. Długo przemyśliwał, jak się do niej zabrać. Inna była, onieśmielała go. Próbował grzecznością, usługą, względami, tak i tak. Próbował naliczyć przy wypłacie więcej niż należało podług stawki. Nie działało nic. Minął przeznaczony na zabiegi tydzień, minęło dwa, trzy: nic. Sprawa nie posuwała się nawet o krok. Genka bardzo grzecznie przyjmowała wszystkie starania, ale nie pozwalała na najniewinniejszą rzecz. Jeżeli np. niby niechcący dotknął jej piersi, brała mocno jego rękę, podkreślając tym, że wie, o co mu chodzi i szorstko ją odsuwała; nie miał jeszcze z żadną tyle zachodu i mitręgi6.

A podobała mu się tak, że aż pościł, nie chciał żadnej i jak znienacka Genkę dojrzał, to czasem aż zatykało go z gwałtownej chęci, żeby podstępem lub przemocą ją wziąć. Ale przemocą — to się bał Malczyka. Malczyk był młody, mocny chłop, przy tym strzelec, w mieście znali go, mógł się bronić; bał się Malczyka. Ponury przy tym był Malczyk i przez to podwójnie bał się go majster Zielnik, bo z takim nigdy nie wiadomo, co zrobi. Odrzucił więc przemoc. Ale, że zwykłym targiem — za grzeczności, za lepszą pracę — nic nie mógł uzyskać, obrał drogę podstępu.

Tu wyzyskać mógł tarcia, jakie się już zarysowały wśród załogi robotniczej, do niedawna zorganizowanej „jak jeden mąż”, w związku prorządowym. Teraz ten i ów już się powymykał do związków opozycji, do „jednolitego”, jak mówili, „lewego, robotniczego frontu”. Chwiał się już i Malczyk, a raczej nie chwiał, tylko sobie ponuro i skrupulatnie wszystko ważył w głowie.

W tym czasie władze bezpieczeństwa aresztowały jednego z robotników (Jackowskiego) nie wiadomo za co, ale chyba też za takie coś, jak ten front. Majster Zielnik czuł jakoś węchem, że w tej sprawie ręce maczał delegat fabryczny, Gałkowski, choć nic nikomu o tym nie było wiadomo i nikt mu nawet takiego przypuszczenia nie poddał. Ale w pogoni za Genką wyostrzyły się majstrowi wszystkie władze jego intelektu i te jakieś niejasne powiązania w rozgrywkach międzyzwiązkowych, którymi się dotychczas nic a nic nie interesował. Chwytać zaczął, jakby macał je poprzez mgłę, ale już namacywał. Tu zaświtała mu zbawienna myśl. Pozyskać Genkę przez jej miłość dla Malczyka. Zastraszy ją: że Malczykowi już to samo grozi, co Jackowskiego spotkało. Nie mógł tego zorganizować sam, a że z Gałkowskim miał sztamę (czasem sobie razem zabawić się chodzili) postanowił prosić o pomoc Gałkowskiego. Od tej chwili sprawa ruszyła piorunem. Wprawdzie Gałkowski oświadczył, że Malczyka nikt nie tknie, bo jako mały jeszcze chłopiec był w Orlętach Lwowa, z Orlętami w Powstaniu Śląskim i teraz jest dobrym strzelcem. „Nie można więc obliczać — mówił przezornie — żebyś Genkę mógł mieć przez jakieś coś z Malczykiem, Malczyk mocny jest i nikt mu tu nic nie zrobi”.

Majster tłumaczył, że przecież nic takiego nie myślał, żeby szkodzić Malczykowi, a już zwłaszcza z tym, by nie poszedł do delegata!! Tylko chciałby Genkę na ten temat postraszyć. Liczy tak na babskie kochanie i przy tym kochaniu na babską, choć u najmocniejszej dziewczyny, strachliwość.

Prosi też tylko, niech Gałkowski z Genką o Malczyku pomówi, żeby męża strzegła i tylko niech zwiąże ją słowem, żeby się przed Malczykiem nie zdradziła. Przecie wiedziała, że Gałkowski i Malczyk między sobą byli jakoś niewyraźnie. Gdy zaś już Gałkowski rozmówi się z nią i da mu o tym znać, to już on sobie dalej poradzi, bo już w takiej życiowej potrzebie bywał, żeby strachem o kochanka babę dostawać.

Gałkowski nie bardzo wierzył w powodzenie tego projektu, ale Malczyka nie lubił i chętnie by mu rogi przykleił; z Zielnikiem zaś trzymał sztamę i czasem nawet po forsę do niego chodził, jak miał potrzeby.

Zawinęli się obaj po prostu błyskawicznie, Majster zresztą prosił przyjaciela, że już naprawdę dłużej nie może wytrzymać mitręgi z tą dziewczyną: nie jada i nie sypia, a nawet gorzej, bo sypia z nią, ale tylko w wyobraźni. Raz nawet zaczął gadać do niej we śnie, przekonywać, aż mu żona, ta wredna czarownica, awantury robić poczęła. Gałkowski zapytał rzeczowo, jak daleko majster jest z Genką: czy wprost mówił już jej, czego chce, czy próbował? Zielnik z wielkim wstydem musiał przyznać, że nigdzie jeszcze z nią nie doszedł, że nawet żadnego wyraźnego słowa jej nie powiedział, tylko tak koło niej chodził, jak koło jakiej damy: we wszystkim jej dogadzał.

Gałkowski poszedł wywołać do siebie Genkę (miał w fabryce taką małą komórkę delegacką), a majster przykucnął u siebie w kantorku, pełen oczekiwania. Zwymyślał też od ostatnich starszego robotnika z oddziału, który zapukał i prosił go na salę, bo coś w świetle przy jednej maszynie się zepsuło. Zerwał się jak tur od stołu, rycząc: „Nie pójdę, żebyś wiedział, psia twoja mać! Zęby mnie drą jak cholera, a te ścierwa mi tu z lampami!” Robotnik uciekł jak zmyty.

Tymczasem Gałkowski odbył krótką, lecz jakże płodną w skutkach rozmowę. Gdy Genka usiadła przy biurku, dostrzegła na jego tłustej, żółtawej twarzy mieszany wyraz smutku i współczucia.

— O co idzie wam? — zapytała.

— O waszą prywatną rzecz — odparł z wielką serdecznością.

Doznała ukłucia w sercu.

— Redukcja?!!!

Zrobił pauzę, wygrywając jej przerażenie. Ta mocna, dumna dziewczyna dziś była w złej nerwowej formie.

— Nie — powiedział łagodnie. — Nie to i wam nic nie grozi, to jest wam osobiście, Geniu, ale, o ile was rozumiem... — tu zajrzał jej w oczy skromnie i z szacunkiem — więcej was obchodzą niż osobiste, Malczyka sprawy...

Genka milczała, uczuła nagłą słabość, a pot kroplami zbierał się jej przy brwiach, koło nozdrzy, w skroniach pulsowało. Oj, jakże to wszystko inaczej jest teraz, kiedy już zaszła!...

Czuła, że nie ma dziś nawet połowy własnej, normalnej woli, energii i odwagi.

— Więc to Malczyk ma być do redukcji? — szepnęła, przecierając ręką twarz. Gałkowski widział bladość, i słabość, i poty.

— Ależ nie to: tylko gorzej... Wiecie, dał się zamieszać do, no wiecie, do wywrotowej roboty!... Tak wypadkiem słyszałem rozmowę w kantorze: wnioskuję, że już go śledzą...

Genka, z pochyloną głową, usiłowała zebrać całą przytomność umysłu. Tak. Teraz, kiedy już zaszła, kiedy chcieli niedługo się pobrać, teraz właśnie mogą jej go wziąć. Wstała.

— To wam dziękuję za ostrzeżenie. Zaraz powiem o tym Malczykowi.

Gałkowski chwycił ją za rękę.

— Nie! — zawołał z pośpiechem. — Tego mi zrobić nie możecie! Tylko ja sam byłem wypadkiem przy tej rozmowie dyrektora przez telefon! Tego nie można zdradzić, bo przecież tak wysypać nietrudno delegata i wszystkie nasze sprawy ogółu!... Tego mi za moje współczucie i zaufanie zrobić nie możecie! Nie powinniście! — dodał rzewnie. Genka stała.

— Więc jakże? Na co nam tedy to wasze ostrzeżenie?

Wytłumaczył jej, że ona może dużo zrobić, gdy się zaopiekuje teraz już naprawdę Malczykiem, nie odstąpi go wcale w wolnych godzinach, no i prędzej już zawinie się z tym weselem i do wspólnej chałupy. Tam już go sobie upilnuje...

Zaznaczył przy tym, że z rozmowy wnioskuje, jakby to był tylko taki wywiad, pierwszy sygnał: trzeba się mu przyczaić... Westchnął przy tym i dodał:

— Zresztą wiecie, Malczyk mnie nie lubi! Nie wprowadzajcie mojej osoby w tę rozgrywkę. Ja dla was to zrobiłem... A jak tam u was z tym weselem? Jeżeli brak wam jeszcze pieniędzy, to zawsze mogę pomóc, jestem wam życzliwy...

Serdecznie, gorąco dziękowała mu Genka. Poszła do warsztatu, pełna troski i najgorszych przeczuć.

Gałkowski natychmiast powtórzył Zielnikowi całą rozmowę w szczegółach. Radził mu teraz kuć żelazo póki gorące: dziewczyna wyraźnie wystraszyła się o swego chłopa. Ale żądał od majstra, żeby nie próbował z nią gadać ani dziś, ani jutro, bo się połapie, że są w zmowie i jeszcze im obydwu ten Malczyk mordy rozkwasi.

Zielnik kręcił się jak w ukropie.

— To jeszcze mam czekać! I na co?! A jak oni zabiorą się i wcale z miasta wyjadą?

Gałkowski był nieugięty.

— Poczekaj. Ja myślę, że będzie sama szukała pomocy: przyjdzie tu do mnie o pożyczkę, a ja ją do ciebie odeślę... Musisz czekać! Tymczasem sobie weź inną. Mało to masz na oddziale?

Zielnik siedział ponury.

— Takiej nie ma — odparł tylko. — Nie to, żeby była znów taka już piękna, tylko tak mnie rozochociła tym oporem, tym koło niej uwijaniem!

Tymczasem zdobył ją już następnego dnia. Wiele okoliczności na to się złożyło.

Genka zagabnęła wieczorem swego chłopca, co sądzi o Gałkowskim i za co naprawdę tak się na niego boczy. Gałkowski jest dla niej życzliwy, nawet kiedyś proponował jej pomoc, pożyczkę.

Malczyk przestraszył się i musiała go długo uspokajać, że między nią a Gałkowskim nigdy nic takiego nie było: po prostu dobry człowiek, no i przecież delegat. Malczyk długo, długo milczał, a potem powiedział jakby z wielkim trudem:

— Genka, wielkie to są wszystko bolączki i nie mogę dziś jeszcze nic mówić. Ale to ci powiem, że w swoim sercu, to już go mam za psa, za ostatnią kanalię i...

Aż zachłysnął się, tak mu ciężko szły te słowa.

— I to ci powiem, że jeśli mnie kochasz, a wiem, że kochasz, miła, złotko — pogłaskał ją szorstką ręką po jasnych włosach — to nigdy i nic, żadnej pomocy od tego drania, ścierwa nie przyjmiesz!... Bo wiedz, że ja, jak tylko będzie można, sam sznurek mu na szyi sobaczej zacisnę: ot masz!...

Nie pytała go więcej, tylko utuliła w ramionach i długo jeszcze siedzieli na schodach, mówiąc o swoich sprawach.

Malczyk chciał też się śpieszyć ze ślubem: wiedział już o niej, cieszył się, choć z czego? Życie takie ciężkie! Ale zawsze to ich, to wspólne ich będzie dziecko, będą je hodować...

Genka przytulona twarzą do jego ramienia, napłakała mu po cichu dużą, ciemną plamę łez na kurtce. I z przerażeniem myślała wciąż o tym, jak przez tę ciążę diabli biorą jej twardość, jej tężyznę, jej wytrzymałość!...

A następnego dnia, po namyśle, sama zgłosiła się do kantorku majstra Zielnika. Zielnik osłupiał, speszył się, prosił ją żeby siadła: ręce mu drżały.

— Czym mogę służyć?

Genka, której Malczyk zabronił wdawać się z Gałkowskim, przyszła prosić majstra o pożyczkę.

Zielnik aż zaniósł się wewnętrznie od serdecznego, bezgłośnego śmiechu: przecie Gałkowski dopiero chciał to organizować!! Sprytny mózg jego podpowiadał mu już sposoby najskuteczniejszego dobrnięcia teraz do pożądanego celu. Dał jej mówić.

— Panie majstrze — powiedziała, jąkając się — to taka prośba, do której pan wcale nieprzygotowany... Ale pan był zawsze ze mną taki... — zawahała się i dodała kompromisowo — uprzejmy... to panu powiem: chcemy się z Malczykiem pobrać, nawet już jego jestem; brakuje nam trochę, niedużo pieniędzy... Czy pan majster zaufałby mnie pięćdziesiąt złotych? Odrobię akuratnie, a jak pójdę już do niego, to mi już mój zarobek nie będzie taki do życia konieczny... Każdego pierwszego przyniosę panu tu dziesięć złotych do kantorku...

Wiedziała przecie o nim wszystko, o tym Zielniku i bardzo się dotąd pilnowała, żeby go jakoś do siebie nie ośmielić. Ale teraz, w ciężkiej trosce i potrzebie, skoro odpadła pomoc Gałkowskiego, upatrzyła sobie właśnie w nim jedyne źródło pomocy, sposób dobrnięcia do kochanego na stałe — sposób obrony i upilnowania Malczyka.

Zielnik tkliwie i ojcowsko położył (gorącą) rękę na jej ręce, opartej na stole. Tymczasem miał już cały plan i wewnętrznie zupełnie się uspokoił. Nie mignęło mu nawet w myśli, żeby tak, w pośpiechu lub przemocą — gdzieżby tam! Będzie to miał lepiej!

— Panienko — powiedział czule — wszystko wiem. Chętnie z pomocą przyjdę. Ale się boję, że naprzód to całkiem inna pomoc będzie panience potrzebna!... Bo są złe rzeczy...

Zakręciło się jej w głowie — znów ta słabość! O czym on myśli? Że zaszła? Skądby wiedział? Nic nie widać jeszcze! Czy też to, co mówił Gałkowski?

— A więc i pan... — zaczęła, ale przerwał jej:

— Nic tu nie można teraz mówić; bo wie pani, tu ściany mają uszy! Poproszę tu panią, jak ludzie się rozejdą. To tylko mogę powiedzieć, że jest poważna rzecz.

Genka półprzytomnie dopracowała do końca dnia. Majster podsycał umiejętnie jej zdenerwowanie i niepokój. Podszedł raz, rozplątał zasupłane nici i szepnął: „Rozumiem wszystko, rozumiem. Proszę się trzymać!”...

Nie śpieszył się też, gdy weszła do kantorku po skończonym dniu pracy i odczekaniu, aż wszyscy wyszli. Malczyk wprawdzie czekał na nią, jak zawsze, ale powiedziała mu, że musi trochę zostać, by przygotować sobie na jutro robotę: trudno jej teraz wstawać wcześniej. Kiedy tak kłamała mu i wyprowadzała go skinieniem reki, czuła wewnątrz jakby grozę, coś tak ścinało ją we środku jakby mroźnym dreszczem. Nie podejrzewała jednak o nic Zielnika: wszystkie jego zaloty, pamięć o tych wszystkich uprzykrzeniach ustąpiła przed nawałem gryzącego niepokoju i troski o Malczyka.

Usiadła, skubiąc nerwowo chustkę.

— Słucham, panie majstrze. To o Malczyku...

Majster, spocony i czerwony z podniecenia (od godzin obmyśliwał sobie cały plan tej strategii), opowiedział jej, jak zdobył wiadomość, że Malczyk będzie tej nocy zamknięty („wdał się poza panią z wywrotowcami”), że zdradził mu to taki jego kolega, dawniej z wojska, co teraz pracuje na policji: on zaś, Zielnik, przez wielką życzliwość dla Genki, uprosił tego kolegę, by się wstrzymał do samej nocy: zobaczy się z nim późnym wieczorem, no i... chciałby dla niej tego Malczyka wykupić... Więc tedy widzi ona, że większej niż pożyczka potrzebuje od niego usługi!...

Genka dyszała ciężko. To była prawda! Na pewno tak! Nie mogła wątpić. Gałkowski przecież — przypadkiem — tak samo słyszał. Mignęła jej w mózgu ostra jak igła, bolesna, niejasna myśl: spółka?! Odrzuciła ją jako dziecinną, głupią. Majster i delegat, też coś!! Malczyk ma do Gałkowskiego uprzedzenie... Nie wolno zaniedbać żadnej deski ratunku...

Majster czekał parę sekund: odczekiwał całe to jej myślenie, bębniąc dyskretnie palcami po stole... Przecie ważyło się właśnie, czy mu uwierzy. Czy nie odkryje tu zmowy, pułapki? Musiał być cierpliwy, żeby się nie zdradzić żadnym ruchem.

Nagle Genka wyciągnęła dłoń i powiedziała cicho, załamującym się głosem:

— Niech pan pomoże, poratuje, panie Zielnik.

Wtedy majster wyprężył się, odął wargi i powiedział wymijająco:

— To przecie tylko od pani zależy...

Wstała.

— Jak to?

— No, przecie pani musi wiedzieć, że ja się w pani kocham i tam dalej. Chodzę przecie koło pani miesiąc z okładem jak koło jakiej hrabiny!

Stała nieruchomo: malutkie czarne plamki, jak śrucinki, latały jej, wirowały w oczach. W śmieszny sposób przypomniała sobie: „nie miałam dziś nic w ustach”... A powiedziała tylko:

— Więc, proszę pana. Taka pułapka... Albo tak, albo tak...

Patrzyła spokojnie, jak majster przekręcił klucz w drzwiach. Nie bała się go. Ale nie miała przecie też wyjścia. Powiedziała gorzko:

— Tylko niech już pan da pokój o miłości! Przecie wiem, jak pan to sobie urządza z każdą...

Wtedy Zielnik, który za długo napracował się na to, żeby ją potem mieć taką przybitą, zgaszoną, spłowiałą, bez resztki życia — użył zręcznego fortelu, by ją wyprowadzić z równowagi, podniecić.

— Ja nie używam przemocy — powiedział drwiąco i odkręcił klucz — to tylko z pani najdobrowolniejszej zgody i miłej chęci! Jak pani nie chce, nie nalegam: proszę!... — wskazał ręką na drzwi. — Ale też proszę nie mieć pretensji, bym się dziś dla gagatka trudził, od żandarmów go wypraszać!

Nasrożył się przy tym marsowo, a widząc płomienie gniewu na twarzy Genki, ruch jej piersi od wzmożonego oddechu, zamknął znów drzwi ze słowami:

— Widzę, że decyduje się pani... Niewielka to rzecz!

Wziął ją, pełną najistotniejszego męczeństwa: drżącą z wściekłości, z paznokciami wbitymi we własne dłonie: wargami, przyciętymi przez zęby... I kiedy brał ją, uczuła nagle w sobie dawno spodziewany, wyczekiwany, wyglądany, nowy tajemny ruch: ruch dziecka... Wtedy tylko, na krótką chwilę, po twarzy jej spłynęły, jak falą, gorące łzy...

Zielnik bardzo zadowolony, pomógł jej troskliwie wstać i ogarnąć się. Nie pomylił się: opłaciło się koło niej chodzić. Odczuwał nawet do niej jakby coś w rodzaju wdzięczności, ale zaraz się połapał, że to przecie tylko ona ma być jemu — dziś i nadal — za wszystko wdzięczna: za życzliwość w pracy; za wyróżnienie w pracy i teraz; za pomoc (urojoną) w sprawie Malczyka. Zatrzymał więc ją jeszcze przez chwilę: usadził na krześle.

— Zmęczyłaś się, co? Ale nie tak źle było, powiedz?!

Genka milczała: to wszystko nie dałoby się ująć w żadne słowa. Majster mówił dalej:

— No, nie pierwszy jestem u ciebie, więc już rozumiesz się na takich rzeczach. Malczykowi nie radzę ci się zwierzać, bo na nic żadne awantury: wylałbym jego i ciebie... A ciebie bym żałował!... On pójdzie na bandytyzm, bo to mu z oczu patrzy, ale ciebie na ulicę, dla każdego zawszańca, szkoda: fajna z ciebie dziewczyna! Otóż tak ci powiem. Dziś wieczór jego sprawę, jak obiecałem, załatwię. Wybronię go na mur. To mój dobry sitwes7! A potem, to ty już upilnujesz, żeby Malczyk z takim elementem nie parał się. Teraz nasze sprawy. Przychodź tu jutro do pracy, tak samo; opowiem ci co mi tam o Malczyku powiedzą, no i zabawimy się jeszcze raz... Bo tak, to by ci się za tanio upiekło!

Genka odpowiedziała tylko ruchem warg: „Dobrze”.

Ale nie przyszła nazajutrz ani do kantorku po pracy, ani w ogóle do pracy. Do nocy chodziła sama po ulicach, łykając gorzkie, palące łzy. W nocy poszła na stancję Malczyka, obudziła go, prosiła, żeby wyszedł do niej na ulicę. Wybiegł przerażony.

— Co ci jest, może zerwałaś się czym?!

Opowiedziała mu zaraz wszystko. — Chłonął to w siebie, zaciskając jej dłonie w rękach: patrzył na kochaną, drogą twarz, napiętnowaną męką wielkiego upokorzenia.

Długo, długo milczał. Wpatrywała się w niego przez łzy i ból — niepewna. On zaś ogarnął ją po prostu ramieniem i począł całować, zacałowywać po umęczonej, mokrej od łez twarzy.

— To ty! — powiedział — ty, moja żona, matka naszego synka!

Zapłakała wtedy żałośnie, a on się wtem roześmiał serdecznym śmiechem.

— Ty głuptasku!! Chcę przecież tylko powiedzieć, że taki zuch zawsze byłaś! W tej fabryce i w całym życiu: taka mądra, harda, twarda!... I naprawdę — nawet taka jak ty — potraficie kobiety takie głupstwa przez miłość do chłopa robić! Ani trochę cię mniej nie będę kochał przez tego tam wściekłego psa! Co mi tam! Przyjdzie czas się z nim porachować!... Ty rzucisz tę pracę tam. Jeszcze biedniej nam będzie: trudno... Nabrali cię draby, ty biedactwo!! Ani nic o mnie nie słyszeli, ani nikt mi nic nie chciał robić, ani ja z żadnym elementem wywrotowym nic nie mam... O, to najprzykrzejsze, że cię, złotko, moja miła, tak na to wszystko tym strachem nabrali!...

Nazajutrz w fabryce Malczyk wyczekał przy wejściu na Zielnika. Ukłonił się mu grzecznie i podszedł. Zielnik żachnął się w stronę.

— Nie bój się pan — powiedział Malczyk — przychodzę tylko zapytać, czy był pan łaskaw tę moją sprawę załatwić?!

Wparli w siebie oczy: Zielnik — zbielałe od strachu, Malczyk siwe, stalowe. Długo wpatrywali się w siebie. Potem Malczyk niedostrzegalnie ścisnął majstra wyżej kiści ręki, aż ten poczuł w ustach jakby smak miedzi. Malczyk powiedział krótko:

— A za opiekę nad moją żoną, to już panu kiedyś, ale to nieprędko, może po latach, odwdzięczę się! Mam czas. — I odszedł.

Zielnik omijał od tego czasu Malczyka z daleka. Bo też żadna kobieta nie kosztowała go tyle wzruszeń, jak ta Genka!

Inne mógł mieć — za odwołanie redukcji, albo za groźbę redukcji; za zerwanie nici, albo za naprawienie nici; za reperowanie warsztatu, albo za niereperowanie warsztatu!...

No i bez żadnych potem chryj, spokojnie: w zgodzie z dobrym trawieniem i dobrym obyczajem: bez zbytniego rozgłosu.

Bo majster Zielnik poza tym był dobrym familiantem8: dzieci swe kształcił; żonie na różne jej przyjemności jak np. pielgrzymki, wota, nie szczędził datków; sam do różnych bractw, a jakże, do różnych przyzwoitych organizacji także należał.

Wszystko więc było w porządku.

II. „Zastępca” robotniczy

Roman Gałkowski czuł się w fabryce niejako dożywotnim delegatem, „zastępcą robotniczym”, jak mówiło się w bardziej uroczystych okolicznościach. Dużo przyczyn składało się — tak myślał — na to dożywocie delegackie. Ogół robotników, w większości kobiety — był bardzo spokojny, cierpliwy jak koń, jak wół (jak osioł, chciałby czasem powiedzieć Gałkowski), nie miał żadnych wymagań, mógł „czekać”... Poza tym — do tego czasu — na terenie fabryki nie było żadnych innych organizacji poza tą, której mężem zaufania był Gałkowski. Ta zaś mogła zawsze w dzisiejszych warunkach bić na głowę każdą „konkurencję”, gdyż była, choć radykalna, skrajna, lewa, ale... prorządowa9. Przecie jeszcze niedawno, parę lat temu, na uroczystościach organizacyjnych siadywali i nawet występowali premierzy, czynni ministrowie... Popieranie było bardzo mocne. Wprawdzie w ostatnich czasach trochę się pod tym względem zmieniło, powstało sporo kwasów między górą organizacji a rządem; rząd to i owo zarzucał organizacji, organizacja — jeszcze więcej — rządowi; ale na prowincji, z władzami, jeszcze sobie wszystko dość morowo szło. Pierwszym dowodem tego było zagarnięcie tej fabryki. Nieledwie od samego jej powstania (cztery lata temu) cała załoga należała do tego związku. Po prostu majster lub kierownik przy przyjmowaniu robotników nadmieniał (delikatnie, żadnego przymusu nie było), że jeżeli względem jakiej zawodowej organizacji, to radzi (nie przymusza, nie, tylko zaleca, orientuje) wybrać tę, a nie inną: więcej może pomóc w polepszaniu warunków pracy. Skutek był wspaniały, prawie od razu pozapisywali się wszyscy. Na około czterystu ludzi w załodze opowiedziało się przeciw (i to nie jakoś demonstracyjnie, gdzieżby tam! po cichu) zaledwie kilku mężczyzn: poszli do klasowców10, a może raczej — zostali, jak byli przedtem, u klasowców. Taki morowy skutek, a raczej po prostu taka „pomoc” dyrekcji fabryki była możliwa tylko dlatego, że władze administracyjne w dalszym ciągu życzliwszym okiem patrzyły na ten związek niż na każdy inny.

Była jeszcze inna, poufnej natury przyczyna, dla której Gałkowski czuł się tak „dożywotnio” na tej delegaturze.

Gałkowski był młodym człowiekiem, nie miał jeszcze skończonych trzydziestu lat, ale w życiu przeszedł już dość dużo. Syn małorolnych, wyniszczonych gospodarzy, jako małe dziecko dostał się z małej wsi do wielkiego miasta wraz z ojcem, który przywędrował tu za swym panem, ongi11 wielkim kresowym magnatem. Magnat, wyzuty doszczętnie z magnactwa, a nawet z dostatku przez rewolucję społeczną na Ukrainie, dożywał reszty swych lat na skromniutkiej stopie, zatruwając siebie i całe otoczenie gryzącym kwasem. Kwas był na co dzień, na obiad i do łóżka. Dziedzic nie miał już żony i nigdy nie miał dzieci; stąd najsolidniejsze porcje kwasu spływały na służbę. Oczywiście Roman nigdy nie wychodził z kuchni, skoro tylko pan był w domu. Dwupokojowe, najskromniejsze mieszkanko na trzecim piętrze brudnej i odrapanej kamienicy śródmieścia udostępniało się jego oczom i innym zmysłom tylko w tych rzadkich okresach, kiedy pan (na krótko zawsze) wychodził z domu, lub (co jeszcze rzadziej bywało) wyjeżdżał do krewnych na wieś. Były to rzadkie i krótkie chwile; zasadniczo egzystencja małego Romana zamykała się w granicach małej kuchenki. Jednak działanie kwasu promieniowało i tu, gdyż kwas dostawał się do Romana przez ojca „kamerdynera” i Teklę — kucharkę, a jak siebie lubiła nazywać — „gospodynię”. Działanie kwasu ustawało czasem tylko na krótką chwilę, gdy do pana wstępował ktoś z dawnych, dziedzickich jeszcze, znajomych; wtedy posyłało się po zakąski, wódkę, wiele wódki i po krótkim czasie ponurego jedzenia i picia następowały wybuchy wesołości. — Dziecinna egzystencja Romana i pod innym względem nie należała do wesołych, gdyż pan wraz ze służbą przeważnie niedojadali. Ostatecznie pan musiał się jako tako ubierać, miał pewne potrzeby własne, z których nie chciał rezygnować i na to szły te skromniutkie środki pieniężne, jakie udało mu się jeszcze wyratować z rozgromu. Jako tako też i jadł. Ale na żywienie służby nie starczało. Jeszcze Tekla, która prócz kucharskich, spełniała dla pana i inne, też niezbędne czynności, dokarmiała się jakoś lepiej z pańskich resztek. Wiek pana, jak tylko Roman go pamiętał, był zawsze nieokreślony: czy miał lat czterdzieści, czy był po pięćdziesiątce, nikt tego nie wiedział. Był jednak zawsze mężczyzną jak się patrzy i swoich potrzeb pilnował. Tekla, przystara dla pana, bo już grubo po trzydziestce, była zawsze pod ręką; umiała nosić się czysto; była zdrowa; wszystko to były względy, dla których pan cenił Teklę. Ani Tekla, ani ojciec Romana nie brali żadnej pensji, jak tylko Roman siebie pamiętał — służyli „za życie”. Tylko, że Roman z ojcem tego „życia” też za dużo nie mieli. Łączyła natomiast Romanowego ojca z dziedzicem jakaś miłość, czy przyjaźń, jakieś głupie wprost tego człowieka do pana uwielbienie. Nigdy nie doszedł Roman, czy pan zrobił kiedy co dobrego jego ojcu. Słychać było tylko zawsze pańskie kwasy, niezadowolenie, wyrzekanie. Ale trójka ta była ze sobą związana wspólną ucieczką z majątku, codzienną wspólną wegetacją i wreszcie swoistym powiązaniem, tajemnicę którego Roman nieprędko rozpoznał: pan i ojciec jego mieli wspólną kobietę, tę właśnie Teklę i żyli z nią sobie na zmiany.

Zresztą, niedługo to wszystko w Polsce trwało. Przyjechali z kresów w roku 1918, Roman dobiegał wtedy dziesięciu lat. Mieszkali tak razem wszyscy do 1924. Pierwszy umarł pan. Nie wiadomo dlaczego i co mu się stało, bo nigdy się nie leczył. Pewnego wieczora bardzo mocno zapił sobie z dalekim kuzynem, kuzyn w nocy wyszedł, a pan jak siedział przy nim w fotelu, tak już z niego nie wstał. Ojciec Romana znalazł go nad ranem już zupełnie skostniałego. W jakie dwa miesiące po śmierci pana zdarzył się z ojcem wypadek: potrącił go tramwaj, wprawdzie nie na śmierć, ale zabrali go z ulicy ze złamanymi kolanami do szpitala, ze szpitala zaś, po paru tygodniach — do ziemi. Roman wcześniej zresztą już z ojcem się rozłączył, bo jak tylko skończył czternaście lat, ojciec oddał go do ślusarza do terminu. Ślusarz miał większą izbę i potrzebował chłopca do różnej pomocy, więc Roman tam zamieszkał. Po śmierci ojca Roman nie zaszedł już nawet nigdy do mieszkania pana, które przecież przy Tekli pozostało (musiał więc pan zawczasu o tym myśleć, skoro tak rozporządził); nie wiedział też, co się dalej z Teklą stać mogło. Tekla nigdy nie była dla niego dobra, ani życzliwa, złe miał przy niej życie; ale po śmierci ojca dziwnie jakoś spokorniała, przyszła nawet do niego do warsztatu oddać mu jakieś dobre spodnie po ojcu i wtedy słyszał, jak żaliła się majstrowi na swój los, że została sama. Powiedziała tak: „dwóch ich sobie miałam, każdy inszy, ale każdy mi się jakoś nadał. No i tak teraz zostałam od razu bez żadnego”. Roman miał już szesnasty rok; wiedział już dobrze, jak to jest w życiu z kobietami i oświadczenie to zamocowało już tylko przypuszczenia, jakie sobie uprzednio co do ojca poczynił. Zresztą, nic go to przecie nie mogło obchodzić.

Termin u ślusarza skończył się niespodziewanie. Warsztat pracował nikło, przeważnie robił naprawki różnego śmiecia, starych prymusów, marniejszych maszyn do szycia, innych różnych drobnych rzeczy. Niczego się przy tym nauczyć nie było można, a zresztą majster nie udzielał wcale żadnej nauki. Chłopiec był mu potrzebny do podawania, podnoszenia, przytrzymywania obrabianego przedmiotu, albo znów do posyłania go gdzie było trzeba, no i wreszcie do domowych potrzeb i posług. Roman przez cały pierwszy rok nie zarabiał wcale nic, tyle że miał gdzie spać i miał wyżywienie, niewiele zresztą lepsze niż u starego pana przy ojcu. Za to pracy, to znaczy — głupiego uwijania się, posyłek, harowań różnych miał po uszy tak, iż spać szedł bardzo późno z bólem we wszystkich kościach i z tym samym bólem zwykle się budził i wstawał. W drugim roku majstrowi wypadało już dawać mu co pewien czas choć parę groszy, tym bardziej, że ojciec jeszcze żył, dowiadywał się, wypytywał. Nudziło to majstra i tłumił w sobie do czasu zamiar wyrzucenia Romana z terminu z tym, żeby upatrzyć sobie znów mniejszego chłopaczka do posług. O pretekst do zerwania terminu i umowy (zresztą ustnej), nie byłoby trudno nawet za życia ojca. Przecie można było zawsze wykazać się jakim świadkiem, że chłopak coś zwędził lub też chciał zwędzić. Ale tu przyszła majstrowi z pomocą śmierć ojca. Majster wyczekał dokładnie miesiąc od tej żałobnej daty; jeszcze kiedy Tekla odwiedziła Romana, zapewniał ją o swoich najlepszych zamiarach w stosunku do chłopca; w kilka zaś dni potem powiedział mu wprost: „Ty, wiesz, nie jesteś mi już potrzebny! Zabieraj się! Masz tę tam swoją opiekunkę, stary jej zmarł, może ciebie weźmie; nawet lepiej ci będzie, bo tuczyła cię będzie jak prosiaka!” Roman odszedł tegoż dnia, bo nie wiedział, czy może nie odejść? Do Tekli nie poszedł nawet nocować. Miał już znajomych chłopaków, przenocowywali go.

Jednak trzeba było z czegoś żyć; zarobić nie bardzo umiał, silny ani bardzo zdrowy nie był; w polu się nająć albo do budowania dróg — nie potrafił. Tak więc imał się każdej roboty, posyłek, sprzedaży ulicznej, żeby tylko jako tako żyć. W tym czasie — miał rok osiemnasty — zapoznał się u kolegi z miłą dziewczyną, której się bardzo spodobał. Była to tak zwana „życiowa szansa”. Dziewczyna ta, ładna i ponętna, miała zabezpieczone środki do życia, bo rodzice odumarli ją niedawno i pozostawili jej budkę z sodową wodą i łakociami. Budka, na zbiegu ludnych ulic w dzielnicy robotniczej, miała dobry handel i z łatwością wychodziła na swoje. Mira od paru lat już zastępowała matkę w sklepiku, gdyż w rodzinie zauważono, że handel na tym zyskuje. Ładna dziewczyna nie miała też żadnych ambicji, nie chciała pobierać żadnej nauki i wolała królować w swojej budce. Dziewczyna znała już dobrze życie i rozporządzała nieokiełznanym, zaborczym temperamentem, który nakazywał jej posiąść natychmiast wszystko, czego zapragnęła. Tak więc stało się i z Romanem. Nie potrzebowali nikogo się radzić. Mira przepędziła wszystkie ciotki i krewniaczki, które życzyłyby się zaopiekować jej losem i nie dała żadnej nawet obejrzeć wybranego, ubogiego, prawie bezdomnego chłopca; zabrała go do siebie na noc w parę godzin po poznaniu, a w ciągu tej nocy przyszła do przekonania, że jej odpowiada i że należy pozyskać go na stałe. Uradzili więc, że się pobiorą. Romanowi nie zależało wcale na tym, skoro osiągnął już ciepłe mieszkanie, utrzymanie i ładną, zdrową, namiętną kochankę. Ale Mira obstawała przy sakramencie. Pobrali się. Roman miał dzięki temu kilka tłustych i sennych lat życia. Wstawał kiedy chciał; bywał albo nie bywał w budce, tak, jak chciał. I całodzienną sprzedaż w budce i wszystkie zakupy dla budki załatwiała żona. Utył bardzo na tym gospodarstwie; sennie i syto żył; tylko zmartwieniem żony było, że nie mógł jej dać dziecka. Takie życie trwało aż do dwudziestego trzeciego roku obojga młodych, bo byli w jednym wieku. W tym roku (był to rok 1930) pewnego dnia Mira wyrzuciła Romana zupełnie tak samo, jak to zrobił uprzednio majster. Użyła nawet tych samych słów.

— Wiesz ty — powiedziała mu pewnego wieczora, rozpinając podwiązki — idź już sobie jutro stąd gdzie chcesz, bo ja o małżeństwo takie nie dbam; nie jesteś mi już wcale potrzebny!... Małżeństwo, to ja uważam — dzieci, a ty tego nie możesz mi zrobić; zresztą, i tak — tyjesz, wysypiasz się i coraz to robisz się nudniejszy...

Roman uniósł senny już nos znad poduszki (sypiali w jednym łóżku, ale daleko już było od ognistych uczuć pierwszych miesięcy) i chciał wyrazić oburzenie, ale mu to wcale nie poszło. Rozważył też milcząc, że w ciągu czterech lat kobieta ta pracowała na jego utrzymanie, a przecież niczym jej nie wynagrodził, bo chciała tylko dziecka; co zaś do mężczyzny, to — młoda i ładna — mogła ich mieć do wyboru. Krępował się spytać, czy ma już lepszego na widoku; kręciło się koło niej dość. Roman zawsze czuł się jakiś „przygodny” w tym stadle; tak jak przygodny był w pańskim mieszkaniu, przy ojcu, przygodny u majstra. Żeby się za bardzo nad nim nie wynosiła, ziewnął i powiedział: „A wiesz, że to i dobrze!... I ja mam inne plany... Nawet mi się już znudziłaś... Pewnie dlatego i nie masz ze mną dziecka... Bardzo chętnie nawet odejdę”... Mira popatrzyła na niego z zupełnie wyraźnym akcentem w oczach: „dureń”, ale powiedziała bardzo grzecznie: „To posuń się lepiej do ściany; dużo zajmujesz miejsca” — i odwróciła się do snu. Po paru dniach Roman opuścił swoje małżeństwo.

Tu już jednak okazały się wielkie trudności w prostej sprawie podtrzymania własnego bytu. Już o robotę było trudno. Nieraz też wracać musiał do Miry; prosić o pieniądze, które w drobnych ilościach otrzymywał; prosić o nocleg, o jakąś pomoc. Mira dopuszczała go grzecznie do stołu i umiarkowanie — do kieszeni, ale noclegów nie lubiła: kiedy zaś nocował, musiał spać osobno, na małej kanapce. Po kilku takich nawrotach do żony, zastał i tę furtkę zamkniętą. Przyszedł kiedyś wieczorem; nie miał pracy, niedojadał, po prostu nie miał gdzie nocować. Mira długo nie otwierała mu, a gdy wreszcie otworzyła drzwi, zobaczył tylko jej wysuniętą rękę i dwa złote. — „Nie mogę cię nocować; w ogóle przeszkadzasz mi; nie wracaj tu już więcej; wprost nie wiem, jak ty się nie wstydzisz”. Drzwi się zatrzasnęły. Roman stał za drzwiami, zły i zmartwiony i słyszał, jak Mira, kładąc się z powrotem do łóżka, mówiła do kogoś popędliwie: „No patrz, ty!! Tacy są mężczyźni! Doi mnie i doi; nie wstyd to mu? Inne żony skarżą o alimenty, a tu ten!!” Nagle głos jej zmienił intonację na miłą i czułą, przypominającą tę z pierwszych miesięcy ich małżeństwa i Roman usłyszał dokładnie: „I w takiej chwili, musiał, bydlę, stukać!!”

Nędza i głód doprowadziły Romana, jak tylu innych, do kradzieży. Przyłapany, przyznał się w śledztwie do niepopełnionych przestępstw i nazwał nieistniejących wspólników. To — zamiast zniechęcić — ogromnie spodobało się wywiadowcy, z którym miał do czynienia. Zaproponował mu po odbyciu kary — służbę dla wywiadu. Polecił mu pewne przygotowawcze studia już w więzieniu. Roman przyjął, jak się to mówi, z miłą chęcią. Nie miał istotnie żadnych skrupułów. Ciężkiej pracy pełnić nie mógł — tak mu się zdawało; żyć potrzebował, głodowanie gnębiło go. Taka służba, zapewniająca i utrzymanie i nadto stosunki, odpowiadała mu. Siedział zresztą w więzieniu tylko dwa miesiące i po uwolnieniu natychmiast zabrał się z energią do nowych obowiązków.

W tym miejscu popełnił rzecz, którą sam w swym nierozwiniętym mózgu uznał jednak za świństwo. Mianowicie — zaszkodził Mirze. Medytacje więzienne i rozmowy tam z „doświadczonymi” mężczyznami uświadomiły go, że Mira „nie miała prawa” postąpić z nim tak, jak postąpiła. Rozpamiętywał gorzko wszystkie wygody życia u niej i owo „wypowiedzenie” mu małżeństwa, wiktu i opierunku jednej nocy, a później — przepędzenie go w drugą noc, kiedy innego już darzyła miłością, a na pewno i wiktem, i opierunkiem... Nagle, niespodziewanie dla niego, w więzieniu wspomnienia te zaczęły go gryźć i parzyć. Postanowił „pokazać babie władzę”... Doszedł, z kim żyła. Był to młody czeladnik piekarski, śliczny chłop, zapamiętały „buntownik” i socjalista. Nie mieszkał u niej, nie chciał wiktu ani opierunku, sam miał dobrze płatną pracę, był kawalerem, przychodził do niej noc w noc „z wolnej ręki”, żeby się kochać. Musiała więc mu się podobać.

Roman zadenuncjował tego chłopca. Doznał uczucia tryumfu — upajająco nowego w całym jego życiu! — kiedy spotkał się wypadkowo z Mirą, wystającą pod więzieniem, spłakaną do niepoznania, skrzepłą, wychudłą w cierpieniu. Nie widziała go i stchórzył pokazać się jej na oczy, choć przecie nie była w stanie dojść źródła swego nieszczęścia. Ale rzutu oka na jej postać wystarczyło, żeby dostrzegł, jak unosił się sweter na jej brzuchu, jak bardzo zaokrągliły się biodra; dopięła więc swego: miała mieć dziecko! Uczucie tryumfu spotęgowało się: „Dobrze załatwione!! Teraz dopiero musi ją boleć, że zabrano jej odpowiedniego samca”.

Denuncjując chłopaka Miry, Roman awansował na konfidenta, który potrafi mieć wiadomości ze środowiska ruchu robotniczego, może — rewolucyjnego. I tak właśnie doszedł Roman do swej ostatniej kariery.

Kryzys pogłębiał się, a wraz z nim wzrastały nastroje opozycyjne w społeczeństwie. Roman otrzymał pracę w jednej z fabryk metalowych, gdzie postawiono mu warunek, żeby śledził za krzewieniem nastrojów opozycyjnych. Uczucie władzy i połączone z nim uczucie tryumfu stanowiły nowe, dodatnie przeżycia Romana. Mógł teraz telefonować do różnych panów, z którymi wiązały go i łączyły różne zadania, spotykał się z panami w różnych lokalach, wydawał się sobie czymś innym, nie tym Romanem od starego pana, od majstra, od Miry... Zresztą, musiał zmieniać fabryki, bo robotnicy umieli się jakoś po czasie połapać i nieraz mogło mu być gorąco, gdyby w porę nie uszedł. W końcu uznano za wskazane, żeby Roman obrał sobie jakąś określoną fizjonomię polityczną i związek, z ramienia którego mógłby stale działać. Przez tchórzostwo, które było mu wrodzone, przez chęć łatwizny i wygodnictwa wstąpił do związku orientacji rządowej. W ten sposób został delegatem w fabryce trykotaży pod firmą „Szpilka”. I to właśnie — służba konfidenta sprawiała, że Roman Gałkowski traktował tu swoje delegactwo tak jakby dożywocie.

Co do wygody, nie miał wprawdzie teraz tak dobrze, jak przed kilkoma laty w fabryce metalowej. Tam delegaci, na zasadzie ustnej ugody zarządu fabryki ze związkiem, bywali z reguły zwalniani od pracy przy warsztacie (od chwili wyboru i przez cały okres delegatury), a płatni byli tak, jakby pełnili swoją warsztatową pracę: tę samą mieli stawkę, przy jakiej zastał ich wybór na delegata. Teraz — lata kryzysowe, wzrastająca dążność właścicieli i zarządów fabryk do oszczędzania na robociźnie, zmniejszające się od pięciu lat prawa i przywileje robotnicze sprawiały, że delegat nie otrzymywał tak doskonałych warunków i zasadniczo musiał robić przy warsztacie; dla społecznych zaś, delegackich obowiązków musiał wykrawać czas w przerwie obiadowej lub też po godzinach pracy. Oczywiście, ścisłe trzymanie się stricte takich warunków byłoby znów nie do pomyślenia. Przecież musiał wychodzić od czasu do czasu do inspektora pracy, nieraz musiał tracić całe godziny. Byłoby to z wielkim uszczerbkiem dla jego zarobków. Miał też i to na względzie, że czasem wypadało mu być w godzinach pracy w urzędzie bezpieczeństwa, kiedy miał coś tam do zakomunikowania. Uzyskał też zamaskowaną pomoc tego właśnie urzędu — interwencję „miarodajnych czynników” u dyrekcji fabryki, żeby nie krzywdziła delegata Gałkowskiego, którego prorządowe nastawienie i dobroczynny wpływ na nastroje załogi robotniczej należało uważać za zupełnie pewne. Dyrekcja nie bardzo rozumiała z początku, dlaczego niepokaźny delegat Gałkowski korzysta z takiego poparcia, ale dla dobrych stosunków z urzędami wolała być dobrze z ustosunkowanym delegatem. W końcu zaliczano mu każdą dniówkę i wszystkie dniówki za pełne, niezależnie od liczby wyjść i liczby przechodzonych godzin.

Gałkowski miał na ogół w fabryce prawie święte życie. Robotnicy werbowani byli przeważnie z okolicznych wsi, nie tknięci żadnym trądem opozycyjnym i przepełnieni ową niewypowiedzianą zdolnością bezkresnego czekania na polepszenie warunków. Gałkowski doskonale rozpoznawał się w istocie warunków pracy w tej fabryce i umiał je porównać z lepszymi warunkami w innych fabrykach lub w latach przedkryzysowych, więc w duszy sam się dziwował niekończącej się cierpliwości robotniczej. Nabył wprost rutyny w uspokajaniu robotników, w umiejętności obiecywania im pomocy, której nie wypełniał. Była to prawdziwa umiejętność i sztuka: tak przewlec, tak przemaglować każdą sprawę, każdą słuszną pretensję, tak ją rozwłóczyć po konferencjach bez określonego wyniku, po sieci interwencji, że z pretensji i sprawy w końcu nic konkretnego nie zostawało. W tej sztuce Gałkowski dopiął istnej doskonałości. Najuporczywszy robotnik, kiedy po pięcio lub dziesięciokrotnym przypominaniu i pytaniu, bywał znów odsyłany do innego terminu, maglowany przy innej wątpliwości prawnej — odstępował od swej słusznej pretensji, a dziwna dobrotliwość i wyrozumiałość większości robotników sprawiała, że prawie nigdy nie dochodziło do żadnych poważniejszych wybuchów. Zaledwie kilka razy Gałkowski wyczuł, że ten i ów robotnik wpada na trop jakiejś bliżej nieokreślonej wątpliwości; że załamuje się zaufanie do delegata, że wyczerpuje się ta przysłowiowa „polska cierpliwość”. Wtedy umiejętnie intrygował miedzy robotnikami, budził w innych podejrzenia co do tego, który przestawał mu ufać. Robił to bardzo zręcznie, bez szczególnego nacisku. Na przykład: przeglądając książeczki obrachunkowe w obecności kilku robotników, natrafiał niby przypadkowo na książeczkę interesującego go robotnika (podłożoną umyślnie w tym celu w określone miejsce, żeby weszła pod rękę) i niby niechcący ronił nagle: „Ale ten, powiedzcie no, Jackowski (lub Malczyk), co on się tak koło majstra uwija? hę? Ma w tym co, albo jak?! Nic nie rozumiem”... A zapytany wręcz: „Co sobie na ten przykład myślicie? O co idzie?” - wycofywał się wnet i zasłaniał — solidarnością robotniczą: „Nie, co znowu! kwestię chcecie mu robić o takie głupstwo?! Teraz w kryzysie nie rozbijanie, a łączenie nam potrzebne!... Nic takiego nie chciałem wcale powiedzieć”... Pozostawało niemiłe, niewyraźne wrażenie, że jednak z Jackowskim (lub Malczykiem) nie wszystko było w porządku, skoro się lizał do majstra. Czasem też robił — w mniej wyraźnych chwilach — masówkę i wręcz stawiał pytanie, czy mu ufają? Wyglądał przy tym sam na pokrzywdzonego, na bidulka. Umiał też ich „zażyć z mańki”: o kryzysie, o wzrastającej reakcji, ale też i o obcych agenturach, które sprzedają Polskę. Wszystko się tedy znów rozchodziło po kościach.

Gdy zaś naprawdę czuł, że się rwie, że czyjaś nagła czujność zaciska się mu dokoła szyi, wtedy miał przecie swoją najskuteczniejszą, niewidoczną, a ostrą broń. Uciekał się do niej wprawdzie tylko w ostateczności, bo bał się jednak kiedy przy tym wpaść. Tak właśnie było z Jackowskim. Roman czuł, że Jackowski nie dowierza mu i że żywi już określone zupełnie podejrzenie co do podwójności jego roli w fabryce. Malczyk też był nieufny, ale jakby się jeszcze łamał i wahał to na tę, to na jego znów stronę. Ale Jackowski był już całkiem zdecydowanym jego wrogiem. Pewnego dnia podszedł do niego przy warsztacie i powiedział mu półgłosem:

— Słuchajcie, Gałkowski. Widziałem was wczoraj w takim miejscu, że wprost nie wiem, co o was myśleć!

Gałkowski zbladł, bo rzeczywiście poprzedniego dnia odwiedzał to właśnie miejsce.

— Nie rozumiem was — wybełkotał — o co chodzi?

— Nie chcę robić skandalu — powiedział tak samo cicho Jackowski — ale radzę wam, usuńcie się lepiej sami z fabryki, bo już tu nie możecie z nami być... Pracujecie na dwa fronty!... — i odszedł.

Tej nocy, późno, Gałkowski prosił telefonicznie o posłuchanie w bardzo pilnej sprawie i z wszelkimi ostrożnościami udał się na widzenie. Zaklinając na wszystko, że może się wsypać i wsypać całą sprawę, prosił o przytrzymanie Jackowskiego jeszcze tej nocy. Starszy wywiadowca, z którym mówił, miał wielkie wątpliwości, jak się to da zrobić. Jackowski nic nigdy nie miał nie tylko z żadnym komunizmem, ale w ogóle z żadną polityką i jak go będzie zatrzymywał? Tyle już ludzi siedzi bez dostatecznej przyczyny; to się jeszcze robi, jak co poważnego za tym stoi, ale żeby tak dla każdego przeciętnego konfidenta!... Gałkowski nie dawał za wygraną.

— Tylko o to proszę, żebyście zabrali go dziś do aresztu, a ja wam w mig dowodów dostarczę, świadków i wszystko takie... Przecież wiecie, że to i to umiem zrobić... A jeżeli go nie zamkniecie dziś, to jutro już on może wystąpić przed załogą i wtedy będzie klapa!...

W końcu wywiadowca się zgodził. Ale i tego jeszcze było mało. Gałkowski prosił o „nauczenie” w urzędzie Jackowskiego, nieszkodliwie, ale tak, żeby się choć parę tygodni nie mógł ani z nikim widzieć, ani pisać nic, bo inaczej przez żonę dałby znać do fabryki. W ciągu zaś paru tygodni będą i dowody „na mur”, no i Gałkowski zdąży się już tak koło Jackowskiej i dzieciaków zakrzątnąć, że jeszcze na dobroczyńcę wyjdzie... Sprawa została załatwiona. Przy czym załatwiona tak precyzyjnie, podług dokładnych próśb Gałkowskiego, że Jackowski nie został aresztowany w mieszkaniu (byłby zaraz pewno powiązał areszt z opisaną rozmową z Gałkowskim i na miejscu, choćby i przy policji, powiedział to żonie), tylko nad ranem, w podwórzu, gdy wychodził z ustępu, szykując się już do wyjścia do pracy.

Krzyknął wprawdzie głośno, gdy go zatrzymali, bo był ostry chłop i nie tchórz, ale wywiadowca, obecny przy aresztowaniu, ścisnął go tylko za łokieć i wyraziście go ostrzegł na ucho: „Dla pana lepiej spokojnie się zachować, bo dowody są takie...”, przy czym dyskretnie opuścił prawą rękę do kieszeni; posterunkowy zaś zaburczał: „No, co tam, panie Jackowski, każdy tu pana zna, widać jakieś nieporozumienie, wytłumaczy się pan na policji; tylko bez tych wywrotowych sposobów, bo to nas drażni!...”

Jackowski powędrował do aresztu. Tam już zajęto się dalszą asekuracją lojalności delegackiej Gałkowskiego. Gałkowski zaś miał swobodną rękę w opiekowaniu się wcale miłą żoną Jackowskiego, która choć nie dopuszczała do żadnej poufałości, ale przecie nie odrzuciła ręki wyciągniętej z pomocą dzieciom, w szkolnych, odzieżowych potrzebach, w życiu. Tak więc kilkanaście złotych, zebranych na ten cel w fabryce w imię solidarności robotniczej, Gałkowski oddawał osieroconej rodzinie, kapitalizując wyniki własnego sprytu, pięknie rozwijającego się w sprzyjającej atmosferze, ufności i bierności robotniczej oraz sprawnie funkcjonującego urzędu.

Nie przemęczając się zbytnio pracą, używając w miarę alkoholu i kobiet, Gałkowski, jak w małżeństwie z Mirą, tył przy tej delegaturze, a dawne — drażniące nieco — odczuwanie siebie jako osoby, tkwiącej wszędzie przygodnie tylko, zastępowało z wolna spokojne, miłe, choć letnie, trochę wegetatywne poczucie własnego ustatkowania. Gałkowski określił to sam dla siebie słowem: „dożywocie”.

Dożywocie wydawało się wcale murowane. Nie zanosiło się na bliski kres ani ufności i bierności robotniczej, ani ustalonych metod postępowania ze środowiskiem robotniczym i społeczeństwem. Gałkowski nie przewidywał, że raz jeszcze w życiu zaskoczy go szybka likwidacja tych jego — ustabilizowanych zdawało się — życiowych zdobyczy.

Był bowiem człowiekiem płytkim, nie umiał się wcale rozpoznać w zmieniających się nastrojach mas, w prądach, które zaczynały już nurtować nawet w „uspokojonej” załodze fabryki „Szpilka”. Bardzo zarozumiały, był pewny siebie i bardzo już dufny w trwałość tych wszystkich kanonów, które stanowiły ograniczoną mądrość jego życia i urzędowania. A tymczasem, mógł już nieraz zauważyć, że w związku włókienniczym i w okręgowej radzie związków zawodowych tego (prorządowego) ugrupowania niejeden zdradzał już daleko idące w stosunku do jego osoby zastrzeżenia; niejeden miał już go pod stałą obserwacją. Gałkowski przyłożył się do szablonu: prorządowiec — opozycja (wywrotowiec), podług tego szablonu układał całą swą strategię i na tym już dziś opierał wszystkie swe doraźne rachuby życiowe. Mając sam niejako zanik pojęć i pobudek etycznych, nie brał pod uwagę, że tu i tam, niezależnie od politycznych różnic w poglądach, może natrafić na wartościowy element ludzki, o który rozbiją się, jak fale o skałę, jego kombinacje.

Gdy zaś zaczęło mu się rwać, to poszło od razu na całego. Pewnego dnia, gdy przyszedł do sekretarza związku w sprawach „delegackich”, pierwszym człowiekiem, którego zobaczył w poczekalni, był młody piekarz, kochanek Miry. Gałkowskiemu pociemniało w oczach, ale opanował się i przyciskając do boku tekę, wsunął się pośpiesznie do pokoju sekretarza: przecie piekarz nie musiał go znać z twarzy!

Sekretarza nie było, zastępował go jeden z członków zarządu związku, bezrobotny przędzarz selfaktorowy12, Jasio Mitek, „byczy” chłop, kiedyś podoficer legionowy, odznaczony krzyżem walecznych w wojnie polsko-sowieckiej. Mitek, zamiast zwykłego serdecznego uścisku dłoni, podrzucił tylko jakoś pociesznie brwiami i mówiąc: „Gałkowski: a to dobrze, siadajcie!”, jednocześnie wyminął się z wyciągniętą ręką Gałkowskiego i otworzył drzwi do poczekalni. Gałkowski struchlał, gdy usłyszał: „Proszę, towarzyszu Nowicki, tu jest delegat Gałkowski”. Ku dalszemu przerażeniu Gałkowskiego, wszedł piekarz, bardzo spokojny, opanowany. Zmienił się znacznie, schudł: Gałkowski wiedział, że przebył dłuższy czas w więzieniu śledczym, nim go wypuszczono. Mitek serdecznie zaprosił Nowickiego by usiadł i częstował go papierosem. Gałkowski milcząc, łykał ślinę, napływającą mu do ust w ogromnej ilości i z niesłabnącym strachem obserwował, jak dobrze, serdecznie patrzą sobie ci dwaj w oczy. Wreszcie przemówił pierwszy Mitek.

— Więc towarzyszu — jak na złość tak sadził tych „towarzyszy!” — przykra to sprawa, dla nas byłaby bardzo niedobra, bo Gałkowski zorganizował nam parę fabryk i jest w jednej zastępcą... Może to jednak pomyłka! Rozmówcie się z nim tu przy mnie... — Po czym zwrócił się do Gałkowskiego, z widoczną przykrością przenosząc na niego wzrok: — Tutaj właśnie towarzysz-obywatel od klasowców, obywatel Nowicki ze związku piekarzy oskarża was, że siedział w areszcie politycznym przez wasze doniesienie.

Odrzucił w tył głowę i patrzył mu teraz wprost w oczy. Gałkowski chwiejną ręką zapalał swego papierosa. Po dobrej chwili i dopiero po namyśle, powiedział uprzejmie:

— Ten pan — obywatel — mnie nie zna. I ja go po raz pierwszy na oczy widzę. To pomyłka, albo przez jaką zemstę kto temu towarzyszowi naszczekał...

Próbował tu uśmiechnąć się życzliwie do piekarza, ale spotkał się z tak bezlitosnym spojrzeniem, że zbladł pod nim, jak pod ciosem. Piekarz zwrócił się do Mitka i tu Gałkowski rozpoznał znów ze zgrozą rodzącą się między tymi politycznymi „wrogami” serdeczność.

— Z nim nie chcę w ogóle mówić — powiedział piekarz i kiwnął głową w stronę Gałkowskiego. — To on to zrobił. Ja żyję z jego dawniejszą żoną, która go od siebie przepędziła: musiała sama całe lata na łobuza pracować i...

Gałkowski zastukał w tym miejscu palcem po stole.

— Obywatelu — zwrócił się do Mitka — nie pozwalajcież mnie znieważać!!

Ale Mitek, patrząc mu wprost w oczy, zagadał twardo:

— Gadaj lepiej, czy to prawda, z tą żoną, i z tym twoim rozejściem się...

— Nie należy to do rzeczy — bronił się Gałkowski — — sam ją rzuciłem, ale nic do niej nie mam, nic mnie nie obchodzi, z kim tam teraz się przewraca... Nie chciałem jej... — Zrobił wysiłek, żeby wzmocnić swój głos — Sekretarza nie ma? Ty Mitek, doprawdy, brednie wyprawiasz, wysłuchujesz głupstwa, a swojego człowieka nie umiesz...

Przerwał mu piekarz. Wstał, podszedł do Mitka i kładąc mu ufnie dłoń na ramieniu, powiedział:

— Ja was, moi drodzy, w błąd nie wprowadzam. O tej rzeczy wiem sam dopiero od kilku dni, bo już wcześniej byłbym go szukał. Jak dowiedziałem się, że taki człowiek u was jest w związku, to najbliżej mi było do związku, do was iść o sąd nad nim. A skąd wiem, powiem: od waszych zorganizowanych ludzi, nazwę ich i tu z nimi przyjdę!... Jest — dodał, stojąc tak wciąż przy Mitku i z dala patrząc na Gałkowskiego — jest przecie jeszcze nasz ratunek, jest jedna uczciwość proletariacka... Przyjdę tu z Malczykiem z tej fabryki, gdzie ten jest u was delegatem. Malczyk wie...

Mitek, spocony z przejęcia aż po korzenie włosów, uścisnął dłoń Nowickiemu.

— To straszna dla nas sprawa, rozumiecie, ja muszę mieć Malczyka na dowód... Bo między wami była kobieta... No i wam przecie tego w więzieniu nie zdradzili!...

Nowicki odparł krótko:

— Słuszna rzecz. Rozumiem. Musicie być organizacyjnie w porządku. Ja też wam coś zeznam...

Ale tu wysunął się Gałkowski.

— Nie godzę się na Malczyka! — zawołał — bo każdemu w fabryce wiadomo, że to mój zaciekły wróg; tam też o jego narzeczoną to poszło... On na mnie naszczeka, a jak ja się w takiej sprawie obronię?! Nie mogę się zgodzić na świadectwo Malczyka!

Nie rozumiał, że gubił się tym doszczętnie w oczach Mitka. Wyczuł tylko klęskę, gdy Mitek podszedł i z bliska spojrzał w twarz: dobroduszne zazwyczaj, żywe i miłe, ciemne oczy Jasia, „byczego” chłopa, były złe, były straszne.

— To ty jesteś widać, Gałkowski, to śmierdzące bydlę: to ty widać swoich naprawdę sprzedajesz; to ty jesteś politycznym szpiclem przeciw robotnikom; to mało dla ciebie stryczka, szkoda kuli; butem chyba tratować takie bydlę... — chrypiał tak zduszonym głosem.

Gałkowski cofał się, rzucając urywane wyrazy: — Samowola!!... Do sekretarza!... Prezesowi będę!!! — Ale tu już wszedł między nich Nowicki.

— Zostawcie go teraz, Mitek. Tak nie możecie, tylko organizacyjnie sprawa musi przejść; musicie mieć nasze zeznania; nie można inaczej... Za poważne to rzeczy...

Poprowadził go do biurka, a Gałkowski tymczasem jak bomba wypadł w drzwi. Nowicki usiadł przy Mitku.

— No, nieszczęście dla organizacji! — powiedział. — Wiecie, że jestem od was inny i waszej organizacji wybraniać nie potrzebuję. Ale przecie wiem, że dużo u was porządnych chłopów, a i do was ot — duże zaufanie od pierwszej chwili czuję i dobrze o was z fabryk słyszałem... Co robić! Takie coś i u nas, i u lewicy może się zdarzyć; a nawet na lewicy robotniczej to bardzo często, bo przecie cały ruch robotniczy tak chcą podjadać i kończyć!... Nie zamartwiajcie się tak za bardzo, chłopie! — dodał serdecznie, widząc jak Mitek głowę na obu rękach wsparł i krył przed nim ciężki rumieniec wstydu. — Nawet wam, wiecie, już tak poza organizacjami, z proletariackiej solidarności, coś poradzę. Sprawę jego spokojnie, spokojnie prowadźcie, a szybko, a cicho. Jeżeli osobiście nie czujecie się na siłach, że to was zaraz rwie rozprawić się z nim, to niech to lepiej weźmie sam sekretarz, albo i cały zarząd lub komisja specjalna. Malczyka wezwiecie, a i ja przed każdym tu u was ciałem zeznawać będę, bo to sprawa nasza wspólna robotnicza!... I radzę wam tylko: zaraz go, natychmiast, dziś już zawieście w delegackich obowiązkach... Bo tych to już nie może dłużej pełnić...

Wstali. Mitek, zdręczony moralnie, dziękował mu bardzo za życzliwość, za serdeczność. Żegnali się. Już Nowicki wychodził z pokoju, gdy Mitek wybiegł zza biurka i zatrzymał go.

— Oto — powiedział — i cóż tu dłużej gadać! Oto z takiej ciężkiej sprawy wyrasta od razu, że musi być jednolity robotniczy front!! Nie? — Roześmiał się piekarz i objął go ciepłymi promieniami swych czarnych, wpadłych w więzieniu oczu: — Tak — powiedział tylko — bracie!

— To straszna dla nas sprawa, rozumiecie, ja muszę mieć Malczyka na dowód... Bo między wami była kobieta... No i wam przecie tego w więzieniu nie zdradzili!...

Nowicki odparł krótko:

— Słuszna rzecz. Rozumiem. Musicie być organizacyjnie w porządku. Ja też wam coś zeznam...

Ale tu wysunął się Gałkowski.

— Nie godzę się na Malczyka! — zawołał — bo każdemu w fabryce wiadomo, że to mój zaciekły wróg; tam też o jego narzeczoną to poszło... On na mnie naszczeka, a jak ja się w takiej sprawie obronię?! Nie mogę się zgodzić na świadectwo Malczyka!

Nie rozumiał, że gubił się tym doszczętnie w oczach Mitka. Wyczuł tylko klęskę, gdy Mitek podszedł i z bliska spojrzał w twarz: dobroduszne zazwyczaj, żywe i miłe, ciemne oczy Jasia, „byczego” chłopa, były złe, były straszne.

— To ty jesteś widać, Gałkowski, to śmierdzące bydlę: to ty widać swoich naprawdę sprzedajesz; to ty jesteś politycznym szpiclem przeciw robotnikom; to mało dla ciebie stryczka, szkoda kuli; butem chyba tratować takie bydlę... — chrypiał tak zduszonym głosem.

Gałkowski cofał się, rzucając urywane wyrazy: — Samowola!!... Do sekretarza!... Prezesowi będę!!! — ale tu już wszedł między nich Nowicki.

— Zostawcie go teraz, Mitek. Tak nie możecie, tylko organizacyjnie sprawa musi przejść; musicie mieć nasze zeznania; nie można inaczej... Za poważne to rzeczy...

Poprowadził go do biurka, a Gałkowski tymczasem jak bomba wypadł w drzwi. Nowicki usiadł przy Mitku.

— No, nieszczęście dla organizacji! — powiedział. — Wiecie, że jestem od was inny i waszej organizacji wybraniać nie potrzebuję. Ale przecie wiem, że dużo u was porządnych chłopów, a i do was ot: duże zaufanie od pierwszej chwili czuję, i dobrze o was z fabryk słyszałem... Co robić! Takie coś i u nas, i u lewicy może się zdarzyć; a nawet na lewicy robotniczej to bardzo często, bo przecie cały ruch robotniczy tak chcą podjadać i kończyć!... Nie zamartwiajcie się tak za bardzo, chłopie! — dodał serdecznie, widząc jak Mitek głowę na obu rękach wsparł i krył przed nim ciężki rumieniec wstydu. — Nawet wam, wiecie, już tak poza organizacjami, z proletariackiej solidarności, coś poradzę. Sprawę jego spokojnie, spokojnie prowadźcie, a szybko, a cicho. Jeżeli osobiście nie czujecie się na siłach, że to was zaraz rwie rozprawić się z nim, to niech to lepiej weźmie sam sekretarz, albo i cały zarząd lub komisja specjalna. Malczyka wezwiecie, a i ja przed każdym tu u was ciałem zeznawać będę, bo to sprawa nasza wspólna robotnicza!... I radzę wam tylko: zaraz go, natychmiast, dziś już zawieście w delegackich obowiązkach... Bo tych to już nie może dłużej pełnić...

Wstali. Mitek, zdręczony moralnie, dziękował mu bardzo za życzliwość, za serdeczność. Żegnali się. Już Nowicki wychodził z pokoju, gdy Mitek wybiegł zza biurka i zatrzymał go.

— Oto — powiedział — i cóż tu dłużej gadać! Oto z takiej ciężkiej sprawy wyrasta od razu, że musi być jednolity robotniczy front!! Nie? — Roześmiał się piekarz i objął go ciepłymi promieniami swych czarnych, wpadłych w więzieniu oczu: — Tak — powiedział tylko — bracie!


Ale Gałkowskiego nie zawieszono zaraz w czynnościach. Sekretarz, zarząd stanęli na stanowisku, że jakkolwiek sprawa wygląda na przegraną (Gałkowski wyjdzie na szpicla), ale dla organizacji takie przyznanie się do przegranej przed śledztwem, politycznie nie jest korzystne. Próżno rzucał się Mitek i w pasji szarpał swój krzyż Pierwszej Brygady, z którym się nigdy nie rozstawał; próżno dowodził, że właśnie dla organizacji byłoby tak lepiej i korzystniej. Poza tym inni członkowie zarządu podejrzewali tu możliwość „intrygi opozycyjnej” i woleli być ostrożni... Śledztwo zaczęto wprawdzie nazajutrz, ale Gałkowski przestał być w kilka dni potem delegatem nie w wyniku śledztwa (które sam wikłał, doprowadzając swoich świadków) — a w wyniku zmian w obliczu politycznym załogi i wyborów nowego delegata.


Tegoż wieczora po zarządzie, gdzie przegrał zawieszenie Gałkowskiego, Mitek odszukał Malczyka (kolegę ze Strzelca) i poszli we dwójkę do Nowickiego. Odszukali go dopiero późno wieczorem u Miry. O sprawie Gałkowskiego mówili króciutko: Mitek już wiedział wszystko. Ale długo, długo w noc, aż już miało świtać, siedzieli u Miry: wszyscy czworo ze sobą zwarci w trosce, gniewie i bólu; zaprzyjaźnieni tak nagle, ale już choćby i na śmierć.

III. Dyrektor fabryki

Dyrektor fabryki „Szpilka” Bronisław Baczyński był zupełnie przeciętnym dyrektorem zakładu przemysłowego. Podług ustalonej w tym środowisku hierarchii zainteresowań obchodziła go przede wszystkim własna kieszeń, ambicja i kariera, potem — interes firmy, bo wiązał się ściśle z jego powodzeniem osobistym, a na końcu, oczywiście warunkowo — ojczyzna. Oczywiście warunkowo, o tyle, o ile, gdyż pan Baczyński był już człowiekiem starszym, dopędzał pięćdziesiątkę i miał czas już nieraz zmieniać stosunek do tak zwanej ojczyzny. Przed wojną, jako inżynier z rosyjskiej szkoły, zarabiał świetnie w Zagłębiu Donieckiem i wtedy imperium rosyjskie było jego ojczyzną. Wprawdzie w domu (jego rodziców i później jego własnym) mówiono tylko po polsku (gdy byli sami); w każdym z miast imperium nawiązywano stosunki przede wszystkim z kolonią polską. Ale polityczna orientacja Baczyńskiego (stronnictwo narodowo-demokratyczne) ułatwiała zachowywanie tej polskości z jednoczesnym akceptowaniem tej drugiej, widomej, efektywnie istniejącej ojczyzny — Rosji. Polska — owszem, mawiano o niej, ale to był już przecie, gdy abstrahować od niepotrzebnego romantyzmu, tylko lamus drogich pamiątek. Pan Baczyński potępiał też — razem ze swym stronnictwem — „szaleńcze utopie”, „źródło narodowej klęski”, którymi to epitetami pokrywał zarówno wspomnienia historii powstań, jak i nowe pasmo szaleńczych wyczynów — organizację nowej siły zbrojnej polskiej w postaci związków: walki czynnej, strzeleckiego, Legionów, P. O. W.13 Szczególną zaś nienawiścią ział pan Baczyński, nawet jako człowiek jeszcze bardzo młody — do okresu rewolucyjnych, bojowych wyczynów Józefa Piłsudskiego i Polskiej Partii Socjalistycznej. Kiedy zdarzało mu się wyczytać w gazetach wiadomość o straceniu z wyroku sądowego, czasem zaś — o rozstrzelaniu przez policję na ulicy, którego z bojowców, mimo woli zaciskał pięści i szeptał do siebie: „A la bonne heure! A la bonne heure14!!! Dobrze im tak! Buntownicy! Socjały przeklęte!” — W kolonii polskiej w Odessie, Kijowie czy Rostowie, wszędzie gdzie mu się zdarzało przebywać, manifestował chętnie swoją orientację. A że miał ostry temperament, więc dostawało się nieraz takiej panience lub studentowi, którzy zbierali np. na walkę z lokautem15 łódzkim w latach 1905–1908, na ofiary po poległych na manifestacjach w Królestwie, a potem — na umundurowanie oddziałów itp. „Nie daję!” — odrzucał ostro — „,i piętnuję! Potępiam!! Tak, będę krzyczał, że szaleństwo, nowa dywersja, nowe nieszczęście narodowe!!” — Nieraz też miewał na tym tle utarczki ze zwolennikami czynnej walki o narodową niepodległość. Rewolucja rosyjska w r. 1917 wyprowadziła pana Baczyńskiego z fazy umiłowania rosyjskiej ojczyzny. Z początku wspomagał czynnie (pieniędzmi) wszelkie białe formacje i żywił nadzieje, że to „tałałajstwo zetrą z oblicza ziemi” (dosłowny przekład z rosyjskiego: sotrut s lica ziemli), ale po czasie, gdy mu zachorowała jego willa pod Odessą, gdy zaniemógł i nawet zmarł majątek w Połtawszczyźnie, Baczyński zaczął likwidować, jak się dało, swój dorobek życia w rosyjskiej ojczyźnie i „wyemigrował” do tej drugiej ojczyzny: eks-lamusa16, nieprawdopodobnym sposobem ożywionego z niebytu. I tu przeżył Baczyński okres bardzo przykry, bo choć rosyjską ojczyznę utracił — polskiej jednak nie mógł uznać! To bowiem, co widział teraz w Polsce, napawało go najwyższym oburzeniem i wstrętem! Gloryfikacja, tryumfalny wjazd, powszechne uznanie władzy człowieka17, który był niewątpliwie hersztem i duszą tamtych czerwonych bojówek, potem zaś szaleńczych oddziałów smarkaterii — nie tylko nie zgadzało się to z najgłębszymi przekonaniami pana Baczyńskiego, ale po prostu wykluczało możność przyjęcia takiej ojczyzny. Potem — „hańba rządów Moraczewskiego18”, zjazdy chłopstwa, rady robotnicze — koniec świata!

Baczyński nie uznał tej ojczyzny i przez dłuższy czas był człowiekiem bez żadnej ojczyzny. Założył sobie tymczasem biuro techniczne w Warszawie i niedługo zaczął w tym nieprawdopodobnym kraju nienajgorzej zarabiać.

Jednak przez szereg lat jeszcze Baczyński nie mógł (choć chciał!) przywiązać się do tej ojczyzny. Ustąpił przecie rychło Moraczewski, Daszyński; przychodził Paderewski, Witos, Sikorski19: Baczyński widział u władzy własne stronnictwo polityczne20 — jednak nic prócz zarabiania pieniędzy, nie dogadzało mu w Polsce. Nic mu nie pachniało. Wszystko było jakoś zupełnie inne od wyobrażeń o ewentualnej (nieprawdopodobnej zresztą) restauracji Lamusa, jeżeli ją sobie kiedy w Rosji wyobrażał. Zasadniczo wstręt do Polski wynikał stąd, że nie czuł się tu — sam nie wiedział dlaczego! — całkiem pewnie: nawet taki strzał Niewiadomskiego21, któremu oczywiście współczuł, budził jednak w nim rodzaj niepokoju („A gdyby tak odwet?!”) No a cóż dopiero dni krakowskie w r. 192322: wizja „czerwonego”, robotniczego Krakowa!! Baczyński miał synowca23, akademika24, który w dniach tych był właśnie w Krakowie. Młodzieniec ten na całe już życie zachował nienawiść do proletariatu, gdyż twierdził, że w dniach tych, gdy robotnicy walczyli na ulicach, spacery jego po mieście w białych getrach nie były przez nich mile widziane: zatrzymano go raz i kazano mu przestać pętać się pod nogami, gdy idzie rozgrywka o życie. Jakiś podobny uraz miał stale Baczyński w stosunku do Polski, jakkolwiek obserwował przecie budowę państwa kapitalistycznego, z zachowaną faktycznie stanową hierarchią.

Szczytowy punkt obrzydzenia do polskiej ojczyzny, zupełnego odwrócenia się od niej przeżywał Baczyński w dniach przewrotu majowego w r. 1926. Odcięty od terenów walk ulicznych w spokojnym Mokotowie, siedział jak trusia w dostatniej willi, nic nie wiedząc, ale przez cały dzień z przestrachem patrzył na chorągiew zamku Belwederskiego: czy nie ustąpi Wojciechowski przed rebelią, bolszewickim buntem, przed drabami, których na latarnię!!! I oto przyszedł pewnego wieczoru moment, kiedy ulice Mokotowa zaroiły się od robotniczych postaci z czerwonymi opaskami na ramionach, z karabinami w rękach: postaci te, jak pierwsze jaskółki na wiosnę, sygnalizowały zwycięstwo Piłsudskiego: to robotnicza milicja PPS, przed wstąpieniem zwycięskich oddziałów wojsk na Mokotów, badała i zajmowała dzielnicę. Szarpnął, otworzył okno: minę miał tak wściekłą i rozjuszoną, że młody robotnik, który przechodził właśnie pod kamienicą, zaśmiał się i dla żartu wymierzył w jego okno lufę karabinu. Baczyński zamknął pośpiesznie okno, padł na krzesło przy stole i uronił głowę na ręce, szlochając z żalu i złości, jak dziecko. „Bandyci! — wył — „bandyci, ścierwo, psia krew!! Koniec! Koniec! Uciekamy!! Nie przeżyję już tego więcej!!”

W tych pamiętnych chwilach Baczyński był też na przedmieściu tym wyjątkiem, który klaskał entuzjastycznie generałowi Zagórskiemu25 za rozstrzelanie z samolotu robotnic, stojących w ogonku przed sklepem żywnościowym przy zbiegu ulic Puławskiej i Narbutta. Zdarzyło się to nazajutrz po wkroczeniu wojsk do Mokotowa, o godzinie dziewiątej rano: samolot opuścił się tak nisko, że widziano generała Zagórskiego, jak wprawiał w ruch karabin maszynowy. Baczyński skakał przed oknem z zachwytu i bił brawo: „Rycerz!” — wołał — Bohater!! Zbawca honoru!!” Kiedy zaś podnoszono zabitą kobietę i robotnicy, zaciskając pięści, biegli do miejsca wypadku, Baczyński syczał: „Dobrze jej tak! Dobrze! Z pewnością bolszewiczka, jak oni wszyscy!!”

Po tych wypadkach, w ciągu roku czy dwóch, nie było dla Baczyńskiego żadnej ojczyzny, zdecydowanie nie. Zarabiał wciąż nienajgorzej, ale przemyśliwał wciąż o emigracji i ciułał sobie po trosze pieniądze w zagranicznym banku. Dopiero w r. 1929 zdarzył się w życiu Baczyńskiego epokowy przewrót: oto odzyskał ojczyznę!

Stało się to tak. Późno jesienią zjawił się u niego synowiec (ów obiecujący młodzieniec w białych getrach) i po dłuższym opowiadaniu o własnym życiu i własnych zdobyczach oznajmił Baczyńskiemu, że oto teraz ojczyzna go potrzebuje i że przychodzi (zapewne w osobie synowca) pozyskać go dla pracy „społecznej”. Wyłożył mu zasady solidaryzmu społecznego, scharakteryzował i zanalizował rolę, udział i widoki różnych klas społecznych w budowie aktualnej rzeczywistości polskiej, udowodnił konieczność „współpracy z rządem” tak zwanych „sfer gospodarczych”. Odmalował oczywiście dość plastycznie niewątpliwe zdobycze i wygody, jakie wynikną dla tych sfer z tej współpracy. Okazało się, że synowiec już był czynnym działaczem BBWR26 w stolicy. Proponował Baczyńskiemu zbliżyć się za jego pośrednictwem do wybitniejszych działaczy tej orientacji w przemyśle, obiecał zapoznać go z paroma wyższymi urzędnikami gospodarczych resortów i umówił się konkretnie wprowadzić go w najbliższych dniach na brydża do jednego z eksponowanych w tym ugrupowaniu ludzi.

Baczyński od pewnego czasu miał już własne refleksje, zbliżające go cokolwiek do ojczyzny, ale jednak miał jeszcze dużo obaw i wątpliwości; zadał tedy synowcowi pytanie: „No, dobrze, mój drogi! Wiem przecie, że to jest dyktatura! Zapewne bliższe mi to jest niż rządy robotniczo-włościańskie!! Ale powiedz ty mi, czy Jemu naprawdę można wierzyć? Życie Jego, to całe życie nie budzi zaufania, rozumiesz! A i teraz, ten maj: te sankiuloty27 popierały Go. A Zagórskiego pamiętasz?... Czy aby można wierzyć panu Piłsudskiemu, że nagle nie skręci do socjalizmu?” — Synowiec energicznie rozwiał te wątpliwości. Dawne sprawy nie mają znaczenia. Mussolini był też dawniej socjalistą, a jednak zadał śmiertelny cios światowemu socjalizmowi. Zresztą — czym się ryzykuje?! Trzeba spróbować: im więcej ludzi dobrze myślących skupi się koło rządu, tym pewniejsze utrzymanie status quo i większa możność przeciwdziałania destrukcyjnym prądom. Dorzucił też praktyczne argumenty, proponując Baczyńskiemu rozszerzenie jego dotychczasowej „gospodarczej” płaszczyzny działania. W końcu Baczyński dał się namówić. Pomiędzy owym pierwszym brydżem a objęciem zarządu w fabryce „Szpilka” minęło blisko siedem długich (i tłustych dla Baczyńskiego) lat, urozmaiconych powodzeniem w interesach, imponującym rozwojem stosunków towarzyskich w „miarodajnych” sferach, nabyciem kilku „obiektów”: willi w Gdyni, willi w Krynicy, mająteczku w Kieleckiem. W miarę posuwania się po tych szczeblach majątku i kariery, uczucia Baczyńskiego dla polskiej ojczyzny nabierały coraz większej rzewności, coraz gorętszej temperatury i natężenia. Powstał nawet w nim jakiś skomplikowany stan: mieszaniny dumy, zapału i zadowolenia, że służy tak wybitnie ojczyźnie.

— Nie tylko Polakiem trzeba być — mawiał teraz — ale dobrym Polakiem!

Uwijał się też z młodzieńczą energią wszędzie, gdzie tylko mu wypadało, pozyskiwał dla obozu cennych ludzi ze środowiska inżynierów, handlowców, przemysłowców. Robił nastroje wyborcze. Należał do wskazanych stowarzyszeń. Pomiędzy brydżem w domu, a polowaniem w majątku, łowił nowe potrzebne znajomości i zamocowywał je wszelkimi dostępnymi węzłami. Dużą pomocą w tym wszystkim stała mu się żona. Rozstał się bowiem przed pięcioma laty z poczciwą, niemłodą, mało elegancką kobietą, która zapewnie odegrała w jego życiu dobrą rolę, ale w młodości i w rosyjskiej ojczyźnie. W nowych warunkach, wobec potrzeby wmontowania się w aparat nowej, polskiej ojczyzny, okazywała się nie na miejscu: zbyt ciężka, zbyt naiwna, mało dowcipna i w ogóle dziwaczka. Odeszła z wielkim żalem i uprowadziła dorosłą prawie córkę, udzielając mu zresztą rozwodu niemal bez słowa. Wypłacał jej skrupulatnie niewielką sumkę na utrzymanie w małym prowincjonalnym miasteczku, gdzie miała krewnych.

Nowa żona spadła mu jak z nieba. W błyskawicznym tempie montowała jego karierę w nowej ojczyźnie. W ogóle jego życie szło teraz w błyskawicznym tempie. Młoda, wyzywająco przystojna kobieta nie traciła czasu. Spotkał ją w gronie swych nowych politycznych przyjaciół, na jednym ze zjazdów społeczno-politycznych. Zaimponowała mu od razu wielką bystrością umysłu. Siedzieli właśnie w grupie kilkunastu osób i pili w restauracji szampana, gdy ktoś z obecnych zaczął wspominać czasy wojenne. Wywiązała się stąd rozmowa, kto i gdzie był. Baczyński asystował bardzo pannie Zosi i nie bardzo też śledził wątek rozmowy. W pewnej chwili szepnęła mu do ucha:

— Gapi się pan!! Towarzystwo legionowe! Musi pan tu coś skłamać!

Osłupiał z podziwu: dotychczas jeszcze nie próbował tej drogi. Przyjrzała mu się uważnie i oceniła od jednego spojrzenia, że nie potrafi zręcznie skłamać w tej dziedzinie. Wyczekała tedy chwilę, a potem opowiedziała towarzystwu przezabawną historyjkę o swoim wuju, który razem z tym oto panem Baczyńskim schował podczas rewizji skład broni w łóżku chorej na fluksję ciotki, sam widok której zniechęcił młodych żandarmów do głębszych poszukiwań. Towarzystwo — podgazowane — wypytywało o weselsze szczegóły i tak oto Baczyński został „niepodległościowcem”.

Był wprawdzie moment, kiedy bystrość umysłu Zosi sprawiła mu dużo mniejszą przyjemność. Baczyński zapoznał się z jej rodzicami — zrujnowana ziemiańska rodzina z Podola. Brał stuprocentową pannę, śliczną dwudziestodwuletnią dziewczynę. Po ślubie, rozanielony, dokonał pewnego odkrycia które zwarzyło mu humor.

— Zosiu! — powiedział kwaśno. — Nie mam żadnych pretensji, oczywiście... — Długo milczał. — Ale mogłaś mi powiedzieć!

Odwróciła się ostro do ściany i odpowiedziała krótko, ucinając łeb niepotrzebnej rozmowie:

— Mój drogi! Nie umiesz się rozpoznać!

Zamilkł z podziwu: nie spotykał jeszcze takiego tupetu. Ale nie poruszył już drugi raz tej kwestii. Zosia zaś już nazajutrz oświadczyła mu, wstając:

— Małżeństwo, mój drogi, porządne polskie małżeństwo, musi mieć dzieci! Staraj się o to piorunem! Jedź do wód albo jak, jeżeli nie jesteś siebie pewny: jesteś dużo starszy ode mnie. Ja przeznaczam na to macierzyństwo tylko pierwszy rok.

Pod urokiem tej diabelskiej dziewczyny, Baczyński starał się jak mógł. Miała więc z nim dziecko, syna. Karmiła go dwa tygodnie, po czym odstawiła od piersi i zajęła się swym biustem. W jednym dniu były dwie odrębne narady: jedna, dotycząca pielęgnowania biustu i doprowadzenia go do idealnego kształtu po doznanych zmianach, druga — hodowli syna przez pielęgniarkę i sztucznego żywienia. Gdy zaś Baczyński próbował wtrącić do opinii lekarza i swoje zdanie, że jednak trzeba jeszcze małego karmić mlekiem matki, Zosia spiorunowała go wzrokiem i kategorycznie odrzuciła wszelkie dalsze rozmowy na ten temat:

— Moje piersi czy panów wchodzą w grę?! Więc szkoda gadania!

Baczyński usunął się: to była indywidualność!

Po urodzeniu syna pani Zosia zajęła się montowaniem kariery męża (i własnej sytuacji materialno-towarzyskiej) na własną rękę. Umiała to pierwszorzędnie. Gdy potrzeba było pozyskać sobie poparcie czy sympatię osób starszych i o pojęciach więcej starodawnych, pani Zosia wybierała się z wizytą w skromnej gładkiej sukience, z twarzyczką pozbawioną wszelkiej szminki: całowała starsze panie w rękę, nie lubiła współczesnej sztuki, a już broń Boże — literatury!

— Może to śmieszne, może jestem staromodna na swój wiek, ale dla mnie nie ma lepszej lektury jak Rodziewiczówna...

Nikt jej wprawdzie nie wierzył, ale uważano to za miłe. Gdy zaś trzeba było uzyskać jakąś przychylną opinię o mężu w urzędzie, zbierała skrzętnie wszystkie wiadomości o danym (zawsze wysokim) urzędniku i wówczas, odpowiednio ubrana, przychodziła w tej sprawie do biura. Sposoby jej były jednostajne, nie trudziła się nad ich urozmaicaniem, bo nie było potrzeby: działały. Siedząc, w rozmowie, zakładała nogę na nogę i w pewnej chwili podnosiła sukienkę tak, żeby było widać nogę wyżej kolana. Obliczenie było bezbłędne: jeżeli natrafiała na cnotliwego, skromnych obyczajów pana (taki unikat mógł się też przecież zdarzyć), no to najwyżej spuszczał oczy i nie podnosił tej zaczepki. To się zdarzyło pani Zosi tylko raz, na niezliczoną ilość takich wizyt. W przeważającej liczbie wypadków zaczepkę tę — mniej lub więcej aktywnie — przyjmowano i albo wystarczał sam widok nóżki dla uzyskania potrzebnej opinii, albo następowało pogłaskanie nóżki albo — i to najczęściej — małe spotkanie, krótki wyjazd za miasto.

Pani Zosia zapatrywała się na to filozoficznie: „Nie ubędzie mi” — „Nie zabiorę tego do grobu” — to były jej aforyzmy. A sprawy bywały załatwiane i kariera posuwała się naprzód.

Czy Baczyński o tym wiedział? Pozostaje to tajemnicą. Ale gdyby wiedział, należy sądzić, że przyjąłby i to na rachunek ofiar i poświęceń dla ojczyzny, którą już naprawdę kochał!

Pani Zosia była też specjalistką od urządzania obiadów z potrzebnymi ludźmi. A jakże. Wszystko wtedy bywało „ef-ef”28. Zastawa, treść obiadu, napoje, kawa. Światła do brydża, i w saloniku, i w buduarze. Sama u siebie na przyjęciach nie grywała. Musiała czuwać. Czuwała precyzyjnie. Gdy pito, umiała spojrzeć na obiecującego dyrektora departamentu, podnieść kieliszek w górę i wypić zdrowie... „pana ministra”. A gdy oponował że nie, że wcale nie zanosi się, uśmiechała się łagodnie i znacząco. I mówiła:

— Że nie, to wiemy. Ale będzie pan, będzie!

Dziesiątki wpływowych i często niegłupich panów pozyskiwała sobie właśnie tym sposobem. I z kobietami umiała sobie radzić. Czasem, siedząc przy wpływowej pani, nagle podnosiła jej rękę (czasem — łapę niedźwiedzią) i mówiła półgłosem:

— Ta linia, ta... bardzo oryginalne!...

Gdy w polowaniu w ich majątku wziął udział minister (czasem taki biedak w półsetce wieku dopiero uczył się rozpoznawać29 w polowaniu), umiała rzucić do kogoś uwagę:

— Pan minister ma w sobie to naturalne zrastanie się z przyrodą! To rasowy myśliwski dar!

Minister, zadający sobie piekielny trud takiego szkolenia w późnym wieku, notował taką uwagę w bardzo wdzięcznej pamięci. Mógł rozumieć, że odnosiła się ona bardziej do ministra niż do niego: ale to było miłe, zręczne, to wdzięcznie brzmiało w powietrzu... to robiło dobry nastrój! Dodawało humoru!

Tak więc posuwała się w życie młoda pani Baczyńska, a odmłodzonemu, niepodległościowo brzmiącemu teraz Baczyńskiemu świtała już Polonia Restituta30...

Pani Zosia miała wrodzony dar organizacji pracy, podobnie jak majster Zielnik, tylko na innym terenie i przy innych możliwościach. Wrodzone wyczucie zasad strategii dyktowało jej wyznaczanie punktów, przeznaczonych do kolejnego opanowania.

— Mamy trzy najważniejsze punkty w mieście, których zdobycie zapewni wspaniały rozkwit twej kariery — mówiła do męża. — To Izba Skarbowa, DOK31 i oczywiście, przede wszystkim wojewoda. Prezes Izby Skarbowej ułatwi ci rozwój twojej placówki, DOK... no wiesz, to nie jest bezpośrednie, ale wolę zawsze z tymi sztabami, dwójkami32 itd. być w zgodzie i mieć tam dobrą markę... No, a dobre stosunki z wojewodą: to jest dziś właściwie wszystko! Izbę Skarbową ja biorę na siebie, bo tam jest taki dalszy kuzyn tatusia i znamy się jeszcze z Kresów... Nie myśl nic takiego, bo miałam parę lat, jak to już był dojrzały pan... Rozumiesz, rodzinna życzliwość, wspólne środowisko!... Wojsko? No musiałabym też wziąć na siebie, bo cóż ty tam wskórasz! Że też naprawdę nie umiałeś w porę przystąpić do tych tam Legionów albo choć już do tego Przewrotu Majowego, gdybyś się choć tam kręcił!

(Baczyński przypomniał sobie skrycie, jak klaskał wyczynom generała Zagórskiego.)

— Trudno, nie masz za grosz zmysłu organizacji życia... Więc i to ja. Choć tu mam tremę, bo generał wydaje mi się niewrażliwy, a znów generałowa, bardzo określona... brrr... Trudno. Biorę i to. No, a co do wojewody, to trzeba działać na dwa fronty. To jest współczesny, światowy człowiek, już ja mam o nim dobre wiadomości... To biorę na siebie ja.

Ty do sportów, nart, polowania jesteś śmieszny: nawet lepiej się nie zabieraj, przeszkodzisz mi. Ja mam trening w nartach, sznyt w tańcu, no i wiesz w ogóle... Nie wiem tylko jeszcze, czy on ma temperament, czy też tylko takiego kręćka?! Rozumiesz, nie idzie mi o coś takiego, tylko sam wiesz, że człowiek chce albo nie chce przebywać w towarzystwie kobiet, chce lub nie chce dogodzić... Ty znów masz przy nim swoje określone zadanie. Wiesz, słyszałam w klubie, że ten człowiek nie utrafia33 do „stylu” miasta; no wiesz, do tych historycznych pamiątek, zabytków itd. Ja myślę: współczesny człowiek, co go to obchodzi! Otóż podobno to mianowanie go nie wzbudziło zachwytu nawet w tych, wiesz, „stuprocentowych” legionowych sferach... Otóż wyraźne twoje zadania: podmurowywać go w tak zwanej opinii... Masz znajomych, kręcisz się cały dzień między ludźmi, masz wielkie interesa, wyjazdy, przyjęcia, bywasz u różnych ludzi... Przyłóż się do robienia mu tej podmurówki!... Czy to ostatecznie pomoże mu czy nie, to, prawda, nie może nas bliżej obejść: ale za to taka rzecz od razu się rozniesie po mieście, on się dowie, że działasz bezinteresownie ku jego podtrzymaniu, podmurowywaniu autorytetu itd. Słowem, propaństwowa działalność...

— Prorządowa — wtrącił Baczyński, pogrążony zresztą w pracowitych rozmyślaniach na tematy, poruszane przez genialną żonę.

— Propaństwowa!! — odrzuciła z temperamentem pani Zosia — zupełnie nie nadajesz się do polityki: propaństwowa, to mocniej, szerzej i trwalej. I lepiej brzmi, bardziej przekonująco.

Zabrali się tedy wspólnie i pracowicie do wykonywania tego planu. Sympatie decydujących „ciał” w urzędach skarbowych pani Zosia pozyskała piorunem. Wspólność środowiska, kresowe wspomnienia działały. Bardzo mało straciła nawet na to czasu. Wojskowe za to sfery nie poszły łatwo. Tam panowało jednak jakieś sekciarstwo. Nieprzyjemna generałowa była w młodości nauczycielką, peowiaczką34 i powiastki pani Zosi na temat broni w łóżku ciotki (które ze skutkiem nieraz już powtarzała) spotkały się tu, zamiast z dobrze wychowanym potakiwaniem — z nieufną kontrolą: w czyim domu, kiedy właściwie, z kim, z czyjego polecenia, w jakim kontakcie itd. Nieszczęście chciało, że miasto wymienione przez panią Zosię było generałowej jak najlepiej znane właśnie z tego okresu konspiracji: imiennie znała tam cały, szczupły i dobrany, skład odpowiedzialnych cywilnych konspiratorów oraz żołnierzy delegowanych w okresie wojny dla celów konspiracyjnych. Pani Zosia wpadła, jak nigdy w życiu: męczące wypieki wystąpiły na delikatnie umalowaną twarzyczkę.

Generałowa zastosowała się wprawdzie natychmiast do wymogów dobrego wychowania, wycofała z tej rozmowy, zapytała o dziecko, ale oba małżeństwa odczuły, że nic z tej znajomości nie będzie. Baczyńscy prędko wyszli, a generałowa określiła ich jednym, dosadnym słowem: „Hochsztaplerzy”. Generał, spokojny, beznamiętny filozof, sprostował to z wielkim umiarem: „Przesada!! O tę broń ci chodzi? No to przecie w BB35 przynajmniej co trzeci człowiek wymontował dziś sobie jakąś historię niepodległościową! Baczyńskiego zaliczają poza tym do zupełnie pewnych i do ważnych ogniw w gospodarczych sferach... Poślemy im bilety i na tym się skończy”.

Kompleks wojewody, w myśl planu, małżeństwo opracowywało wspólnie. Tak z miejsca o jakiejś ofensywie nie było co myśleć, bo wojewoda miał wysokie stosunki, wysokie mniemanie o sobie i wcale się nie przykrawał do prowincji. To miało być czasowe, ta prowincja. Przez kilka miesięcy nawet nie otwierał domu: wstęp małżeństwa z wizytą, choć mieli już drogi, nie był wskazany. Ale pani Zosia nie darmo pochodziła ze starej, dostatniej rodziny ziemiańskiej i we krwi już, jak mawiała, „prócz kozackiego temperamentu” miała umiejętność obracania się dokoła swych celów i zamierzeń, a zwłaszcza gdy wchodziły w grę „tricki” towarzyskie. Więc właśnie pierwszy okres, nim wojewoda otworzył swój dom, jako dom rodzinny, nadawał się najlepiej i dla strategii pani Zosi, i dla „roboty” pana Baczyńskiego.

Pan Baczyński działał z dala i został tylko przygodnie raz przedstawiony wojewodzie na jakiejś uroczystości. Ale pani Zosia w parę tygodni po objęciu przez wojewodę urzędowania dobrnęła już do osobistej, mniej formalnej znajomości. Urządziła to sobie wcale pomysłowo. Poszła w składzie delegacji od stowarzyszenia dobroczynnego, które miało wyraźną fizjonomię endecką i zachowywało się dotąd w stosunku do władz z wielką rezerwą.

Pani Zosia wkupiła się do tego stowarzyszenia znacznym datkiem, podparła się osobą jednej z wpływowych tam pań, którą potrafiła sobie pozyskać i osobiście zobowiązać; skłoniła do wyłonienia takiej delegacji, dotyczącej urządzenia kolonii dla dzieci bezrobotnych z pomocą województwa. Gdy przed wojewodą usiadły trzy panie, dwie z nich określił sobie w myśli jako „krowy”; trzecia była urocza i niezwykle zgrabna, zafascynowała go też z miejsca. Gdy mianowicie zorientował się w reprezentowanej organizacji, zauważył, iż jest mile zdziwiony tym kontaktem, gdyż na dotychczas zajmowanych stanowiskach spotykał się nieraz z nieufną postawą tej organizacji, a co najmniej — z nieżyczliwą powściągliwością. Dwie krowiaste paniusie, wyczuwając niezręczność sytuacji zaczęły coś bąkać, ale pełna temperamentu pani Zosia spiorunowała je wzrokiem, wojewodzie zaś odpaliła prosto z mostu:

— To wszystko, panie wojewodo... muzyka przeszłości! — przy czym roześmiała się tak czarująco i zaraźliwie, że z nią razem śmiał się i wojewoda, i nawet zaczęły się uśmiechać obie panie. Gdy wojewoda żegnał delegację, obiecując na pewno poparcie, podziękował im za nawiązanie miłego kontaktu, na co otrzymał odpowiedź pani Zosi, równie jak pierwsza kategoryczną:

— To już jest efekt przybycia tu pańskiej Osoby, Panie Wojewodo! Sobie tylko Pan zawdzięcza takie zmiany!!

Bardzo mile zmierzyli się oczami. Wojewoda odniósł i zapamiętał sobie jak najkorzystniejsze wrażenie. — Pani Zosia stosowała zmienną taktykę: czasem dawała odczekać, czasem „kuła na gorąco”. Psychikę wojewody zanalizowała w kierunku potrzeby „kucia na gorąco”: może był rozproszony i nie zanotuje sobie w pamięci? Toteż wybrała się nazajutrz wieczorem do dancingu (mąż był poza miastem) z parą starszego, życzliwego małżeństwa skarbowców, które pragnęło (wspólność środowiska) umożliwić Zosieńce porządne wytańczenie się. Pani Zosia miała dokładne wiadomości, że wojewoda jest obecny w mieście i że tu przyjdzie około dziesiątej. Rzeczywiście przyszedł z dwoma panami, zapraszał do tańca upatrzone na sali damy i prawie natychmiast dostrzegł, poznał i ocenił panią Zosię. Była w skromniutkiej, gładkiej sukience dancingowej z kawałkiem futra, pozwalającej widzieć tylko całe plecy. Kontrastował z tym prowokacyjnie przód, osłonięty aż po gardło. Nie była już wcale podobna do delegatki w biurze: była po prostu olśniewająco efektowna, piękna. Wojewoda znał małżeństwo skarbowców, zresztą znany był z tego, że nie hołdował żadnym towarzyskim ceregielom. Zaprosił więc natychmiast panią Zosię, a że tańczyła bez zarzutu, więc tańczył z nią tylko przez cały ten wieczór. Przypadli przy tym sobie do gustu tak walnie, że nie mogli wcześnie zakończyć zabawy. Toteż starsze małżeństwo (taktowne dzięki wspólności środowiska) bardzo przeprosiło wprzód panią Zosię, że musi iść już spać, potem pana wojewodę, że musi obarczyć go obowiązkiem odwiezienia przemiłej pani Zosieńki do domu, w ich zastępstwie. Nieskrępowana porą, pani Zosia dała się odwieść do domu o trzeciej nad ranem, wprost z dancingu. Wojewoda prosił o częstą możliwość takich spotkań, bo zrobili wspólną obserwację, że są jakby „od razu stańczeni” ze sobą, a dla dobrych tancerzy — no, to się wie, taka okazja nie jest do pogardzenia...

Pani Zosia dodała tu marząco, że rzeczywiście, to się rzadko zdarza: nie tylko podobne odczuwanie muzyki, rytmu tańca, ale i chyba dobrana budowa ciał, nóg, ramion... „Tak się dobrze układamy ze sobą, nieprawdaż?” Że zaś układała się i miła rozmowa, i wspólne zainteresowania sportowe, więc oboje uznali znajomość za wymarzoną. „Sztama” została zawarta i odtąd pani Zosia — ile razy chciała — mogła spędzić z wojewodą czas na dancingu, w doskonałych warunkach poruszania różnych tematów przy kieliszku likieru lub wina, lub jeszcze lepiej — z ust do ust, z bliskiej odległości postaw współczesnego tańca.

Echa „roboty” Baczyńskiego, oczywiście doprowadzone do wojewody, nie potrzebowały już nawet nic dodawać do sytuacji: wojewoda zanotował sobie ten dom w szeregu domów życzliwych. Toteż, gdy Baczyński przy jakiejś okazji przedstawił się powtórnie wojewodzie, w biurze, spoglądając mu przy tym z oddaniem w oczy, wojewoda po prostu uścisnął mu rękę i powiedział: „Panie, ja jestem człowiek czynu, nie lubię zbytecznych słów! Znam pana i panią. Krótko: mam do państwa zaufanie! Przepraszam pana, ale mam telefon!”.

Była to jedna z chwil, w których Baczyński poczuł uwielbienie dla tego typu ludzi.

— Jakże głupio sądziłem ich — mówił w domu do genialnej żony. — To morowcy! Morowcy, wszystko piorunem, od razu zrozumiane, od razu sztama!!

A żona pokiwała głową:

— Bo ty się nie bardzo umiesz rozeznać.


W fabryce Baczyński nie przesiadywał dużo. To był za mały dla niego interes. „Kierował” oczywiście, ale z góry. Miał tam zespół wyszkolonych i pewnych ludzi. Miał zresztą poza tym inne, większe i dużo bardziej dochodowe interesy przy montażu „gospodarczego dobrobytu państwa”. Wszystko oczywiście — propaństwowe rzeczy! Nie mógł się więc zacieśniać do wąskiego odcinka.

Jednak kierował fabryką sprężyście i dobrze wiedział, co się tam dzieje. Krótkie błyskawiczne rozmowy, jakie odbywał w fabryce, aż nadto o tym świadczyły.

Gdy aresztowano Jackowskiego, zaniepokoił się.

— Co jest?! Może tu się dostała opozycja? — zainterpelował kierownika administracyjnego, pana Pańkowicza.

— Ależ nie, panie prezesie! Nic takiego! Mamy całe sto procent prorządowców.

— No, to jakże, dlaczego urząd śledczy?

— Panie prezesie — powiedział Pańkowicz — sądzę, że to jakieś skutki osobistych tu między robotnikami rozgrywek. Ale co nam do tego? Posiedzi i pójdzie na bezrobocie, my wzięliśmy już na to miejsce innego.

— No, naturalnie — konkludował prezes — nam z pewnością nic do tego, tylko patrz pan, bo ja nie chcę u siebie opozycji!

— Będę uważał, panie prezesie.

Po jakimś czasie wypłynęła kwestia sprzeciwu robotników w sprawie nieprawidłowego ich obliczania36. Pańkowicz zaraportował, że inspektor pracy inżynier Miernik już od kilku miesięcy o tym napomyka, nawet chciał sam mówić z prezesem.

— A o czym mam z nim mówić? Dobry sobie!! Co się dzieje? Czy pan tam naprawdę ich krzywdzi?!!

Pańkowicz uśmiechnął się z wdziękiem.

— No panie prezesie, pan ma doświadczenie... Zaokrąglić wypada: to czy mam na korzyść ich, czy firmy?!